Witam szanowną młodzież i resztę prostego ludu, która tu czasem zagląda - a wiem, że ktoś zagląda bo statystyki podskakują w górę, za co dziękuję.
Muszę przyznać, że zmiana szkoły wyszła mi na dobre - nie, absolutnie nie chodzi mi o to, że praktycznie mamy tylko wolne i wolne - ale też to, że technik informatyk przyda mi się bardziej niż technik hotelarstwa u.u
Jednak łatwo pewnie zauważyliście, że u mnie ostatnio coś kiepsko z weną. Cóż, mam tak od czasu napisania opowiadania yaoi na konkurs dla pewnego wydawnictwa i może to przez to, ale dzisiaj po odsłuchaniu piosenki The Kill i kolejnych wolnych lekcjach, gdzie czytanie podręcznika od tarota już mnie trochę znudziło, powstało takie pewne COŚ, które jest pisane w stylu tamtego opowiadania na konkurs. Oczywiście jest to melodramat i no... oto on:
Uwielbiałam sztukę. Każdy wspaniały obraz przyciągał moją uwagę. Nie było dnia abym nie zatrzymywała się na rynku głównym Venecji, aby pooglądać szkice i obrazy ulicznych artystów. Tak samo było gdy otrzymałam swoją pierwszą talię tarota. 78 obrazów, które wzbogacone archetypami i szczegółami, które dodał ich autor Ciro Marchetti; idealnie odzwierciedlały symbolikę i znaczenie całej karty. Od razu zakochałam się w niej i muszę przyznać, służyła mi bez zarzutu, odpowiadając właściwie nawet na najtrudniejsze pytanie. Z czasem stała się dla mnie partnerem, któremu ufałam i powierzyłam mój los.
Przychodziły do mnie młode kobiety pytające o to czy ułoży im się w miłości, co z pracą. A także osoby w podeszłym wieku, które pytały o zdrowie i finanse. Trafiły i się przypadki, że zadawano kartą pytania o osoby zaginione , o te których jeszcze nie udało się odnaleźć. Tyle ile mogłam, ile udawało mi się odczytać z przesłania kart, przekazywałam. Wszystko, słowo w słowo sprawdzało się i sporej rzeszy niedowiarków, dawało do myślenia.
To one poradziły mi wyjazd do Włoch i to one przepowiedziały, że spotkam właśnie Jego. Mężczyznę , który całkowicie zawładnął moim sercem i nie potrafiłam przestać o nim myśleć. Każdy dzień, każda godzina była czasem choć wspomnienia jego imienia. Cóż, najzwyczajniej w świecie mogę przyznać, że zakochałam się, a tarot tylko wciąż powtarzał to samo: że spotkamy się na ślubnym kobiercu. Moje uczucia z czasem zostały odwzajemnione i wraz z Marco , to takie własnie imię nosił; zamieszkaliśmy razem na obrzeżach włoskiego morskiego miasta, jakim była Venecja. Nie miałam wątpliwości, że karty się mylą. Wszystko układało się tak jak odczytywałam w rozkładzie.
Marco był wcieleniem mojego ideału. Rezolutny, nadzwyczaj inteligentny dwudziestocztero latek, nieco starszy ode mnie. Wysoki brunet, o ciemnych oczach i zadziornym wyrazie twarzy, zawirował moim całym światem. Spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, każdy dzień. Nie był Włochem. Znalazł się w słonecznej Italii przez przypadek tak samo jak ja. Przez przypadek natrafiliśmy na siebie. Przypadek chciał by był to przypadkowy wykład o demonologii, co przypadkiem nas obojga interesowało. Wiele było tych przypadków, które... przypadkowo przewidział tarot.
Jednak nadszedł moment gdy zwątpiłam w to, co przepowiedział mi tarot. Wszystko zaczęło się sypać, dosłownie z dnia na dzień. Zaczęły się kłótnie, kłamstwa. Podejrzewałam, że on ma kogoś innego. Wracał do domu późną porą a jego koszula wtedy pachniała kobiecymi perfumami. Nie byliśmy małżeństwem, a czułam się jak zdradzana żona. Wtedy przestałam używać tarota. Pomylił się w takim stopniu, że nie potrafiłam zaufać mu ponownie. Schowałam karty na dnie szafy, zapominając o ich istnieniu. W końcu doszło do tego, że rozstaliśmy się. Moje zarzuty, jego kłamstwa spowodowały, że nie było dla nas wspólnej przyszłości. Nie przeczę, że to mnie nie bolało. Marco złamał mi serce i nie mogłam tak po prostu zapomnieć o 4 latach spędzonych u jego boku, tym bardziej, że nadal go kochałam. Tęskniłam za tym głupkiem jak cholera.
W rezultacie tego wszystkiego na mojej drodze pojawił się Luciano. Sympatyczny i pogodny Włoch, który zjawił się w Venecji na wakacje u rodziny, ale został tam już na stałe. Dosłownie.. przez przypadek. Mężczyzna od początku wykazywał zainteresowanie mną i wspierał w tych trudnych dla mnie chwilach. Nie zaciskał, nie wymuszał, ale pół roku później zaręczyliśmy się, a nasze rodziny miały zebrać się niedługi razem, w jednym gronie aby zjeść wspólni obiad weselny.
Jednak miałam wiele wątpliwości i czułam obawę. Czy to tarot przewidział Luciano, a nie Marco? Może to ja źle odczytałam wróżbę?
Gdy przeglądałam się w lustrze, mając na sobie białą suknie ślubną i delikatny welon wpięty we włosy, dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Dalej kochałam Marco, ale wiedząc, ze nasze drogi rozeszły się na dobre, pokochałam Luciano? Tak, jednak to nie było to samo. w duchu modliłam się o znak, o coś co przerwie tą ceremonię. Gdyby w tej chwili wybuchła wojna, nie miałabym nic przeciwko. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. A im bliżej była godzina 17, tym bardziej zżerał mnie stres.
Już podczas samego ślubu, co jakiś czas zerkałam w stronę wielkich drzwi. Nie wiem dlaczego, ale męczyło mnie pewne przeczucie, którego nie rozumiałam. Spojrzałam na mojego przyszłego męża. Stał na przeciw mnie, uśmiechnięty, szczęśliwy, radosny. Wiedziałam, że widzi mój strach i obawę w oczach.
Zaczęło się. Ceremonia zaczęła się a ja wiedziałam, że wytrwam do końca, że zrobię to i odetnę się od niemiłej przeszłości. Chciałam zapomnieć a ten, który stał teraz przede mną, miał nie tylko mi w tym pomóc, ale towarzyszyć mi do końca życia, jako mój małżonek. Serce podskoczyło mi do gardła. jeszcze nigdy nie czułam takiego strachu.
- Czy ktoś jest przeciw temu, aby tych dwojga młodych ludzi połączyło się węzłem małżeńskim? - zapytał duchowny, a po jego słowach nastąpiła długa, głucha cisza.
Nie wiem po co się łudziłam. Przecież on, Marcus by się tu nie zjawił. Ostatni raz więc spojrzałam w stronę drzwi, aby następnie przenieść swój wzrok na Luciano. Jego mina wskazywała na to, że wiedział o co mi chodzi. Bardzo dobrze mnie znał i zdawał sobie sprawę, że nigdy nie pokocham go tak samo, jak pokochałam Marcusa.
- Tak więc...
- Przerwać tą ceremonie! - nagle, niczym huragan, ktoś otworzył drzwi kościoła na oścież.
Jasne promienie słońca rozświetliły całą salę, a gdy oczy przyzwyczaiły się do tej oślepiającej łuny, wszyscy ujrzeli męską sylwetkę, a w następnej kolejności Marcusa, który zziajany wpadł do kościoła i w tej chwili szedł stanowczym krokiem w stronę ołtarza.
- Ona nie może za niego wyjść - zakomunikował.
Luciano nie był zaskoczony tym faktem. wyglądał na nadzwyczaj spokojnego i wcale nie zaprotestował, kiedy ze łzami w oczach rzuciłam się Marcusowi na szyję a on ucałował mnie czule. Po czym dodał prawie szeptem:
- Wyjdziesz za mnie? Tu i teraz?
- Tak - zgodziłam się bezzwłocznie.
Dzwony weselne zabiły radośnie. Organista zagrał marsz, a wszyscy radowali się. Marcus praktycznie wyniósł mnie z kościoła na własnych rękach. Moje serce się cieszyło, ja się cieszyłam. Byłam szczęśliwa, że Luciano poinformował o naszym niedoszłym ślubie Marco. Dzięki niemu nie popełniłam głupstwa i wyszłam za mąż za odpowiedniego człowieka.
Moja wróżba sprawdziła się. Tarot nie kłamał ani razu, to tylko ja nie odczytałam całego rozkładu. Teraz gdy siedzę przy kominku, a nasza sześcioletnie córka Aleksandra bawi się ze swoim ojcem pluszowym misiem, wiem że cokolwiek by się wtedy stało, prędzej czy później drogi moje i Marco znów by połączył los i zostalibyśmy razem do końca życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz