Muzyka

czwartek, 12 czerwca 2014

Wielkie plany

Witka wszystkim,
Dość dawno mnie nie było - no tak, mimo szybkich wakacji, to jakoś nie mam czasu niczego pisać. Do tego muszę jeszcze wykombinować 2,5 koła na wakacje za rok .________. nie wiem jak to zrobię, ale zrobię. No i napisałam też, coś, co najprawdopodobniej nie ma sensu, ale tylko to udało mi się wyskrobać:


     Tej nocy niebo było nadzwyczaj przejrzyste. Gwiazdy migotały wesoło, towarzysząc okrągłej tarczy złotego księżyca. Lekki wiaterek kołysał koronami drzew. Uwielbiałem takie noce jak ta. Spokojna, cicha, jaśniejsza niż wszystkie inne w roku. Tej nocy, z 1 na 2 lutego, przypada wiccańskie święto Imbolc. Jeden z mniejszych sabatów czarownic, podczas którego zapala się świece, tej nocy odbywają się rytuały oczyszczenia. Tegoroczne święto jednak było szczególne. Mianowicie chodzi tutaj o „full moon”, tego dnia księżyc był naprawdę wspaniały i wielki. Jednak nie sądziłem, że ten dzień zmieni całkowicie życie mojej Pani.

     To wszystko zaczęło się tego najzwyklejszego poranka kiedy moja Pani, jak co dnia miała szykować się do szkoły. Wstała bardzo późno i zaspana ruszyła do łazienki. Podejrzewałem, że i tym razem spóźni się na pierwszą lekcję, jaką był język obcy. Tak, nie rozumiałem dlaczego ludzie uczą się obcych języków, ale cóż ja mogłem w ogóle wiedzieć o świecie ludzi? Znałem i rozumiałem każdy język, nawet nie orientując się, że nim właśnie się posługuje. Wracając do tego poranka...

     Podczas gdy moja Pani szykowała się do wyjścia, ja spokojnie leżałem na jej łóżku, nerwowo machając ogonem. Położyłem łeb na łapy i obserwowałem. Co ranka widziałem ten sam schemat – łazienka, kuchnia, śniadanie, szukanie ubrań do szkoły, ogarnięcie tej... hum... nadzwyczajnej fryzury i szybki bieg przez uliczki i skróty aby dotrzeć do szkoły na czas. Nie mogłem nic na to poradzić, byłem tylko zwykłym białym tygrysem bengalskim, który był obecny w życiu tej małej od dnia jej narodzin. Widziałem każde je potknięcie, każdy błąd, każdy sukces i radość. I choć wiele razy chciałem jej pomóc, nie mogłem.

     Mimo iż cały dzień zapowiadał się tak samo jak reszta, tylko ja doskonale wiedziałem, że już nie będzie tak jak dawniej; że zmieni się wszystko a życie mojej Pani, wypełni się smutkiem i goryczą, której zazna niebawem.

     - Do zobaczenia – Venezia pożegnała się jeszcze ze swoimi rodzicami i zamknęła za sobą drzwi.

     Tak, teraz i ja musiałem się ruszyć. Wstałem i przeciągnąłem się, głośno przy tym ziewając. Nie, nikt mnie nie usłyszał. Tylko moja Pani zdawała sobie sprawę z mojej obecności. Jako młoda wiccanka, wierzyła we mnie praktycznie od samego początku. Jednak nie widziała mnie, nie mogła mnie zobaczyć. Była za młoda, a przynajmniej nie doświadczyła jeszcze tego, co by sprawiło, że mógłbym stać się dla niej prawdziwy, realistyczny, zmaterializowany – tak, to dobre określenie – zmaterializowany.

     Ruszyłem za nią, nie musząc nawet wysilać się na dogonienie jej. Szła z uśmiechem na twarzy, a wiatr rozwiewał jej blond włosy. W zielonych oczach odbijał się blask słońca, które raz po raz wychylało się zza chmur. Chciałem jej powiedzieć, co ją czeka, lecz nie mogłem – nie tylko dlatego, że byłem dla niej niewidoczny, ale i moja posługa anielska nie zezwalała mi na to.

     - Hejeczka, Katori – uśmiechnęła się do lekko niższej od siebie, dziewczyny o krótkich brąz włosach, która właśnie wielce naburmuszona, kierowała się w stronę szkoły.

     Katharina, bo takie właśnie imię nosiła przyjaciółka mojej Pani, spojrzała na nią inaczej niż zwykle – lekceważąco, arogancko. Venezia zatrzymała się, jeszcze nigdy nie widziała tak wkurzonej przyjaciółki.

     - Nie nazywaj mnie tak – prychnęła pogardliwie a w jej szarych oczach dostrzegłem coś co ludzie zwykli nazywać „nienawiścią”.

     - A-ale co się stało? - moja Pani była całkiem zdezorientowana, a ja już doskonale wiedziałem, że TO zaczęło się.

     - Masz się ode mnie odpierniczyć, raz na zawsze! – fuknęła Katherina z przytupem.

     Usiadłem obok mojej blond włosej Pani i przyglądałem się całemu zajściu z wielką uwagą, aby przypadkiem nie przeoczyć czegoś co miało gównie związek z TYM co miało się wydarzyć. Venezia stała naprzeciw osoby, której ufała jak nikomu innemu i wpatrywała się w nią z wielkim znakiem zapytania.

     - Ale przecież my się przyjaźnimy – wydukała z siebie młoda wiccanka.

     - Niestety, a raczej na szczęście, to dawno i nieprawda, dziwolągu.


     - Że co proszę?

     - Jesteś dziwolągiem, dobrze słyszałaś. Po pierwsze, jak można wierzyć w magie?! Po drugie, jesteś żałosna. Nie mając żadnych innych znajomych, uczepiłaś się mnie jak rzep psiego ogona – Katherina niemalże prychnęła jak rozjuszony kocu, a moje ślepia natychmiast powędrowały w jej stronę, a to co ujrzałem za nią, w aurze, było czymś czego wolałbym nigdy nie zobaczyć. Już od dawna podejrzewałem, że wyzsze swery magiczne jak i ludzie zaangarzowani w nią będa mieć z TYM cos wspólnego, jednak myliłem się. Oj, tak, bardzo się myliłem.

     - Ale...

     - Nie ma żadnego "Ale", a teraz żegram – żachnęła się Katherina i chwilę później zniknęła w gmachu szkoły.

     Moja Pani stała chwilę jak wryta wpatrując się w drzwi, za którymi zniknęła jej już była przyjaciółka, aby w kolejnej chwili otrząsnąć się z tego i odwrócić się na pięcie. Ze zwieszoną głowa i zepsutym humorem ruszyła do ulubionej kafejki w mieście, gdzie szczerze powiedziawszy, przesiadywała dłużej niż w szkole.    

     - Skoro tak... to niech sama odrabia sobie niemiecki, włoski, litewski i japoński. Już nic dla niej nie zro... - mówiła do siebie Venezia, gdy nagle usłyszała jakiś wybuch ze strony miasta, w której znajdował się jej dom.

     Dziewczyna natychmiast ruszyła w tamtą stronę. Ja tylko podążyłem jej śladem, wiedząc, że zaraz dokona się maritum wszystkiego, na co pracowała tyle lat i to, co miało ją spotkać od samego początku.

     Niecałe dwie przecznice dalej blondynka zatrzymała się gwałtownie a w jej oczach odbił się blask płomieni, które ogarniały jej dom. Dało się słyszeć syreny policyjne, syreny karetki, która pędziła przez miasto, a lekarze w niej z nadzieją, na uratowanie życia mieszańcom domu.

     - To niemożliwe...  - powiedziała do siebie, a ja poczułem jak napełnia się smutkiem i żalem - Dlaczego...

     Najgorszym jednak widokiem był dla niej widok nieżyjących rodziców. Cóż, nic nie mogłem na to poradzić. Nie na tym polegała moja posługa. Miałem chronić tylko ją, nikogo innego. Nikogo.

     Stałem za nią, obserwując jej każdy ruch i reakcję, ale nawet nie rozpłakała się, zapewne tłamsząc wszystko w sobie, z małą nuta  nadziei, że zaraz obudzi się z tego strasznego snu i wszystko wróci do normy.

     W końcu jednak bez słowa odwróciła się w tył, a jej oczy napotkały moje. Tak, zdecydowanie nadszedł już czas.

     - Ty... - powiedziała trochę bez przekonania.

     - Jestem... - zacząłem, lecz przerwano mi.

     - Jesteś moim aniołem stróżem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz