Muzyka

niedziela, 22 czerwca 2014

Diablica cz. 2

          Neear nacisnęła klamkę i weszła do ciemnego pomieszczenia, które pełniło funkcje gabinetu. Zamknęła za sobą drzwi i mimo panującej tam ciemności, nie z ciągając swoich okularów przeciwsłonecznych, omiotła je wzrokiem. Ciemno. Tylko mała lampka oświetlała blat biurka i sylwetkę osoby, która za nim siedziała.

          - Spisałaś się, moja droga.

          Blondynka milczała.

          - No cóż, będę miał dla ciebie nową robotę - powiedział mężczyzna zakładając nogi na karmazynowym meblu i czyszcząc swoje okulary połówki - Demony nie dają nam spokoju.

          - Ile razy będę jeszcze musiała zabijać swoich, co? Jean? - kobieta podparła się pod boki i rzuciła swoją broń na podłogę - Rzucam to. Nie będę już bawiła się w jakiegoś herosa. 

          Ten, który został nazwany Jean'em podniósł się ze swojego krzesła i ze splecionymi za plecami dłońmi, powędrował w stronę okna, z którego rozciągał się widok na całą Wenecję. Jego twarz, oświetlona latarniami miejskimi, była blada, nie posiadająca dosłownie żadnego koloru. Tak jakby ktoś pomalował ja białą farbą. natomiast oczy, jego oczy mieniły się wszystkimi odcieniami szkarłatu.

          - Nie, moja droga - powiedział - Nie pozbędziesz się tak łatwo tego, co nakazano nam, aniołom.

          - A więc nie myliłam się i ty również jesteś demonem, ścierwem, któremu należy się spotkanie ze stwórcą - mimowolnie podniosła broń z ziemi i wiedząc, że znajduje się w niej jeszcze jeden srebrny nabój, wycelowała nią w swojego przełożonego.

          - Opuść broń, kochana. Spokojnie - rzekł Jean z nutą spokoju w głosie.

          - Kazałeś mi zabijać swoich! jak ja mam być spokojna?! - warknęła naciskając na spust, lecz ku jej wielkiemu zdziwieniu broń nie wystrzeliła - Cholera, co jest?

          - Oj, Neear, Neear - mężczyzna pokręcił głową i klasnął dwa rany w dłonie a światło w gabinecie nagle zapaliło się - TY jeszcze wiele musisz się nauczyć.

          Przed kobietą stał wysoki, szczupły mężczyzna o idealnie białej cerze i czerwonych oczach, które przypominały wampirze - i zapewne każdy wziąłby go za tego nieumarłego, gdyby nie dwa wielkie, opierzone skrzydła na jego plecach w odcieniu beżu. Ubrany był natomiast w ciemnoszary garnitur.

          - Ty... ty, jesteś archaniołem! - wycedziła niezbyt zadowolona z tego faktu.

          - A kogo się spodziewałaś? Szatana? - prychnął pogardliwie - Masz dla mnie załatwić jeszcze kilka demonów. Później możesz sobie odejść.

          - Pochrzaniło cię!

          - Cóż... nie chciałem tego robić, ale nie dajesz mi wyboru - archanioł Jean wzruszył ramionami i wyciągnął zza pazuchy zdjęcie chłopca - On jest dla ciebie bardzo ważny, prawda? Chyba nie pozwoliłabyś aby coś mu się stało, prawda?

          Kobieta zerknęła na zdjęcie, które przedstawił jej mężczyzna i zamarła na moment. 

          - To jak będzie, kochana? - uśmiechnął się perfidnie.

          - Niech ci będzie - burknęła pogardliwie i wziąwszy nowe zlecenie, opuściła jego gabinet.

           - Hah, posłuszne stworzenia, takie demony - Jean uśmiechnął się do siebie - Zagrozisz takiemu i od razu robią się potulne jak baranki. Aż sam się dziwię jakim cudem to właśnie oni są buntownikami Boga.


***

          - Marco! Marco! Gdzie jesteś? 

          Czternastoletnia dziewczynka biegała po całym St. Marco w Wenecji, wołając swojego niesfornego, młodszego braciszka, który w pewnym momencie zniknął jej z oczu.

          - Marco!

          - Co się stało, młoda damo? - zapytał wysoki, czarnowłosy chłopak o zmysłowym spojrzeniu i zarazem bystrym wyrazem twarzy.

          - Chyba... zgubiłam brata - odpowiedziała pełna paniki.

          - Spokojnie. Jak wygląda i jak się nazywa. Zaraz go znajdziemy - uśmiechnął się a jego szare oczy zabłysły tajemniczo. 

          - Mały, brązowe włosy, trochę piegowaty. Nazywa się Marco - wyjaśniła pokazując ręką mniej więcej wielkość chłopczyka.

          - A to nie przypadkiem tamten chłopiec? - czarnowłosy wskazał w stronę bazyliki, która mieściła się na placu, a oczom dziewczyny ukazał się mały chłopiec rozmawiający z wysokim, szczupłym mężczyzną o bardzo jasnej karnacji.

           - Marco! - dziewczyna odwróciła się na pięcie i dziękując odwróciła się na piecie i ruszyła w stronę brata - Przepraszam pana za problem - zwróciła się do mężczyzny - Już zabieram brata.

           - Ależ to żaden problem, kochana - uśmiechnął się nieznajomy - Twój brat to całkiem miły chłopiec. 

           - No, Marco, ale żeś siostrze stracha narobił - wtem obok dziewczyny pojawił się czarnowłosy chłopak, który wcześniej zaproponował dziewczynie pomoc; spojrzał na mężczyznę i jego usta od razu wygięły się w grymas. 

            - No nic, na mnie już czas - powiedział mężczyzna a odchodząc, odprowadzony wzrokiem czarnowłosego, pomachał jeszcze chłopczykowi na pożegnanie - Trzymaj się Marco. Może kiedyś jeszcze się spotkamy.

            - Dziękuję - wydukała dziewczyna, zwracając się do chłopaka.

            - Żaden problem - odrzekł  i dopiero gdy mężczyzna zniknął za bazyliką, odwrócił się w stronę rodzeństwa - Powinnaś jednak bardziej pilnować brata, kiedy po Wenecji kręcą się takie typy jak Jean.

             - Jean? - powtórzyła zdziwiona trzymając braciszka za rękę.

             - Heh, no tak - uśmiechnął się pobłażliwie - Wiesz, Julio, myślę, że zrozumiesz gdy nadejdzie czas na twojego brata. T na teraz, żegnam cię.

             Chłopak odwrócił się i ruszył przed siebie.

             - Mogę wiedzieć jak ci na imię? - zapytała , nawet nie zwracając uwagi na to, że nieznany jej chłopak, znał jej imię.

             - Mephisto - odrzekł - Mephistoteles.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz