Dość dawno mnie nie było - no tak, mimo szybkich wakacji, to jakoś nie mam czasu niczego pisać. Do tego muszę jeszcze wykombinować 2,5 koła na wakacje za rok .________. nie wiem jak to zrobię, ale zrobię. No i napisałam też, coś, co najprawdopodobniej nie ma sensu, ale tylko to udało mi się wyskrobać:
Tej nocy niebo było nadzwyczaj
przejrzyste. Gwiazdy migotały wesoło, towarzysząc okrągłej
tarczy złotego księżyca. Lekki wiaterek kołysał koronami drzew.
Uwielbiałem takie noce jak ta. Spokojna, cicha, jaśniejsza niż
wszystkie inne w roku. Tej nocy, z 1 na 2 lutego, przypada wiccańskie
święto Imbolc. Jeden z mniejszych sabatów czarownic, podczas
którego zapala się świece, tej nocy odbywają się rytuały
oczyszczenia. Tegoroczne święto jednak było szczególne.
Mianowicie chodzi tutaj o „full moon”, tego dnia księżyc był
naprawdę wspaniały i wielki. Jednak nie sądziłem, że ten dzień
zmieni całkowicie życie mojej Pani.
To wszystko zaczęło się tego
najzwyklejszego poranka kiedy moja Pani, jak co dnia miała szykować
się do szkoły. Wstała bardzo późno i zaspana ruszyła do
łazienki. Podejrzewałem, że i tym razem spóźni się na
pierwszą lekcję, jaką był język obcy. Tak, nie rozumiałem
dlaczego ludzie uczą się obcych języków, ale cóż ja
mogłem w ogóle wiedzieć o świecie ludzi? Znałem i
rozumiałem każdy język, nawet nie orientując się, że nim
właśnie się posługuje. Wracając do tego poranka...
Podczas gdy moja Pani szykowała
się do wyjścia, ja spokojnie leżałem na jej łóżku,
nerwowo machając ogonem. Położyłem łeb na łapy i obserwowałem.
Co ranka widziałem ten sam schemat – łazienka, kuchnia,
śniadanie, szukanie ubrań do szkoły, ogarnięcie tej... hum...
nadzwyczajnej fryzury i szybki bieg przez uliczki i skróty aby
dotrzeć do szkoły na czas. Nie mogłem nic na to poradzić, byłem
tylko zwykłym białym tygrysem bengalskim, który był obecny
w życiu tej małej od dnia jej narodzin. Widziałem każde je
potknięcie, każdy błąd, każdy sukces i radość. I choć wiele
razy chciałem jej pomóc, nie mogłem.
Mimo iż cały dzień zapowiadał
się tak samo jak reszta, tylko ja doskonale wiedziałem, że już
nie będzie tak jak dawniej; że zmieni się wszystko a życie mojej
Pani, wypełni się smutkiem i goryczą, której zazna
niebawem.
- Do zobaczenia – Venezia
pożegnała się jeszcze ze swoimi rodzicami i zamknęła za sobą
drzwi.
Tak, teraz i ja musiałem się
ruszyć. Wstałem i przeciągnąłem się, głośno przy tym
ziewając. Nie, nikt mnie nie usłyszał. Tylko moja Pani zdawała
sobie sprawę z mojej obecności. Jako młoda wiccanka, wierzyła we
mnie praktycznie od samego początku. Jednak nie widziała mnie, nie
mogła mnie zobaczyć. Była za młoda, a przynajmniej nie
doświadczyła jeszcze tego, co by sprawiło, że mógłbym
stać się dla niej prawdziwy, realistyczny, zmaterializowany –
tak, to dobre określenie – zmaterializowany.
Ruszyłem za nią, nie musząc
nawet wysilać się na dogonienie jej. Szła z uśmiechem na twarzy,
a wiatr rozwiewał jej blond włosy. W zielonych oczach odbijał się
blask słońca, które raz po raz wychylało się zza chmur.
Chciałem jej powiedzieć, co ją czeka, lecz nie mogłem – nie
tylko dlatego, że byłem dla niej niewidoczny, ale i moja posługa
anielska nie zezwalała mi na to.
- Hejeczka, Katori – uśmiechnęła
się do lekko niższej od siebie, dziewczyny o krótkich brąz
włosach, która właśnie wielce naburmuszona, kierowała się
w stronę szkoły.
Katharina, bo takie właśnie imię
nosiła przyjaciółka mojej Pani, spojrzała na nią inaczej
niż zwykle – lekceważąco, arogancko. Venezia zatrzymała się,
jeszcze nigdy nie widziała tak wkurzonej przyjaciółki.
- Nie nazywaj mnie tak –
prychnęła pogardliwie a w jej szarych oczach dostrzegłem coś co
ludzie zwykli nazywać „nienawiścią”.
- A-ale co się stało? - moja
Pani była całkiem zdezorientowana, a ja już doskonale wiedziałem,
że TO zaczęło się.
- Masz się ode mnie odpierniczyć,
raz na zawsze! – fuknęła Katherina z przytupem.
Usiadłem obok mojej blond włosej
Pani i przyglądałem się całemu zajściu z wielką uwagą, aby
przypadkiem nie przeoczyć czegoś co miało gównie związek z
TYM co miało się wydarzyć. Venezia stała naprzeciw osoby, której
ufała jak nikomu innemu i wpatrywała się w nią z wielkim znakiem
zapytania.
- Ale przecież my się
przyjaźnimy – wydukała z siebie młoda wiccanka.
- Niestety, a raczej na szczęście,
to dawno i nieprawda, dziwolągu.
- Że co proszę?
- Jesteś dziwolągiem, dobrze słyszałaś. Po pierwsze, jak można wierzyć w magie?! Po drugie, jesteś żałosna. Nie mając żadnych innych znajomych, uczepiłaś się mnie jak rzep psiego ogona – Katherina niemalże prychnęła jak rozjuszony kocu, a moje ślepia natychmiast powędrowały w jej stronę, a to co ujrzałem za nią, w aurze, było czymś czego wolałbym nigdy nie zobaczyć. Już od dawna podejrzewałem, że wyzsze swery magiczne jak i ludzie zaangarzowani w nią będa mieć z TYM cos wspólnego, jednak myliłem się. Oj, tak, bardzo się myliłem.
- Ale...
- Nie ma żadnego "Ale", a teraz żegram – żachnęła się Katherina i chwilę później zniknęła w gmachu szkoły.
Moja Pani stała chwilę jak wryta wpatrując się w drzwi, za którymi zniknęła jej już była przyjaciółka, aby w kolejnej chwili otrząsnąć się z tego i odwrócić się na pięcie. Ze zwieszoną głowa i zepsutym humorem ruszyła do ulubionej kafejki w mieście, gdzie szczerze powiedziawszy, przesiadywała dłużej niż w szkole.
- Jesteś dziwolągiem, dobrze słyszałaś. Po pierwsze, jak można wierzyć w magie?! Po drugie, jesteś żałosna. Nie mając żadnych innych znajomych, uczepiłaś się mnie jak rzep psiego ogona – Katherina niemalże prychnęła jak rozjuszony kocu, a moje ślepia natychmiast powędrowały w jej stronę, a to co ujrzałem za nią, w aurze, było czymś czego wolałbym nigdy nie zobaczyć. Już od dawna podejrzewałem, że wyzsze swery magiczne jak i ludzie zaangarzowani w nią będa mieć z TYM cos wspólnego, jednak myliłem się. Oj, tak, bardzo się myliłem.
- Ale...
- Nie ma żadnego "Ale", a teraz żegram – żachnęła się Katherina i chwilę później zniknęła w gmachu szkoły.
Moja Pani stała chwilę jak wryta wpatrując się w drzwi, za którymi zniknęła jej już była przyjaciółka, aby w kolejnej chwili otrząsnąć się z tego i odwrócić się na pięcie. Ze zwieszoną głowa i zepsutym humorem ruszyła do ulubionej kafejki w mieście, gdzie szczerze powiedziawszy, przesiadywała dłużej niż w szkole.
- Skoro tak... to niech sama odrabia sobie niemiecki, włoski, litewski i japoński. Już nic dla niej nie zro... - mówiła do siebie Venezia, gdy nagle usłyszała jakiś wybuch ze strony miasta, w której znajdował się jej dom.
Dziewczyna natychmiast ruszyła w tamtą stronę. Ja tylko podążyłem jej śladem, wiedząc, że zaraz dokona się maritum wszystkiego, na co pracowała tyle lat i to, co miało ją spotkać od samego początku.
Dziewczyna natychmiast ruszyła w tamtą stronę. Ja tylko podążyłem jej śladem, wiedząc, że zaraz dokona się maritum wszystkiego, na co pracowała tyle lat i to, co miało ją spotkać od samego początku.
Niecałe dwie przecznice dalej blondynka zatrzymała się gwałtownie a w jej oczach odbił się blask płomieni, które ogarniały jej dom. Dało się słyszeć syreny policyjne, syreny karetki, która pędziła przez miasto, a lekarze w niej z nadzieją, na uratowanie życia mieszańcom domu.
- To niemożliwe... - powiedziała do siebie, a ja poczułem jak napełnia się smutkiem i żalem - Dlaczego...
Najgorszym jednak widokiem był dla niej widok nieżyjących rodziców. Cóż, nic nie mogłem na to poradzić. Nie na tym polegała moja posługa. Miałem chronić tylko ją, nikogo innego. Nikogo.
Stałem za nią, obserwując jej każdy ruch i reakcję, ale nawet nie rozpłakała się, zapewne tłamsząc wszystko w sobie, z małą nuta nadziei, że zaraz obudzi się z tego strasznego snu i wszystko wróci do normy.
W końcu jednak bez słowa odwróciła się w tył, a jej oczy napotkały moje. Tak, zdecydowanie nadszedł już czas.
- Ty... - powiedziała trochę bez przekonania.
- Jestem... - zacząłem, lecz przerwano mi.
- Jesteś moim aniołem stróżem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz