Muzyka

piątek, 4 kwietnia 2014

Ogłoszenia parafialne i takie tam biadolenie bez sesnu

LUDZIE!
TROLLE!
SMOKI!
WRÓŻKI!
HOBBITY oraz inne stworzenia odwiedzające tego bloga! Zacznę od ogłoszeń parafialnych:



OGŁOSZENIE PARAFIALNE

Otóż moi drodzy... 


i...

ODWIEDZAJCIE TEGO BLOGA! http://yukiteru-nec-okami.blogspot.com/

I...

TEGO TEŻ! http://usamichannoyume.blogspot.com/ (nie, ten nie mój)

i klasycznie...

TEGO! http://wiecznaneutralnoscitakietam.blogspot.com/ (Pan Olo się kłania)

KONIEC OGŁOSZEŃ PARAFIALNYCH

No i niestety dopadł mnie brak weny, więc wstawiam rozdział Axis Powers Academy napisany przez Tsume (tylko mnie nie morduj), pisany z perspektywy naszego kochanego Voltiego :D


     Moja pańcia wpadła do pokoju cała rozradowana ściskając w ramionach coś pokaźnych rozmiarów przykryte liliową płachtą. Obserwowałem to wszystko ze swojej ulubionej poduszki i coraz mniej mi się to podobało.

     - Moi drodzy, przedstawiam wam Dawida. – powiedziała uroczyście stawiając pakunek, który okazał się klatką ze skaczącym w niej gwarkiem.


Położyłem uszy po sobie i warknąłem cicho. 

     – Voltie, nie bądź zazdrosny. – Pani położyła mi rękę na łbie. 

     Skrzywiłem się patrząc na ptaka. Ja? Zazdrosny? Pani była tylko moja i przybycie tej kulki piór nic nie zmieniało. Wkurzył mnie jedynie fakt, że wszyscy zaczęli się nim zachwycać, gdy ledwo co udało mu się wyskrzeczeć kilka wyrazów. Też mi coś. Też bym się nauczył mówić, gdybym chciał. 

     - Voltie, słońce ty moje, wstawaj! – obudził mnie głos pańci. 

     Uniosłem jedno ucho dając do zrozumienia, że słyszę i otworzyłem oczy, lecz po chwili tego pożałowałem. Pańcia stała już gotowa do wyjścia, a to ptaszysko siedziało na MOIM miejscu, czyli jej ramieniu. Zjeżdżaj stąd, zawołałem rzucając się w jego stronę, lecz niestety źle wycelowałem i z piskiem wylądowałem na podłodze obijając sobie nos. Przez cały dzień chodziłem za moją pańcią jak struty. Nie dość, że to coś sprawiło, że musiałem nadążać za moją właścicielką, to jeszcze ominęło mnie drugie śniadanie. Pal licho, ludzi, którzy nie mogli się przestać zachwycać ptaszyskiem; jak on śmiał zabrać mi pańcię w ciągu niecałych 24 godzin. Po południu, gdy wszyscy z pokoju gdzieś wybyli, a ja zostałem sam, postanowiłem coś pooglądać w tym śmiesznym pudełku, w które ludzie potrafią gapić się godzinami. Przeskakiwałem z kanału na kanał, gdy w końcu znalazłem jakiś film animowany, najprawdopodobniej zrobiony przez tych ludzi o chrapliwej mowie, których moja pańcia nie lubiła. Główny bohater – szare, wychudzone kocisko po zjedzeniu gadającej papugi zyskało umiejętność ludzkiej mowy. Przez dłuższą chwilę wślepiałem się w ekran olśniony iście diabelskim planem. Moja teoria była prosta. Jeśli zjadłeś coś, co znało ludzką mowę, automatycznie przejmowałeś tą umiejętność. Zjedzenie gwarka byłoby zbyt łatwe i od razu sprowadziłoby podejrzenia wszystkich na mnie. Postanowiłem się więc rozejrzeć po mieście poszukiwaniu potencjalnej ofiary. W końcu znalazłem jakiś zapuszczony sklep zoologiczny, jednak nie było tam gadających ptaków, a jakiś facet o wyglądzie rzeźnika, który wygonił mnie miotłą. Zmęczony postanowiłem odpocząć w parku i obmyśleć dalszy plan działania. Położyłem się na jednej z ławek, gdzie mieliśmy w zwyczaju wypoczywać z moją pańcią. Słońce miło grzało mi grzbiet, a ja robiłem się coraz bardziej senny, gdy w pewnym momencie usłyszałem ludzką mowę z mocnym ptasim akcentem. Otworzyłem jedno oko by stwierdzić, że na oparciu ławki siedzi zielona aleksandretta obrożna. Najwyraźniej zwiała nieuważnemu właścicielowi, a za taką nieuwagę się płaci. Nie miałem więc żadnych wyrzutów sumienia po jej skonsumowaniu. Nie wiedziałem, czy po zjedzeniu gadającego ptaka sam zacząłem mówić. Postanowiłem to sprawdzić dopiero w szkole i miło zaskoczyć swoją panią. Wróciłem późnym wieczorem, ale wiedziałem, że jeszcze nie śpi. Robiła to co zwykle o tej porze, a mianowicie, siedziała przy biurku i patrzyła w zadrukowane papiery. Głupie ptaszysko spało z łebkiem schowanym pod skrzydłem. Wskoczyłem w ładnym stylu na blat stolika i pomyziałem pańcię końcem ogona po nosie, przez co kichnęła głośno. - Tu jesteś, niedobry. – powiedziała. 

     – Gdzie się podziewałeś? 

     - Szwendałem się to tu to tam… - odparłem. 

     - Aaa… To dobrze… - bąknęła pańcia wracając do papierów, lecz po chwili na jej czole pojawiła się lwia zmarszczka oznaczająca, że coś jej nie pasuje. Podniosła wzrok na mnie, lecz po chwili znów go opuściła mrucząc. – Zabawne, wydawało mi się, że mówisz… 

     - A nie mówię? – zapytałem. 

     - Tsume… Z kim rozmawiasz? – odezwał się zaspany głos jednej z koleżanek pańci, od której zawsze czuć było kotem (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). 

     - Śpij, śpij. Jestem zmęczona i wydaje mi się, że mój Voltie mówi.

      -Ale ja słyszałam jakieś obce głosy… 

     Pańcia spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakbym co najmniej zmienił się w helodermę meksykańską, którą ostatnio próbowaliśmy zaiwanić z miejsca, gdzie trzyma się mnóstwo zwierząt z całego świata. 

     - Voltie… 

     - Tak, pańciu? – powiedziałem z miną niewiniątka. 

     Następnego dnia pańcia zabrała mnie do białego pokoju, w którym zalatywało metanolem i innymi takimi rzeczami. To był chyba weterynarz dla ludzi, więc początkowo się nie bałem, do momentu, w którym jakiś facet zaczął zaglądać mi do zębów, oczu i sprawdzać kondycję łap. To oznaczało tylko jedno – chcieli mnie znowu kłuć w kark i zad. Bez żadnego ostrzeżenia dziabnąłem go w łapę. 

     - Bez takich mi tutaj! – warknąłem zeskakując ze stołu, na którym mnie oglądano. - Voltie, proszę, to dla twojego dobra. – Pańcia podrapała mnie uspokajająco po karku. – Chcę wiedzieć, czy przypadkiem jakieś francuskie ścierwo nie rzuciło na ciebie klątwy. 

     - Ja tu nic nie widzę. – powiedział wyraźnie zły weterynarz-niedojda. – Zresztą co ja ci mogę powiedzieć, jestem tylko pielęgniarkiem tej szkoły. 

     Po wizycie u weterynarza dla ludzi pańcia zabrała mnie do kolegi człowieka, który podarował mnie pańci. Tym razem zostało mi obiecane, że nikt nie będzie mnie kłuć niczym. Na miejscu dostałem nawet owsiane ciasteczko opiekane w cukrze.

     - …no i ja już kompletnie nie wiem, czemu on zaczął mówić. – stwierdziła zmartwiona pańcia siedząc w gabinecie mężczyzny ze mną na kolanach. 

     - Masz jakieś podejrzenia? 

     - TAK! To na pewno sprawka tego Francuzika; od dawna zdawało mi się, że macza palce w czarnej magii! – wykrzyknęłam, a ja zaśmiałem się ukradkowo pod nosem. Człowiek miał trochę dziwną minę. 

     - Cóż… Nie sądzę, aby za tym stał Francis… 

     - Chyba ma pan rację. Jest na to za głupi. 

     - Chcę jeszcze jedno ciasteczko. – zażądałem z obrażoną miną; rozkaz został od razu spełniony. 

     Podążałem za moją pańcią z zachwyconą miną i uniesionym ogonem. Niestety konsultacje z tym człowiekiem na niewiele się zdały, a ja wcale nie chciałem pomóc. To była swojego rodzaju kara. 

     - Panie Olo! – usłyszeliśmy wołanie. To była ta od kotów. – I co? Co się dowiedzieliście? 

     - Ech, właściwie to nic. Boję się, że to jakaś czarna magia, bo raczej nie jest normalne, żeby jenot nagle zaczął mówić. – westchnęła pańcia. 

     Zmierzyłem kotowatą od stóp do głów i w tym momencie zobaczyłem to jej białe pręgowane kocisko, z którym nijak nie dawało się gadać, bo od razu mierzyło ciebie wzrokiem z wyższością jakby nie wiadomo czym było. Czasem odnosiłem wrażenie, że poza mną nikt go nie widzi. Cóż, ludzie rzeczywiście mają tak słaby wzrok jak mi mówiła jenocia mama. W tym momencie ujrzałem tego gogusia, na którego polowaliśmy z pańcią od zawsze. Spojrzałem na nią wyczekując znaku do ataku, jednak ona była tak zamyślona i smutna, że nie zwróciła na niego uwagi. Zaskomlałem stając na tylnych łapkach. 

     - Moja pani, nie martw się już… To przez to, że tak bardzo zachwycałaś się tym ptakiem. Chciałem zwrócić na siebie uwagę i wymyśliłem ten przekręt z ludzką mową. No już, nie martw się i skopmy temu chamowi tyłek… 

     Pańcia spojrzała najpierw na Francuzika, a potem na mnie by w ostateczności roześmiać się. 

     - Mały zazdrośnik. - stwierdziła. – Dawid jest u mnie na przechowaniu, bo jeden z moich znajomych wyjeżdżał na parę dni i nie mógł się nim zając. Skoro już się wszystko wyjaśniło, to teraz gada mi tu jak na spowiedzi, jak żeś to zrobił…


No i... udało mi się dorwać Chibimakera ^^


A te dwa na dole, są mojej siostry ^^




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz