TROLLE!
SMOKI!
WRÓŻKI!
HOBBITY oraz inne stworzenia odwiedzające tego bloga! Zacznę od ogłoszeń parafialnych:
OGŁOSZENIE PARAFIALNE
Otóż moi drodzy...
i...
ODWIEDZAJCIE TEGO BLOGA! http://yukiteru-nec-okami.blogspot.com/
I...
TEGO TEŻ! http://usamichannoyume.blogspot.com/ (nie, ten nie mój)
i klasycznie...
TEGO! http://wiecznaneutralnoscitakietam.blogspot.com/ (Pan Olo się kłania)
KONIEC OGŁOSZEŃ PARAFIALNYCH
No i niestety dopadł mnie brak weny, więc wstawiam rozdział Axis Powers Academy napisany przez Tsume (tylko mnie nie morduj), pisany z perspektywy naszego kochanego Voltiego :D
Moja
pańcia wpadła do pokoju cała rozradowana ściskając w ramionach
coś pokaźnych rozmiarów przykryte liliową płachtą. Obserwowałem
to wszystko ze swojej ulubionej poduszki i coraz mniej mi się to
podobało.
-
Moi drodzy, przedstawiam wam Dawida. – powiedziała uroczyście
stawiając pakunek, który okazał się klatką ze skaczącym w niej
gwarkiem.
Położyłem
uszy po sobie i warknąłem cicho.
– Voltie, nie bądź zazdrosny.
– Pani położyła mi rękę na łbie.
Skrzywiłem się patrząc na
ptaka. Ja? Zazdrosny? Pani była tylko moja i przybycie tej kulki
piór nic nie zmieniało. Wkurzył mnie jedynie fakt, że wszyscy
zaczęli się nim zachwycać, gdy ledwo co udało mu się wyskrzeczeć
kilka wyrazów. Też mi coś. Też bym się nauczył mówić, gdybym
chciał.
- Voltie, słońce ty moje, wstawaj! – obudził mnie głos
pańci.
Uniosłem jedno ucho dając do zrozumienia, że słyszę i
otworzyłem oczy, lecz po chwili tego pożałowałem. Pańcia stała
już gotowa do wyjścia, a to ptaszysko siedziało na MOIM miejscu,
czyli jej ramieniu. Zjeżdżaj stąd, zawołałem rzucając się w
jego stronę, lecz niestety źle wycelowałem i z piskiem wylądowałem
na podłodze obijając sobie nos. Przez cały dzień chodziłem za
moją pańcią jak struty. Nie dość, że to coś sprawiło, że
musiałem nadążać za moją właścicielką, to jeszcze ominęło
mnie drugie śniadanie. Pal licho, ludzi, którzy nie mogli się
przestać zachwycać ptaszyskiem; jak on śmiał zabrać mi pańcię
w ciągu niecałych 24 godzin. Po południu, gdy wszyscy z pokoju
gdzieś wybyli, a ja zostałem sam, postanowiłem coś pooglądać w
tym śmiesznym pudełku, w które ludzie potrafią gapić się
godzinami. Przeskakiwałem z kanału na kanał, gdy w końcu
znalazłem jakiś film animowany, najprawdopodobniej zrobiony przez
tych ludzi o chrapliwej mowie, których moja pańcia nie lubiła.
Główny bohater – szare, wychudzone kocisko po zjedzeniu gadającej
papugi zyskało umiejętność ludzkiej mowy. Przez dłuższą chwilę
wślepiałem się w ekran olśniony iście diabelskim planem.
Moja
teoria była prosta. Jeśli zjadłeś coś, co znało ludzką mowę,
automatycznie przejmowałeś tą umiejętność. Zjedzenie gwarka
byłoby zbyt łatwe i od razu sprowadziłoby podejrzenia wszystkich
na mnie. Postanowiłem się więc rozejrzeć po mieście poszukiwaniu
potencjalnej ofiary. W końcu znalazłem jakiś zapuszczony sklep
zoologiczny, jednak nie było tam gadających ptaków, a jakiś facet
o wyglądzie rzeźnika, który wygonił mnie miotłą. Zmęczony
postanowiłem odpocząć w parku i obmyśleć dalszy plan działania.
Położyłem się na jednej z ławek, gdzie mieliśmy w zwyczaju
wypoczywać z moją pańcią. Słońce miło grzało mi grzbiet, a ja
robiłem się coraz bardziej senny, gdy w pewnym momencie usłyszałem
ludzką mowę z mocnym ptasim akcentem. Otworzyłem jedno oko by
stwierdzić, że na oparciu ławki siedzi zielona aleksandretta
obrożna. Najwyraźniej zwiała nieuważnemu właścicielowi, a za
taką nieuwagę się płaci. Nie miałem więc żadnych wyrzutów
sumienia po jej skonsumowaniu. Nie
wiedziałem, czy po zjedzeniu gadającego ptaka sam zacząłem mówić.
Postanowiłem to sprawdzić dopiero w szkole i miło zaskoczyć swoją
panią. Wróciłem późnym wieczorem, ale wiedziałem, że jeszcze
nie śpi. Robiła to co zwykle o tej porze, a mianowicie, siedziała
przy biurku i patrzyła w zadrukowane papiery. Głupie ptaszysko
spało z łebkiem schowanym pod skrzydłem. Wskoczyłem w ładnym
stylu na blat stolika i pomyziałem pańcię końcem ogona po nosie,
przez co kichnęła głośno. - Tu jesteś, niedobry. –
powiedziała.
– Gdzie się podziewałeś?
- Szwendałem się to tu
to tam… - odparłem.
- Aaa… To dobrze… - bąknęła pańcia
wracając do papierów, lecz po chwili na jej czole pojawiła się
lwia zmarszczka oznaczająca, że coś jej nie pasuje. Podniosła
wzrok na mnie, lecz po chwili znów go opuściła mrucząc. –
Zabawne, wydawało mi się, że mówisz…
- A nie mówię? –
zapytałem.
- Tsume… Z kim rozmawiasz? – odezwał się zaspany
głos jednej z koleżanek pańci, od której zawsze czuć było kotem
(w pozytywnym tego słowa znaczeniu).
- Śpij, śpij. Jestem zmęczona
i wydaje mi się, że mój Voltie mówi.
-Ale ja słyszałam jakieś
obce głosy…
Pańcia spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakbym co
najmniej zmienił się w helodermę meksykańską, którą ostatnio
próbowaliśmy zaiwanić z miejsca, gdzie trzyma się mnóstwo
zwierząt z całego świata.
- Voltie…
- Tak, pańciu? –
powiedziałem z miną niewiniątka.
Następnego
dnia pańcia zabrała mnie do białego pokoju, w którym zalatywało
metanolem i innymi takimi rzeczami. To był chyba weterynarz dla
ludzi, więc początkowo się nie bałem, do momentu, w którym jakiś
facet zaczął zaglądać mi do zębów, oczu i sprawdzać kondycję
łap. To oznaczało tylko jedno – chcieli mnie znowu kłuć w kark
i zad. Bez żadnego ostrzeżenia dziabnąłem go w łapę.
- Bez
takich mi tutaj! – warknąłem zeskakując ze stołu, na którym
mnie oglądano. - Voltie, proszę, to dla twojego dobra. – Pańcia
podrapała mnie uspokajająco po karku. – Chcę wiedzieć, czy
przypadkiem jakieś francuskie ścierwo nie rzuciło na ciebie
klątwy.
- Ja tu nic nie widzę. – powiedział wyraźnie zły
weterynarz-niedojda. – Zresztą co ja ci mogę powiedzieć, jestem
tylko pielęgniarkiem tej szkoły.
Po
wizycie u weterynarza dla ludzi pańcia zabrała mnie do kolegi
człowieka, który podarował mnie pańci. Tym razem zostało mi
obiecane, że nikt nie będzie mnie kłuć niczym. Na miejscu
dostałem nawet owsiane ciasteczko opiekane w cukrze.
- …no i ja
już kompletnie nie wiem, czemu on zaczął mówić. – stwierdziła
zmartwiona pańcia siedząc w gabinecie mężczyzny ze mną na
kolanach.
- Masz jakieś podejrzenia?
- TAK! To na pewno sprawka tego
Francuzika; od dawna zdawało mi się, że macza palce w czarnej
magii! – wykrzyknęłam, a ja zaśmiałem się ukradkowo pod nosem.
Człowiek miał trochę dziwną minę.
- Cóż… Nie sądzę, aby za
tym stał Francis…
- Chyba ma pan rację. Jest na to za głupi.
-
Chcę jeszcze jedno ciasteczko. – zażądałem z obrażoną miną;
rozkaz został od razu spełniony.
Podążałem
za moją pańcią z zachwyconą miną i uniesionym ogonem. Niestety
konsultacje z tym człowiekiem na niewiele się zdały, a ja wcale
nie chciałem pomóc. To była swojego rodzaju kara.
- Panie Olo! –
usłyszeliśmy wołanie. To była ta od kotów. – I co? Co się
dowiedzieliście?
- Ech, właściwie to nic. Boję się, że to jakaś
czarna magia, bo raczej nie jest normalne, żeby jenot nagle zaczął
mówić. – westchnęła pańcia.
Zmierzyłem kotowatą od stóp do
głów i w tym momencie zobaczyłem to jej białe pręgowane kocisko,
z którym nijak nie dawało się gadać, bo od razu mierzyło ciebie
wzrokiem z wyższością jakby nie wiadomo czym było. Czasem
odnosiłem wrażenie, że poza mną nikt go nie widzi. Cóż, ludzie
rzeczywiście mają tak słaby wzrok jak mi mówiła jenocia mama. W
tym momencie ujrzałem tego gogusia, na którego polowaliśmy z
pańcią od zawsze. Spojrzałem na nią wyczekując znaku do ataku,
jednak ona była tak zamyślona i smutna, że nie zwróciła na niego
uwagi. Zaskomlałem stając na tylnych łapkach.
- Moja pani, nie
martw się już… To przez to, że tak bardzo zachwycałaś się tym
ptakiem. Chciałem zwrócić na siebie uwagę i wymyśliłem ten
przekręt z ludzką mową. No już, nie martw się i skopmy temu
chamowi tyłek…
Pańcia spojrzała najpierw na Francuzika, a potem
na mnie by w ostateczności roześmiać się.
- Mały zazdrośnik. -
stwierdziła. – Dawid jest u mnie na przechowaniu, bo jeden z moich
znajomych wyjeżdżał na parę dni i nie mógł się nim zając.
Skoro już się wszystko wyjaśniło, to teraz gada mi tu jak na
spowiedzi, jak żeś to zrobił…
No i... udało mi się dorwać Chibimakera ^^
A te dwa na dole, są mojej siostry ^^




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz