Muzyka

wtorek, 4 lutego 2014

HP - Rozdział 8 - Tajemnice Hogwartu

Lily stanęła niepewnie przed drzwiami gabinetu dyrektora. Znała hasło, które może je otworzyć, ale najwidoczniej nie mogła zdobyć się na jeszcze więcej odwagi. Wystarczy, że nie miała już sił aby schować z powrotem pod koszulę wisior z pentagramem.
-Śmiecho-rzujki – nagle usłyszała za sobą głos dyrektora a drzwi do jego gabinetu otworzyły się. - Dlaczego nie weszłaś? Przecież znasz hasło.
Lily nie odpowiedziała i weszła do gabinetu zaraz za dyrektorem. Profesor Dumbledore usiadł za swoim biurkiem i spojrzał na rudowłosą czarownice przez swoje okulary-połówki. Lily czuła jego wzrok na sobie i to jak zatrzymuje się na wisiorze z pentagramem. Dumbledore wyglądał jakby za wszelką cenę chciał ominąć tego widoku. Evans pomyślała przez chwilę, że dyrektor Hogwartu musi dużo wiedzieć na ten temat. Mimo tego nie zadawała żadnych pytań. Milczała, czekając na pierwsze słowo profesora. Ale ten najwidoczniej postanowił sobie, że to Lily ma odezwać sie pierwsza, bo milczał tak samo jak i ona.
-Proszę, zacznij – profesor Dumbledore nareszcie raczył się odezwać.
-Ale, panie profesorze, ja nie wiem... - Lily zaczęła sie jąkać, nie miała zielonego pojęcia co ma zacząć mówić.
Dumbledore wskazał jej gestem ręki krzesło na którym ma usiąść. Lily posłusznie wykonała zalecenie i dalej przerażona patrzyła na swojego dyrektora.
Czarodziej oparł ręce na biurku i wysunął szufladę. Wyciągnął z niej jakąś starą, zniszczoną książkę w ledwo trzymającej sie skurzanej okładce z wielkim złotym „H” na przodzie. Położył na biurku i posunął ją w kierunku czarownicy.
-Co to, panie profesorze? - Lily nic więcej nie mogła wydusić z siebie.
-Księga Czarów – odrzekł spokojnie dyrektor.
Lily zrobiła zaskoczona minę. O co chodziło Dumbledore'owi?
-Może zaczniemy od początku – uśmiechnął sie profesor Dumbledore, wstał od biurka i zaczął przechadzać sie po gabinecie. - Jak wiesz, dzisiejszego poranka natrafiłaś na niemiłe spotkanie z dementorem. A to wszystko skończyło się dla ciebie wizytą na skrzydle szpitalnym.
-Wiem o tym, panie profesorze – wtrąciła Lily.
-A to co widziałaś nie było snem – dodał i machnął swoją różdżką.
Z jednej z szafek wyleciało podłużne, małe, granatowe pudełeczko.
-Ale, panie profesorze, skąd pan wie co ja mogłam widzieć? O czym śnić? - rudowłosa przymrużyła oczy i zmarszczyła brwi.
Wiedziała, że Dumbledore wie bardzo dużo, ale to co jej powiedział przekraczało największe granice jakie mogła pojąć.
-Wiem więcej niż ci sie wydaje. A to co pojawiło sie podczas twojego snu, było częścią wspomnień, po które dementorzy zostali wysłani do Hogwartu – odrzekł profesor Dumbledore, ale widząc zaskoczona i zarazem pytającą minę Lily, dodał: - Historia o pięciu założycielach Hogwartu była tylko brana jako mit, bo nikt nie miał namacalnego dowodu, ze istniał taki ktoś jak Tobiasz Tigerwoods. Jednakże niedawno pewien mugol odkrył jakieś stare nagrobki w północnej Szkocji. Na jednym z nich widniał napis: „Piąty, Tobiasz Tigerwoods, założyciel”. Oczywiście pamięć już została mu wymazana, ale ci z ministerstwa chcą całej prawdy. Niektóre legendy mówią, że uczniowie Hogwartu, którzy prawo wicie powinni trafić do piątego domu mają w sobie moc przywoływania wspomnień piątego założyciela. Mogą to zrobić tylko w spotkaniu z dementorem.
-Profesorze, czy to oznacza, że... że ja nie powinnam trafić do Gryffindoru? - Lily otworzyła usta ze zdziwienia.
-Nie do końca, choć w pewnym sensie masz rację. A czy pamiętasz, co mówił Tigerwoods, kiedy tworzyli Tiarę Przydziału?
-Że w swoim domu chce mieć uczniów półkrwi i tych z mugolskich rodzin – odpowiedziała Lily, a w głowie miała coraz większy mętlik.
-Więc gdybyś nie miała być w Gryffindorze, to Tiara nie przydzieliłaby cie tam, prawda? - w głowie Dumbledore było czuć jakiś podstęp, który Lily szybko znalazła:
-Ale skoro Tigerwoods został zabity przez Salazara Slytherina na rozkaz Gryffindora i wszyscy zapomnieli o tym, że Tobiasz istniał a nie był mitem, to i Tiara Przydziału zapomniała...
-Dokładnie tak – na twarzy profesora Dumbledore'a zagościł szeroki uśmiech. - Nie wiem czy sam Tobiasz chciałby aby o nim tak zapomniano, ale na pewno chciałby chronić swoich uczniów przez niebezpieczeństwem, które teraz im grozi – no i uśmiech zniknął a Dumbledore nagle z poważniał.
-Jakim niebezpieczeństwem? - serce podeszło jej do gardła.
-Ministerstwo Magii chce znaleźć ucznia w Hogwarcie, bo są pewni, że tutaj go znajdą, który byłby prawo wicie przypisany z przeznaczenia do piątego domu, ale moim zdaniem będzie lepiej jeżeli się nie dowiedzą kto nim jest. Bowiem uczeń ten będzie miał prawo do mocy jaką posiadał piąty założyciel. Do jego magii i przedmiotów, które czyniły go najpotężniejszym z założycieli Higwartu. Ministerstwu chodzi wyłącznie o to aby zgarnąć tą moc dla siebie. Posunęli się nawet do tego, że nasłali na Hogwart dementorów – Dumbledore wrócił z powrotem, usiadł za biurkiem i położył obok książki granatowe pudełko. - Oni mogą posunąć sie jeszcze dalej. Ale nie mogą się dowiedzieć, że Tigerwoods był prawdziwy. Jeżeli będą myśleć, że to mit, nikomu nie stanie sie krzywda. Nikomu nie mów o tym co zobaczyłaś i na pewno jeszcze nie jeden raz zobaczysz. Nie wolno ci. Nikomu nie wolno.
-Profesorze, a ta księga? - zapytała Lily, ale jej spojrzenie zatrzymało się na podłużnym pudełku.
-To Księga Czarów. Księga pisana przez założycieli Hogwartu. Jeden cały rozdział jest pusty. Jeżeli mam rację, jest to rozdział Tigerwoodsa, który został wymazany z tych kartek przez resztę założycieli. Myślę, że oba magiczne przedmioty Tobiasza powinny odszyfrować puste kartki, ale tylko jeżeli znajdą sie w odpowiednich rękach. W rękach prawdziwego ucznia domu Tigerwoodsa. - Dumbledore otworzył księgę na pustych kartkach. - A ten wisior na twojej szyi to nie jest zwykły znak. To ten sam amulet, który nosił przy różdżce sam Tobiasz Tigerwoods. To dowód, że on żył, choć niewielu wie, ze to właśnie gwiazda pięcioramienna była jego znakiem. Ci z ministerstwa nie wiedzą nic. O tym również – profesor Dumbledore podniósł wieczko granatowego pudełeczka.
Oczom Lily ukazała się czarna, gładko lakierowana, czarna różdżka. Dokładnie ta sama, którą widziała we śnie. Mimo iż była prawie pewna, ze to różdżka Tobiasza, musiała sie jednak upewnić:
-Czy to różdżka piątego założyciela?
-Tak.
-Jak się tu znalazła? Przecież zniknęła razem z wisiorem, kiedy został zamordowany – Lily raz patrzyła na dyrektora to raz na czarną różdżkę.
-Znalazła sie tu tak samo, jak ten wisior na twojej szyi – odrzekł tajemniczo profesor Dumbledore – Znalazła się tu w magiczny sposób nie cały miesiąc temu. Wypadła zza obrazu przedstawiającego czterech założycieli Hogwartu, choć w tamtym momencie na obrazie było ich pięciu.
Lily nie wiedziała co ma odpowiedzieć, więc milczała dalej wpatrując sie w różdżkę piątego założyciela swoimi zielonymi oczami, które teraz błyszczały jakimś dziwnym światłem.
-Weź ją – powiedział nagle Dumbledore.
-Słucham?! - Lily była zaskoczona.
-Weź ją – powtórzył dyrektor. - Jeżeli mam rację, to właśnie ty jesteś tą, która prawo wicie należy do piątego domu.
Lily niepewnie złapała za trzonek czarnej różdżki prawą ręką. Przeszedł ją lodowaty ale przyjemny dreszcz, tak jak to było u Olivandera, kiedy kupiła swoja pierwsza różdżkę. Wisior, który miała na szyi odpiął sie i samoczynnie zawiązał sie na trzonku czarnej różdżki.
-Miałem rację – powiedział Dumbledore spokojnym tonem.
-Niesamowite – wyszeptała Lily.
-Słyszałem to samo od ciebie, kiedy czytałaś list z Hogwartu – uśmiechnął sie dyrektor. - Weź ze sobą tą księgę, mi do niczego sie nie przyda, a ty powinnaś wgłębić sie w tajniki magii Tigerwoodsa. Mam nadzieję, ze dasz sobie radę.
Lali wstała z krzesła, schowała różdżkę i wzięła księgę. Skierowała sie w stronę wyjścia.
-Nie mówi nic nikomu. Dementorzy czają się wszędzie.
-Dobrze.
-Nawet Severus nie może sie o tym dowiedzieć – dodał.
-A kiedy będą pytać dlaczego mam inna różdżkę? - Lily jeszcze raz odwróciła sie w stronę profesora.
-Stara ci sie połamała a nową zamówiłaś – odrzekł Dumbledore a Lily zniknęła w drzwiach.
Czarownica wróciła do swojego dormitorium. Wszyscy z jej pokoju spali. Przygotowała sie do spania. Ale że śpiąca wcale nie była to postanowiła wypróbować nową różdżkę. Przykryła sie kołdrą i otworzyła księgę na pierwszej lepszej przypadkowej pustej stronie.
-Lumos.
Na końcu różdżki zapaliło sie światełko oświetlając białe kartki. Pomyślała przez chwile jakie zaklęcie odszyfrowałoby to co napisał Tobiasz Tigerwoods.
-Cryptos.
Światło na końcu różdżki na moment zgasło a gdy ponownie się zapaliło, kartki w księdze były zapełnione pismem i obrazami Hogwartu. Zaczęła cicho czytać:
-Dormitoria mojego domu znajdują się na trzecim pietrze Hogwartu. Aby do nich wejść należy zagrać na harfie, której odpowiednie dźwięki otwierają klapę. Następnie trzeba rozegrać partię szachów czarodziejów. Dalej bez przeszkód możne wejść do dormitorium Tigerwoods. Przecież trzecie piętro jest zakazane... może to właśnie dlatego – Lily czytała dalej. - Do mojego domu trafiają przeważnie czarownice i czarodzieje mugolskiego pochodzenia. Żadko co ktoś jest półkrwi, a o czarodziejach czystej krwi to już nawet nie wspomnę.
Lily zasnęła około godziny drugiej w nocy. Obudziła się dopiero wtedy, kiedy Mary z samego rana zaczęła nią potrząsać.
- Lily, obudź się! - wrzeszczała jej wprost do ucha. - Lily!
Rudowłosa tego poranka czuła się wręcz wspaniale. Schowała Księgę Hogwartu pod poduszkę. Nie miała najmniejszego zamiaru mówić komukolwiek o tym co wydarzyło się wczoraj w gabinecie profesora Dumbledore'a. Ciągle miała w pamięci słowa dyrektora o tym, że została wybrana. Zapomniała o tym dopiero wtedy, kiedy na korytarzu spotkała Severusa.
- Cześć Lily. Co takiego chciał od Ciebie Dumbledore? - zapytał na samym wstępie Snape.

- Chodziło o dementorów. Nic takiego – Lily uśmiechnęła się tajemniczo, Severus wiedział, że nic więcej od niej nie wyciągnie.

HP - Rozdział 7 - A wiec było 5 domów

Nadeszła jesień. Liście zżółkły i powoli zaczęły spadać z drzew. Robiło się również coraz zimniej, a słońce zachodziło trochę wcześniej. Lekcje w Hogwarcie robiły się już coraz bardziej nudniejsze i monotonne. No może z wyjątkiem Obrony przed Czarną Magią i Eliksirów, które Lily i Severus wręcz uwielbiali. Hagrid powiedział Dumbledore'owi o hipogryfie, który teraz zamieszkał obok jego chatki w wielkiej, drewnianej budzie.
-Lily! Lily, wstawaj! Jest już prawie dziewiąta! Spóźnimy się na Obronę przed Czarną Magią! - Mary zaczęła budzić przyjaciółkę.
Lily zaspana usiadła na łóżku i przetarła oczy. Sięgnęła za swoją różdżkę, która leżała na szafce nocnej i machnęła nią. W mgnieniu oka była gotowa do lekcji. Ubrana, uczesana, trochę śpiąca wyszła razem z przyjaciółką i skierowała się do klasy.
Do lekcji zostało jeszcze jakieś dziesięć minut, a mimo tego Xenio stał pod klasą wyprostowane i gotowy do lekcji. Jak to zawsze on. Lily musiała przyznać, tak samo jak każdy inny uczeń, że Ksenofilius Lovegood bardzo sie zmienił. Nigdy nie lubił Obrony przed Czarną Magią ale odkąd uczy jej Megan, stał sie niemal prymusem z tego przedmiotu.
-Co o tym myślisz, Lily? - zapytała w pewnym momencie Mary bardzo cicho, tak aby tylko rudowłosa ją usłyszała.
-Ale o czym? - zapytała Lily przecierając oczy.
-No o naszym Xeniu? - Mary powiedziała to takim tonem jakby to wszystko było oczywiste i spojrzała srogo na przyjaciółkę.
-Co mam myśleć? Nie za bardzo cię rozumiem, Mary – Lily wyglądała jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie konfuzji. Tego dnia jakoś tak dziwnie się czuła, nie potrafiła tego określić.
-Zakochał nam sie chłopak. I to w nauczycielce – uśmiechnęła się dziewczyna.
-Jaka to dla nas nauczycielka. Zaledwie pięć lat starsza od nas – odrzekła Lily resztka sił.
Rudowłosa strasznie pobladła. Oparła sie jedna ręką o ścianę i osunęła sie na ziemię. Zemdlała.
Jakiś mężczyzna w zielono-srebrzystej szacie przechadzał się niespokojnie po gabinecie dyrektora Hogwartu. Jego wężowe oczy błądziły po obrazach wiszących na ścianach. Na jednej ze ścian wisiało pięć herbów: pierwszy w kolorach szkarłatu ze złotym lwem – Gryffindor, drugi niebiesko-srebrny z brązowym krukiem – Ravenclaw, trzeci złoty z czernią i borsukiem – Hufflepuff, czwarty zielono-srebrzysty z wężem - Slytherin, oraz piąty biało-złoty z białym tygrysem w tle – Tigerwoods.
Na drewnianej półce stał szpiczasty, skurzany kapelusz, który nagle poruszył się i powiedział do mężczyzny:
-Nie denerwuj się, Salazarze. Reszta założycieli zaraz sie zjawi.
-Milcz kapeluszu! - warknął Slytherin.
Kapelusz zamilkł i jakby skamieniał po słowach czarodzieja. Slytherin przystanął na moment przed swoim herbem i wyciągnął w jego stronę dłoń, po czym zaraz ją cofnął. Być może dlatego, że rękaw lewej ręki osunął sie lekko i pokazał krwawy znak węża i czaszki na przedramieniu.
-Oni całkowicie mnie nie rozumieją. Czarodzieje czystej krwi. To w ich rękach spoczywa największa magiczne odpowiedzialność. Półkrwi mieli po prostu pecha do rodziców, ale nie są pełni. A szlamy... - mruknął do siebie z lekkim obrzydzeniem, kiedy wypowiadał ostatnie słowa. - A szlamy... nie powinny w ogóle wiedzieć o naszym świecie! - i machnął ręką zwalając wazon z szafki, który od razu tylko po zetknięciu z ziemią rozsypał sie na kawałki.
-Salazarze – powiedział wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o rudych włosach w żółto-szkarłatnej szacie, który wszedł do gabinetu dyrektora wraz z dwiema czarownicami i jednym czarodziejem.
Był to bowiem Gordryk Gryffindor we własnej osobie wraz z Helgą Hufflepuff, Raveną Ravenclaw i tym piątym założycielem – Tobiaszem Tigerwoodsem.
Slytherin wyciągnął swą ciemnozieloną różdżkę z wygrawerowanym wężem na trzonku i machnął nią w stronę zniszczonego wazonu – Reparo! - i wazon z powrotem wrócił do swojej normalnej postaci.
-Nareszcie – mruknął, a jego mowa podobna była do mowy wężów.
-Po co nas tu wezwałeś, Slytherinie? - zapytała Ravena, a największy kryształ w jej srebrnym diademie błysnął niebieskim światłem.
-Cóż, chodzi mi o to, że przemyślałem cała sprawę. Chciałbym wrócić do Hogwartu. Będę dalej opiekunem mojego domu – odrzekł Slytherin a jego wyraz twarzy nie zmienił sie nawet na sekundę.
-Nic więcej nie chcesz? - zapytał zdziwiony Gryffindor.
-Nie... Tylko to, aby do mojego domu, Slytherinu trafiali sami czarodzieje czystej krwi, ci najbardziej ambitni, którzy zasługują na szacunek – wężowe oczy Slytherina zrobiły się wąskie i zatrzymały się na czterech założycielach.
-Ale jak to zrobimy? Każdy z nas chce nauczać innych czarodziejów i czarownice. A jest aż pięć domów w Hogwarcie – wtrąciła Helga Huflepuff.
-Nie martwcie sie o to, moi drodzy – Tobiasz podszedł do drewnianej półki i zdjął z niej stary skurzany kapelusz, który wcześniej odezwał się do Salazara. Położył go na stoliku wokół którego stali. - Wyciągnijcie swoje różdżki. Damy temu kapeluszowi moc, dzięki której będzie przydzielał nowych uczniów do odpowiedniego z pięciu domów. Będą nam również potrzebne nasze magiczne przedmioty.
Salazar zdjął z szyi dość duży wisior i położył obok kapelusza. W lewej ręce nadal trzymał swoją ciemnozieloną różdżkę. Ravena zdjęła z głowy srebrny diadem i położyła na stoliku. Zza pazuchy wyciągnęła brązową różdżkę z wygrawerowanym krukiem na trzonku. Helga przywołała zaklęciem swoją złotą czakrę, która również została położona obok kapelusza na stoliku. W lewej dłoni trzymała złotą różdżkę z borsukiem na trzonku. Gordryk ze ściany zdjął swój miecz i położył go na stoliku. Wyciągnął szkarłatną różdżkę z wygrawerowanym lwem na trzonku. Tobiasz z rękawa wysunął soją czarną, gładką różdżkę na której trzonku, na rzemyku przywiązany był mały, metalowy pentagram. Odwiązał go i położył obok kapelusza.
-Trzymajcie różdżki skierowane w kapelusz – powiedział mężczyzna – Ja zacznę zaklęcie wiązane. Każdy z nas niech później, po kolei niech wypowie jakich chce mieć uczniów.
Reszta założycieli mu przytaknęła i posłusznie skierowali swoje różdżki prosto w kapelusz, który lekko poruszył się.
-Na słońce, księżyc, gwiazdy, życie, śmierć i magię przyzywam siłę łączącą magię. My, pięcioro założycieli szkoły magii i czarodziejstwa Hogwart dziś tworzymy Tiarę Przydziału, która sprawiedliwie przydzieli naszych uczniów do jednego z domów – i spojrzał na Ravena z znak, ze ona ma zacząć, a ona od razu zrozumiała.
-Ja, Ravena Ravenclaw. W swoim domu, chcę nauczać samych mądrych czarodziejów i czarownice, nie zwracając uwagę na czystość krwi. Tych którzy potrafią myśleć logicznie i wyjść z każdej opresji używając logicznego i strategicznego myślenia. Bowiem kto ma olej w głowie, temu dość po słowie. Niech noszą nazwę Krukoni – końca jej różdżki wystrzelił niebiesko-srebrny promień przypominający kruka, który owinął sie w koło diademu i zniknął w kapeluszu.
Teraz Tobiasz spojrzał na Helgę. Ona również wiedziała co ma robić:
-Ja, Helga Hufflepuff. W swoim domu, chcę nauczać czarownice i czarodziejów wyrozumiałych, lojalnych, prawdomównych i odważnych. Nie obchodzi mnie czystość krwi. Niech noszą nazwę Puchoni – z końca jej różdżki wystrzelił złoto-czarny borsuk, który oplótł jej równie złotą czakrę i po chwili zniknął w kapeluszu.
Tym razem Tigerwoods spojrzał na Gordryka dając mu do zrozumienia, że teraz jego kolej:
-Ja, Gordryk Gryffindor. W swoim domu chcę nauczać czarownice i czarodziejów zdolnych, uczciwych i o czystym sercu. Muszą być także honorowi. Nie ważna jest dla mnie czystość krwi, bo w Gryffindorze będzie kwitnąć męstwa cnota. Niech noszą nazwę Gryfoni – z końca jego różdżki wystrzelił szkarłatny lew, który najpierw oplótł miecz Gryffindora a następnie zniknął w skurzanym kapeluszu.
Tobiasz spojrzał na Salazara, którego oczy teraz aż zabłyszczały zielonym blaskiem:
-Ja, Salazar Slytherin. W swoim domu chcę tylko czarownice i czarodziejów czystej krwi. Zdolnych, ambitnych, wiernych, przebiegłych, silnych i bystrych. Tych, którzy potrafią docenić to kim są. Niech zwą się Ślizgonami – z końca jego ciemnozielonej różdżki wystrzelił srebrny wąż i oplótł jego medalion po czym zniknął w kapeluszu.
Teraz Salazar, Helga, Gordryk i Ravena spojrzeli na Tobiasza, bo nadeszła jego kolej:
-Ja, Tobiasz Tigerwoods. W swoim domu chcę nauczać czarownice i czarodziejów z mugolskich rodzin i półkrwi. Będę ich uczył wszystkiego od podstaw, aby stali się prawdziwymi mistrzami. Liczy sie ich talent. Dlatego, że nie ważne jest to kto w jakich warunkach sie rodzi, ale kim jest i dokąd zmierza. Moi uczniowie niech zwą się Tigrami – z końca jego czarnej różdżki wystrzelił biały tygrys o złotych oczach, który przebiegł przez środek metalowego pentagramu i zniknął w skurzanym kapeluszu. - Od teraz kapelusz ten będzie zwał sie Tiarą Przydziału. Pieczętuję w tobie całą naszą daną ci magię – dodał po chwili i z każdej różdżki wystrzelił biały promień i wszyscy opuścili różdżki. - Gotowe.
Nagle scena zmieniła się.
Tobiasz Tigerwoods leżał pod drzewem w Zakazanym Lesie. W jego stronę były skierowane cztery różdżki założycieli Hogwartu. Tobiasz pozbawiony był swojej różdżki, leżała półtora metra od niego a wisior z pentagramem miał na szyi. Na jego twarzy malowało sie przerażenie.
-Przyznaj się! To ty otworzyłeś Komnatę Tajemnic – warknął Salazar.
-To co zamieszkuje komnatę, zabiło ponad pięćdziesiąt uczniów mugolskiego pochodzenia – dodała wściekła Ravena.
-Komnatę może otworzyć tylko czarodziej wężoustny. Ja nim nie jestem. Ale Salazar... - głos Tobiasza miał w sobie panikę.
-Salazar przysięgał na własne życie, że to nie on ją otworzył. Gdyby kłamał nie stałby tu przed tobą. Ty byłeś drugą osobą, która wiedziała gdzie ta komnata się znajduję – powiedział Gryffindor bardzo wkurzony.
-To musiał być jakiś uczeń. Na pewno nie ja – zapewniał ich Tigerwoods.
-Nie ma nikogo kto by mógł to zrobić! To ty ją otworzyłeś. Zdenerwowałeś bazyliszka swoim podejściem. Wydostał się z Komnaty. Prawie musiałem go zabić! - mówił wściekły Salazar.
-Niestety, Tobiaszu, ale nie mamy wyboru. Salazarze – Gryffindor skinął głową w stronę Slytherina.
-Aveda Kedavra! - syknął Slytherin a z jego różdżki wystrzelił snop zielonego światła, który ugodził Tigerwoodsa prosto w serce i metalowy pentagram, który zniknął, tak samo jak i jego różdżka.
Lily obudziła sie przerażona i usiadła na łóżku. Była w skrzydle szpitalnym i siedziała na jednym z łóżek. Zimny pot spływał po jej czole i ciarki przeszły jej po plecach. Na szyi poczuła zimny, cienki pasek. Miała zawieszony jakiś, który był pod biała koszula od szaty. Bała się go nawet wyjąć. Przecież nie miała go wcześniej.
-Nareszcie sie obudziłaś – usłyszała znajomy głos.
Na krześle obok łóżka siedział Snape. Wyglądał na ucieszonego pobudką dziewczyny.
-Co sie stało? - zapytała przerażona, nie mogąc zapomnieć tego co widziała we śnie.
-Z tego co mówiła mi Mary, to zemdlałaś przed lekcją Obroną przed Czarna Magią – odrzekł Severus. - To przez dementora.
-Dementora? - powtórzyła zdziwiona Lily.
-Dumbledore mówił, że sie zjawią w tym roku szkolnym. A ty akurat trafiłaś na jednego z nich – wyjaśnił Severus. - Ale teraz już jest wszystko dobrze, prawda?
-Tak, tak – przytaknęła Lily, ale jej ton wskazywał całkiem na co innego; widząc pytający wzrok Severusa zaczęła inny temat:
-Dzisiaj wybierają reprezentantów domów podczas kolacji...
-No tak – zgodził sie z nią Severus. - A kolacja już za niecałą godzinę.
Pani Pomfey pozwoliła Lily opuścić skrzydło szpitalne i rudowłosa wraz z Severusam poszła w stronę Wielkiej Sali. Lily nie odzywała się przez dłuższy czas. Nie wiedziała co ma myśleć o tym co zobaczyła we śnie. Nie mogła uwierzyć, a inne fakty z historii Hogwartu, które znała nie trzymały się całości. Nikt nigdy nie mówił w szkole o tym, żeby istniał kiedyś piąty dom. A jeżeli by nawet istniał, to gdzie znajdowały by sie jego dormitoria.
-Coś cię gryzie, Lily? - zapytał zatroskany Severus, zaczął martwić się o Evans.
-Nie ważne, Sev. To nie twoje sprawa – odrzekła Lily, a po jej policzku spłynęła łza.
Nie chciał mówić Severusowi niczego co zobaczyła. Wolała porozmawiać o tym najpierw z profesorem Dumbledore'em. On powinien pierwszy sie o tym dowiedzieć. A może wie o tym, że powinien być w Hogwarcie jeszcze jeden dom. I czym jest ta cała Komnata Tajemnic? Jaki bazyliszek?
-Lily, przecież wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko – powiedział Severus, kładąc dłoń na jej ramieniu.
-Ale to nie jest takie proste. Powiem ci gdy nadejdzie czas, dobrze? - Lily przystanęła na moment.
Stała teraz prosto przed Severusem. Dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Widziała przed sobą tylko czarne tęczówki. Severus wytarł jej łzy białą chusteczką. Lily, od kąt sie obudziła, czuła w sercu straszliwy ból, taki jakby ktoś wbił jej tam nóż, dokładnie w miejscu, gdzie Tobiasz Tigerwoods miał pentagram na wisiorku. Dlatego też bała się zobaczyć jaki jest ten wisiorek, który wziął sie nie wiadomo z kąt i nie wiadomo po co. Postanowiła, że to na razie pozostanie jej sekretem, a jeżeli ten wisiorek okaże się tym, który miał Tigerwoods, pójdzie do dyrektora.
-Lily – powiedział Severus mrużąc oczy – Lily.
Dziewczyna zamyśliła się chwilę.
-Przepraszam – odpowiedziała i odsunęła sie od chłopaka i oboje dalej poszli do Wielkiej Sali.
Lily milczała aż do końca drogi. Dopiero przy wejściu pożegnała się z Severusem i pocałowała go w policzek.
James widząc to zrobił się cały czerwony na twarzy, a widelec który trzymał w ręku wygiął się w łuk.
-James – Syriusz wyglądał na zaniepokojonego.
-Ani słowa – warknął Potter. - Niech ja tylko Smarka spotkam na osobności. Ja już mu pokażę.
Wielka Sala tego wieczoru udekorowana była dyniami i różnymi Halloweenowymi stroikami. Trudno było nie wpaść w klimaty tego wieczora.
Lily bez słowa usiadła obok przyjaciółki. Mary spojrzała na nią bardzo badawczym wzrokiem a jej oczy błysnęły tajemniczym światłem.
-I jak sie czujesz? Miałaś groźne spotkanie z dementorem – powiedziała.
-Już w miarę dobrze – odrzekła spokojnie Lily.
Dumbledore wstał i zaczął swoją codzienną mowę. Tym razem oczywiście miała być trochę dłuższa, bo w szkole pojawili sie dementorzy.
-Mam dla was dobrą i zła wiadomość. Dobra jest taka, że są już wyniki i zaraz sie dowiecie kto będzie reprezentować dany dom a pierwszy pojedynek, jeżeli można tak to nazwać, odbędzie sie jeszcze przed nowym rokiem. Zła jest taka, że dementorzy są już w naszej szkole. Potwierdzić to może dzisiejszy wypadek z jedną z uczennic. Proszę ją także o to aby zjawiła sie po kolacji w moim gabinecie – powiedział dyrektor. - Jak skończycie jeść ogłoszę wyniki głosowania – po czym usiadła a na stołach pojawiło sie jedzenie, które zniknęło tego wieczoru podejrzanie szybko. Tak samo jak i deser. Więc wstał ponownie i zaczął mówić: - A więc zacznijmy od tego, że głosowaliście już prawie dwa całe miesiące. A teraz nareszcie poznacie swoich reprezentantów. Z każdego domu wyczytam jedna osobę, która wyjdzie na środek. To ona zostanie reprezentantem. Zaczynam: Ravenclaw Ksenofilius Lovegood – prefekt Krukonów wstał od stołu i pomaszerował na środek sali. - Hufflepuff Amos Diggory – prefekt Puchonów również dumnie wyszedł na środek sali. - Gryffindor Syriusz Black – Syriusz zaskoczony był tym wynikiem, ale wstał od stołu i pomaszerował na środek sali do reszty. - I Slytherin – zakomunikował Dumbledore, a w sali zapadła cisza. Dumbledore odchrząknął i wreszcie powiedział: - Severus Snape.
Wszystkie cztery stoły zwróciły sie w stronę zakłopotanego Severusa. On był jeszcze bardzie zdziwiony swoja wygraną niż Syriusz minutę temu. Ale nie miał innego wyboru wstał od stołu i podszedł szybko do reszty reprezentantów.
-Jakim cudem to sie stało? - mruknął James.
-Nie mam zielonego pojęcia, Rogaczu – odrzekł Remus. - Ale na całe szczęście w reprezentantach mamy Huncwota. Nie przegramy. A Slytherin zajmie ostatnie miejsce.
-No jeżeli Smark jest reprezentantem, to na pewno mamy szanse – stwierdził James – Ja osobiście dopilnuje, żeby dostał taki łomot od Łapy, że odechce mu się wszystkiego.
-No to skoro reprezentanci domów zostali już wybrani i wam przedstawieni, zapraszam do swoich dormitoriów. Dzisiejsza cisza nocna zostaje zniesiona. Jutro jest niedziela, więc róbcie co chcecie tej nocy. Ale nie wolno wam wychodzić na korytarze poza dormitorium. Dementorzy będą patrolować wszystkie piętra. A więc życzę dobrej nocy – powiedział Dumbledore. - Aha, i jak wspominałem, panno Evans widzę pannę, w moim gabinecie.
Nikogo za bardzo nie obchodziły ostatnie słowa dyrektora. Dobrze wiedzieli, że dzisiejszego poranka Lily zemdlała przez dementora i trafiła na skrzydło szpitalne. Nie wiedzieli tylko dlaczego Dumbledore chce ją widzieć. Ale cóż nie będą się sprzeczać z dyrektorem.
-A ty i Sev? Coś z tego będzie? - zapytała Mary kiedy wychodziły z Wielkiej Sali.
-Już ci mówiłam: to tylko przyjaciel – odrzekła Lily nadal nadąsana.
-Taaak jasne – Mary przewróciła oczami. - A ten całus przy wejściu do Wielkiej Sali...
-To nic takiego! - przerwała jej Lily. - Rozumiesz?! - jej ton zabrzmiał trochę groźnie i nie wskazywał na to, żeby Lily było do śmiechu.
-Już dobrze, dobrze. Rozumiem - przytaknęła przerażona Mary, nigdy jeszcze nie widziała przyjaciółki w takim stanie.
Ale cóż, w stu procentach, Mary była pewna, że dementor trochę zagrał na jej dobrym humorze, bo normalnie sie przecież tak nie zachowywała, a do tego jeszcze teraz musiała iść do gabinetu dyrektora.
Lily opuściła przyjaciółkę i skierowała sie w stronę, gdzie znajdowało sie wejście do gabinetu profesora Dumbledore'a. Szczerze mówiąc bała sie trochę tej rozmowy. Czego on od niej chce? Przecież nie mógł widzieć tego co ona, prawda? Lily bała sie tego snu, choć nie była do końca pewna czy to był sen, czy może też cudze wspomnienia. Wspomnienia samego Tobiasza Tigerwoodsa.

Odważyła się i pociągnęła za sznurek od wisiorka w górę. Mimo, ze była prawie w pełni pewna co zobaczy, była bardzo zaskoczona. Ujrzała bowiem metalowy pentagram w okręgu, który należał prawdopodobnie do piątego, nieznanego nikomu założyciela Hogwartu – Tobiasza Tigerwoodsa. Zaczęła sie jeszcze bardziej bać.

HP - Rozdział 6 - Mały hipogryf

Poniedziałkowe, poranne słońce strasznie świeciło, ale nie miało jak sie dostać do lochów i dormitoriów Slytherinu. Ale to wcale nie przeszkadzało Ślizgonom. Już od dawna się do tego przyzwyczaili, a w szczególności mówię tutaj o Severusie. Od piętnastu lat mieszkał na Spinner's End, a jego pokój był najciemniejszym miejscem w tym domu.
Większość Ślizgonów już wstała i była gotowa do lekcji. Slytherin miał w sobie tylko uczniów czystej krwi, z rodzin gdzie obojga rodziców są czarodziejami. Severus był jedynym Ślizgonem, który miał za ojca mugola. Szczeże go nienawidził. Nie tylko dlatego, że w jego żyłach nie płynie krew czarodzieja, ale również dlatego, że bardzo często robił w domu awantury o byle co, bił jego matkę a nawet i czasem jego. Hogwart był dla Severusa czymś w rodzaju domu, o którym zawsze marzył. A kiedy trafił do Slytherinu, gdzie jego matka, był w siódmym niebie. Nazwał się Księciem Półkrwi, bo był jedynym czarodziejem półkrwi w Slytherinie.
Może uczniowie Hufflepuffu, Gryffindoru czy Ravenclawu tego nie zauważyli, ale Severus miał normalne relacje z innymi Ślizgonami. Choć może z większością z nich nie rozmawiał podczas przerw czy uczt w Wielkiej Sali, ale kiedy Ślizgoni spotykali się w pokoju wspólnym zawsze chcieli usłyszeć opinię Snape'a na dany temat. Niektórzy nawet przestali sie dziwić faktem, że Severus mimo iż jest półkrwi, trafił do domu węża.
Wyszedł z dormitorium jak tylko mógł najciszej i tak, żeby nie natknąć sie na nikogo, kto mógłby zaraz wciągnąć go w zbędną rozmowę. Chciał jak najszybciej znaleźć się przed Wielka Salą. Bardzo chciał natknąć sie na Lily. Musiał jej podziękować. Gdyby nie ona, na pewno nadal siedział by w tamtej klasie z różowymi wstążkami we włosach. Jeszcze wczoraj wieczorem wysłał Hektora do Hogsmade z listem, że chciałby zakupić opakowanie „Fasolek Wszystkich Smaków, wysłał również odpowiednią ilość pieniędzy. Około drugiej w nocy sowa wróciła.
Lily jeszcze nie było w Wielkiej Sali, więc Sev postanowił, że zrobi jej niespodziankę i ruszył w stronę wierzy Gryfonów, która znajdowała się na siódmym piętrze. Wiedział dobrze, że może natknąć się na Huncwotów, ale zaryzykował.
-Sev, co ty tutaj robisz? - Lily wyglądała na zaskoczoną.
Szła korytarzem razem z Mary na śniadanie do Wielkiej Sali. Na widok Severusa zmieszała się lekko. Mary uśmiechnęła sie pod nosem.
-To ja już pójdę, Lily – zakomunikowała. - Nie będę WAM przeszkadzać.
Mary zeszła po schodach i zniknęła im z oczu.
-Chciałem ci podziękować za wczoraj – powiedział ciszej Severus i wyciągnął z torby opakowanie „Fasolek Wszystkich Smaków”. - To dla ciebie.
-Sev, nie trzeba było – Lily była bardziej zaskoczona nich chwile temu, ale zaraz coś sobie przypomniała, przecież kupiła Severusowi czekoladę w Hogsmade. Zaczęła grzebać w torbie i wyciągnęła cztery tabliczki mlecznej czekolady. - To ta czekolada. Mówiłam ci wczoraj...
Jej wzrok zatrzymał się na czarnych oczach Severusa. Oblała się rumieńcem, jeszcze bardziej czerwonym niż wtedy, kiedy Snape zaczepił ją przed chwilą idącą z Mary. Severus położył swoją zimną dłoń na czole Lily.
-Nie masz przypadkiem gorączki? Jesteś cała czerwona – powiedział.
Tak, Lily bardzo by chciała, żeby to była tylko gorączka. Zaczęła myśleć jak mogłaby odpowiedzieć przyjacielowi tak, żeby to jakoś normalnie wyglądało.
-To nic takiego – wydukała i chwyciła swoją ręką za nadgarstek ręki Severusa, którą miał przytkniętą do jej czoła. - To zaraz zniknie...
Zeszli razem do Wielkiej Sali. Zajęli swoje miejsca przy stołach odpowiednich domów. Na środku sali, przed stołem nauczycielskim stały cztery wielkie kielichy. Pierwszy z nich był zielono-srebrny z wygrawerowanym wężem na przodzie, drugi był żółto-czerwony z lwem, trzeci złoto-czarny z borsukiem i czwarty, niebiesko-srebrny z krukiem. Ze wszystkich czterech wielkich kielichów wydobywał się ogień.
Lily usiadła obok przyjaciółki. Mary oparła sie łokciem o stół i spojrzała na Lily bardzo zaciekawiona:
-Romans kwitnie – uśmiechnęła sie od ucha do ucha.
-Nie wiem o co ci chodzi – odpowiedziała krótko Lily.
-Ty i Severus... Co z tego wyniknie? - Mary udała wielkie, poważne zamyślenie.
Lily rzuciła przyjaciółce groźne spojrzenie, ale jej wzrok mimo woli powędrował do stołu Ślizgonów. Snape był już pogrążony w rozmowie z Mulciberem i Averym.
-Kiedy zamierzasz mu powiedzieć? - zapytała Mary odgarniając włosy za ucho.
-Niby o czym? - Lily znowu spojrzała na przyjaciółkę.
-No, że ci sie podoba – odpowiedziała Mary przewracając oczami.
Dumbledore zastukał łyżką w zloty puchar i wstał. Robił tak kiedy chciał powiedzieć uczniom coś ważnego. Wszyscy zwrócili wzrok w jego stronę.
-Pozwólcie, że zajmę wam chwile – zaczął dyrektor uśmiechnął sie promiennie. - Jak już pewnie zauważyliście, w Wielkiej Sali stoją cztery płonące czakrę. Każda z nich jest przydzielona do innego domu. Są one potrzebne do wybranie reprezentanta danego domu. Każdy z uczniów ma jeden głos. Może oddać go na kogo chce, oczywiście ze swojego domu, wrzucając karteczkę z imieniem i nazwiskiem kandydata do odpowiedniej z czakr. Macie na to tydzień. W nadchodzącą niedzielę zostaną ogłoszone wyniki podczas kolacji. Dodam, że zwycięski dom dostanie trzysta punktów, a czarownica lub czarodziej, który wygra, będzie mógł zażyczyć sobie jakiegoś przedmiotu, który mu się żywnie podoba – dyrektor poprawił okulary – połówki. - A teraz życzę wam smacznego, moi drodzy.
-Coś co bym sobie tylko zażyczył – powtórzył zachwycony Syriusz. - A co ja bym sobie zażyczył?
-Łapo, nie rozmarzaj sie tak – przerwał mu James.
-Tak? A na kogo zagłosujesz? - Syriusz rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.
-Na ciebie. A ty?
-Hmm... na mojego czarnowłosego przyjaciela – uśmiechnął się tajemniczo.
-Niech ja go tylko spotkam – James doskonale wyczuł o co chodzi Syriuszowi i uśmiechnął się szarmancko.
-Ale to chyba chodzi o ciebie – wtrącił Peter zajęty kolejnym kawałkiem tortu.
Syriusz i James zachichotali cicho. Remus bez entuzjazmu pokręcił głową.
-Glidgonie, ja dobrze o tym wiem – mruknął James. - A ty Lunatyku? - i spojrzał w stronę Remusa.
Lupin wyprostował się i odłożył na chwilę widelec, po czy odpowiedział:
-Na któregoś z was. Jeszcze się nie zdecydowałem.
Teraz w trójkę spojrzeli na Glizdgona. Ale najwidoczniej ten był za bardzo zajęty jedzeniem, bo nawet tego nie zauważył. Huncwoci wrócili do dalszej rozmowy nie czekając na odpowiedź Petera, której i tak by się nie doczekali.
-Nie wiecie może, kto wyciągnął wczoraj Smarka z tamtej klasy? - zapytał James.
-Sądząc racjonalnie. Stawiam tysiąc do jednego, że Evans – stwierdził Remus.
-Tak, to bardzo prawdopodobne. Dzisiaj rano, kiedy wychodziliśmy z pokoju wspólnego spojrzała na mnie tak groźnie jakby miała zaraz się na mnie rzucić i rozszarpać. Aż takiej wściekłej jeszcze jej nie widziałem – Syriusz prawie wymachiwał widelcem, na którym tkwił kawałek sernika.
-Co ona w nim takiego widzi? - mruknął James. - Przecież to zwykły Smark.
-Ona mówi na niego „Sev” - poprawił go Syriusz udając poważny ton i sięgnął po sok dyniowy.
James spojrzał na niego z pod byka. Ale to nie na Syriusza był zły. To ten „Smark” był jedynym powodem jego złego humoru.
Tego popołudnia piąte klasy Ślizgonów i Gryfonów miały mieć lekcje z Hogridem. Uczył on Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Nie były to może zbytnio ciekawe lekcje, ale za to Hagrid nigdy jeszcze im nie zadał jakiejś pracy domowej. Do tego gajowy Hogwaru miał bardzo wielu przyjaciół w uczniach tego rocznika. Był także chyba jedyną osobą, która mogła normalnie porozmawiać z Huncwotami, Lily i Severusem jednocześnie.
-No dobrze -powiedział Hagrid kiedy wszyscy uczniowie nareszcie się zjawili.
Pół olbrzym opierał się o wielką drewnianą skrzynię, co zapowiadało prawdopodobnie niezłe kłopoty. Wszyscy utkwili swój wzrok w ów tajemniczej skrzyni. Byli ciekawi co tym razem wymyślił dla nich Hagrid.
-Skoro jesteście już wszyscy możemy zacząć lekcję – uśmiechnął się. - Dzisiaj zajmiemy się marsjańskimi kanarkami – dodał.
Hagrid stuknął ręką w wieko skrzyni, która natychmiast zniknęła a na jej miejscu stała teraz wielka klatka z zielonym ptakiem w środku. Ptak ten wcale nie przypominał zwykłego kanarka. Rozmiarami przerastał owczarka niemieckiego. Jego oczy miały barwę czystej czerwieni a na czubku głowy miał fioletowe pióra, które przypominały ogon pawia. Ogon miał jak u koguta, nogi bociana, skrzydła bielika a resztę jak u pingwina.
-To nie wygląda jak kanarek, Hagridzie – powiedział James.
-Bo to marsjański kanarek – odpowiedział krótko Hagrid.
-To oznacza, że on jest z marsa? - zapytał Peter.
Cała klas spojrzała pytająco w stronę Hagrida. Nauczyciel podparł sie pod boki i odpowiedział:
-Oczywiście, że nie jest z marsa. Pochodzi z dalekiego Awganistanu. Służy on tam jako sowa do przekazywania wiadomości pomiędzy tamtejszymi czarodziejami w Ministerstwie Magii w Afryce i w Azji południowej.
Uczniowie teraz spojrzeli na dziwacznego ptaka.
-Dlaczego „marsjański”? - Mary bardzo uważnie zaczęła przyglądać się ptakowi.
-Bo zanim sie wykluje, jego jajko jest zbudowane z materiału, który przypomina powierzchnię marsa – wtrącił Severus. - Prawda, Hagridzie?
-Racja – przytaknął Hagrid. - Dziesięć punktów dla Slytherinu. Po za tym wygląda jak kosmita.
Cała klasa wybuchła śmiechem. Musieli przyznać Hagridowi sto procent racji. To co siedziało w klatce bardzo przypominało kosmitę. Gdyby mieli zgadywać, również powiedzieli by, że jest to coś nie z tej ziemi. A przecież uczyli sie w szkole magii i czarodziejstwa.
-Skąd go tu wziąłeś, Hagridzie? - Syriusz chyba pierwszy raz w życiu zaciekawił się lekcją Hagrida.
-Wyhodowałem. Na początku tych wakacji dostałem jego jajo od znajomego. To nadzwyczaj spokojne zwierze. A do tego jakie ciche. Nie wydaje z siebie żadnego odgłosu. Porozumiewa się za pomocą zmiany koloru piór na głowie. Nie rozgryzłem co oznaczają konkretne kolory, ale fiolet na pewno oznacza spokój. W tych okolicach to jedyny egzemplarz. Nazwałem go Mucek – Hagrid był szczęśliwy tym, ze uczniowie nareszcie zaczęli go słuchać.
Wiedział, że jeżeli pokaże im coś bardziej interesującego niż sklątki zaczną go słuchać i interesować się lekcją. Zauważył, że nawet niektórzy wyciągnęli pergamin i zaczęli notować.
-A czym się TO żywi? - zapytał Avery.
-Cóż, jest to w sumie ptak, prawda? Ale żywi się rzeczami całkiem innymi niż można by przypuszczać – uśmiechnął się rześko Hagrid. - Mucek jada wosk.
-Wosk? - cała klasa była wielce zaskoczona.
-Tak. Wosk – przytaknął Hagrid.
Ta lekcja Opieki nad Magicznymi Stworzeniami długo zapisze sie w pamięci piątego rocznika Ślizgonów i Gryfonów. Nie tylko z powodu kanarka marsjańskiego, ale również z zadziwiającej zgodności pomiędzy dwoma domami, której nie było od założenia Higwartu. Ale kiedy zadzwonił dzwonek wszystko wróciło do swojej normalności.
Syriusz, James, Remus i Peter ruszyli biegiem w stronę zamku. Mieli mieć teraz wolną godzinę, a z ich zachowania wynikało, że znowu coś się kroi.
-Cześć Evans, cześć Smarku – rzucili kiedy mijali Severusa i Lily.
Nawet nie usłyszeli odpowiedzi. Inni uczniowie również zaczęli sie rozchodzić.
-Hej, poczekajcie chwile – powiedział Hagrid do Lily i Severusa i wniósł klatkę Mucka do swojej chatki.
Wyszedł po chwili z jakąś skurzaną torbą na ramieniu.
-Chodźcie za mną – powiedział i skinął ręką w stronę Zakazanego Lasu.
Lily i Severus spojrzeli na siebie zdezorientowani. Nie wiedzieli co zrobić. Przecież wstęp do tego las był surowo zabroniony.
-Na co czekacie? Chodźcie. Nic wam się nie stanie. Będziecie pod moją opieką – Hagrid zatrzymał się na chwile.
Lily i Severus już bez żadnych „ale” ruszyli w jego stronę. Po kilku minutach zaczęli się zastanawiać po co Hagrid chce, żeby z nim poszli. Ale nie odezwali sie ani słowem. Woleli zaczekać aż gajowy Hogwartu sam im to powie.
-Chciałem to pokazać jeszcze Jamesowi i jego paczce, ale tak szybko się zmyli, że nawet nie miałem okazji – powiedział Hagrid, kiedy mijali wielki przewalony dąb.
-Ale co takiego? - zapytała Lily nie mogąc już powstrzymać ciekawości.
-Zaraz zobaczycie. Jesteśmy już prawie na miejscu – odpowiedział Hagrin i wskazał ręką drzewo tak wielkie, że spokojnie mogłoby pomieścić w sobie trzech takich Hagridów. Było zaledwie trzysta metrów od nich. - To tam.
Po niecałych pięciu minutach byli już na miejscu. U dołu drzewa była wielka dziura przypominająca wejście, tylko bez drzwi.
-Hardodziob! - zawołał Hagrid.
Z dziury w drzewie zaczęły wydobywać się jakieś dźwięki, jakby ktoś szurał czymś po ziemi. Severus i Lily ujrzeli małe zwierze, a raczej coś co je przypominało. Miało głowę orła, przednie łapy zakończone szponami a tylne końskimi kopytami. Oczy miał duże, błyszczące i pomarańczowe. Wielkością nie przerastał wilczura.
-Co to jest? - zapytała Lily i chciała już zrobić krok w stronę zwierzaka, kiedy Severus chwycił ją za ramię i pociągnął do tyłu.
-Nie podchodź. To mały hipogryf. Są bardzo honorowe. Jak nie chcesz żeby cię zaatakował pierw ukłoń mu sie patrząc prosto w oczy. Dopiero jak odwzajemni ukłon możesz do niego podejść – wyjaśnił Severus.
Hagrid spojrzał na niego z wielkim podziwem:
-Tak. Doskonale, Severusie. Może nie jest to lekcja, ale dostajesz dwadzieścia punktów dla Slytherinu.
-Jak sie tu znalazł? - zapytał Snape.
-Znalazłem go rannego pod koniec wakacji. Był strasznie mizerny, myślałem, że nie przeżyje. Ale udało mi się nim odpowiednio zaopiekować. Ktoś musiał zabić jego matkę. Biedactwo – powiedział Hagrid i wyciągnął z torby kurczaka dla hipogryfa. - Może chcecie go nakarmić? - zaproponował.
-Ja chętnie – uśmiechnął się Severus i ukłonił sie nisko hipogryfowi patrząc mu prosto w pomarańczowe oczy.
Hardodziob, bo tak się nazywał, ugiął przednie nogi pozwalając tym samym podejść do siebie Severusowi.
Lily wyglądała na lekko przerażoną, ale ona również ukłoniła sie Hardodziobowi. Hipogryf odwzajemnił ukłon. Odetchnęła z ulgą.
-Dlaczego nie zabierzesz go do siebie, tylko trzymasz go tutaj w lesie? - zapytała Lily, kiedy Severus karmił Hardodzioba.
-Nie powiedziałem jeszcze o tym Dumbledore'owi, że go znalazłem. Będę musiał go o tym jak najprędzej poinformować – odpowiedział Hagrid.
-Opowiedziałbyś nam o nim na swoich lekcjach. Wszyscy znowu byliby zainteresowani twoimi lekcjami – uśmiechnęła się Lily.
-Wszystko w swoim czasie – przytaknął Hagrid.
Hardodziob wyglądał na bardzo zadowolonego dodatkowym towarzystwem Lily i Severusa. A kiedy oboje siedzieli obok Hagrida i spokojnie patrzyli na hipogryfa, to on nie chciał dać im spokoju. Hardodziob chciał sie bawić i łapał dziobem końcówki ich szat.
-Dlaczego nam pokazałeś Hardodzioba, Hagridzie? - zapytał Severus rzucając hipogryfowi patyk, a ten natychmiast przyniósł go w dziobie.
-Sam nie wiem.. on tu się czuje trochę samotny. Może przyszlibyście tu raz na jakiś czas, żeby się z nim pobawić, kiedy będę szedł do lasu? Widzę, że bardzo was polubił – odpowiedział Hagrid.
Lily i Severus spojrzeli po sobie. Nie mogli zawieść Hagrida. To był ich przyjaciel, a oni też bardzo polubili Hardodzioba. Nawet Lily się do niego przekonała, choć na początku bała się go trochę.
-Dobrze. Czemu nie – przytaknęli. - Ale jak będziemy mieć wolne – dodała Lily.
-To zrozumiałe. Przecież nie będę was wyciągał z lekcji – uśmiechnął się szeroko.
Zasiedzieli się trochę w Zakazanym Lesie. Lily prawie spóźniła się na Obronę przed Czarną Magią. Co zdziwiło nie tylko samą panią profesor, ale również Huncwotów.
-To jasne, że była razem ze Smarkiem – mruknął James kiedy lekcja dobiegła końca.
-Rogaczu, nie zapominaj o tym, że nasz Smark kręci się w podejrzanym towarzystwie. To tylko kwestia czasu, a i Evans to zauważy – wtrącił Remus.
James nic nie odpowiedział. Był wściekły a jego bardzo trudno doprowadzić do takiego stanu. Na jego twarzy malował się grymas, ale zaraz uśmiechnął się tajemniczo.
-Jaki jest plan? - zapytał Syriusz dobrze znając taki wyraz twarzy przyjaciela.
-Smark mnie popamięta i to raz na zawsze. To będzie wielki plan. Trzeba będzie sie do niego odpowiednio przygotować – odrzekł James pocierając ręce z zadowolenia.
-Oooo... Szykuję sie wielka rozruba – Syriusz poklepał Jamesa po ramieniu.
-Nie przesadzaj, Łapo – James spojrzał na przyjaciela błagalnie ale i tajemniczo.
-Co będzie potrzebne? - zapytał Remus wyciągając pióro i kawałek pergaminu z torby.
-Hmm... Pomyślmy... - zamyślił się James.
Całą czwórką skierowali się do biblioteki. James twierdził, że musi poszukać czegoś bardzo istotnego w pewnej książce, a jest to bardzo potrzebne do jego najnowszego planu. Reszta Huncwotów nie sprzeciwiała się i raźno poszli za Jamesem. Peter skrzywił się tylko na myśl, że w bibliotece nie można jeść.



poniedziałek, 3 lutego 2014

HP - Rozdział 5 - Różowa dekada

Pierwszy tydzień nauki w Hogwarcie zleciał bardzo szybko. Dopiero co był poniedziałek, a już piąte klasy siedziały na lekcji Obrony przed Czarną Magią w piątkowe popołudnie.
-Bardzo sie cieszę, że wszyscy napisaliście to o co was prosiłam – powiedziała profesor Zomie zbierając ruloniki pergaminów od Gryffonów i Krukonów.
Przypominajka, którą dostała na początku tygodnia od Xenia, leżała na honorowym miejscu, na biurku. A on sam z tego powodu wyglądał na bardzo dumnego z siebie. Uczniowie nie widzieli jeszcze, żeby kula zmieniła kolor na czerwony. Widocznie profesor Zomie miała nienaganną pamięć.
-Na weekend nic wam nie zadam - pani profesor wróciła do swojego biurka i odłożyła na nie zwoje pergaminów. - Ale chciałabym, żebyście przygotowali się psychicznie do poniedziałkowej lekcji, dlatego że zaczniemy naukę zaklęcia patronusa. Chciałam wam także przypomnieć, że niedługo w szkole pojawią się dementorzy i przy najbliższym wypadzie do Hogsmade powinniście...
-Zaopatrzyć się w czekoladę – dokończył za nią Lupin.
-Wyjąłeś mi to z ust, Remusie. Tak powinniście zaopatrzyć się w większe ilości zwykłej czekolady – przytaknęła profesor Zomie.
-Ale po co? - zapytała Mary.
-A może ty nam powiesz, Remusie – profesor Zomie ponownie spojrzała w stronę Lupina.
-Podczas spotkania z dementorem tracimy wiele sił i magicznej mocy. A jeżeli użyjemy jeszcze do tego naszego patronusa. Zostaje nam niespełna dziesięć procent sił. Czekolada bardzo szybko regeneruje magiczne zdolności, dlatego też dobrze mieć ją przy sobie, jeżeli dementorzy są w pobliżu – wyjaśnił Remus.
-No i właśnie zarobiłeś dwadzieścia punktów dla Gryffindoru. Skąd o tym wiedziałeś? - uśmiechnęła się.
-Z doświadczenia – odpowiedział poważnie Remus.
Rzeczywiście, on jako jedyny mógł sie pochwalić bliskim spotkaniem z dementorem z przed kilku lat. Choć nie było to zbytnio miłe spotkanie. To było wtedy kiedy został ugryziony przez innego wilkołaka. Przez co później miał komplikacje i do Hogwartu został przyjęty dopiero po ukończeniu trzynastu lat. Był najstarszy w klasie. Miał już siedemnaście lat.
-W takim razie pewnie potrafisz wyczarować patronusa, prawda? - pani profesor była najwyraźniej zaciekawiona.
-Potrafię... - mruknął zawstydzony Lupin.
-Pokaż – odrzekła krótko profesor Zomie. - Chodź na środek i pokaż wszystkim patronusa.
Lupin wstał niechętnie i ruszył powoli przez całą klasę. Stanął przy tablicy jak przy odpowiedzi i wyciągnął swoją różdżkę. Odetchnął głęboko. Musiał się skupić na jakimś dobrym wspomnieniu, bo bez niego nie udało by mu się wyczarować patronusa.
Cała klasa wbiła w nim swoje spojrzenie. Czekali aż wreszcie prefekt Gryffonów wypowie słowa zaklęcia i ukaże im się jego patronus.
-Expekto Patronum.
Z końca różdżki Remusa wystrzelił niebieski promień. Niebieska poświata przybrała postać konia z rogiem na czole. Przebiegła przez całą klasę po czym zniknęła w otwartym oknie.
-Wspaniale! Brawo! Kolejne dwadzieścia punktów dla Gryffindoru – pani profesor była pod zachwytem, tak samo jak reszta klasy.
Wszyscy musieli przyznać, że to było niesamowite. Nawet podczas obiadu nikt nie dawał spokoju Remusowi. A w szczególności dziewczyny, które teraz patrzyły na niego całkiem inaczej.
-To żałosne. Przecież to tylko zwykły patronus – mruknął Severus, kiedy spacerował razem z Lily szkolnymi błoniami.
-Ja to wiem, ale wszyscy byli zachwyceni. Tym bardziej, że przyjął formę jednorożca – odpowiedziała Lily.
Tego dnia mieli już wolne od lekcji. Mogli spokojnie powiedzieć, że dla nich zaczął się już weekend. Upragniony weekend.
Powiewał chłodny wiaterek. Gałęzie z liśćmi, które powoli żółkły, poruszały się wolno, popychane przez wiatr. Hagrid robił coś w swoim ogródku nie zwracając uwagi na to, że niektórzy uczniowie przyglądali się mu, siedząc na schodach jego chatki. Nad jeziorem nie było nikogo więc Severus i Lily poszli w tamtym kierunku. Usiedli na dość dużym pieńku obok siebie.
-Profesor Torelei kazała nam napisać na runy ich całe tłumaczenie – Severus podniósł kamień i wrzucił go do wody. - Nie będę mógł iść w niedziele do Hogsmade. Mam jeszcze pracę z numerologii.
-Szkoda. Myślałam, że pójdziemy do herbaciarni pani Puddifoot... - powiedziała Lily, ale widząc na sobie pytający wzrok Severusa, szybko dodała: - Podobno można u niej kupić najlepszą czekoladę.
-Masz na myśli czekoladę, w którą kazała zaopatrzyć się Megan? - Sev zmarszczył brwi.
Herbaciarnia pani Puddifoot była miejscem gdzie spotykali się zakochani. Więc nic dziwnego, że Severus spojrzał na Lily bardzo zaskoczony.
-W takim razie pójdę sama po tą czekoladę – Lily uśmiechnęła sie sztucznie.
Mimo woli wolała iść z Severusem do Hogsmade niż sama.
-Ale następnym razem jak będzie wypad do Hogsmade to obiecuję, że choćby nie wiadomo co się stało i tak z tobą pójdę, Lily – powiedział Snape i uśmiechnął się do przyjaciółki.
Lily położyła głowę na jego ramieniu. Westchnęła głęboko. Severus spojrzał na nią jeszcze bardziej zaskoczony niż minutę temu.
-Trzymam cię za słowo, Sev.
Sobota zleciała im bardzo szybko. Świeciło słońce i ogólnie było ciepło. Syriusz, James, Remus i Peter tego dnia jakby zapadli się pod ziemię. Nikt ich nich nie widział i nikt ich dziś nie słyszał. Zjawili się dopiero na kolacji, co nie było niczym dziwnym dla większości osób.
-Zanim zaczniecie jeść, pozwólcie, że trochę was przy nudzę gadaniem – rzekł Dumbledore wstając od stołu. - Pamiętacie pewnie jak mówiłem na rozpoczęciu roku o zawodach, prawda? Otóż od dzisiaj możecie głosować kto ma zostać reprezentantem domu. Dziś o północy do Wielkiej Sali zostaną wniesione cztery magiczne kielichy w których płomienie, każdy z was wrzuci karteczkę z imieniem i nazwiskiem osoby, którą chciałby mieć jako swojego reprezentanta. Gryfoni głosują na Gryfonów, Puchoni na Puchonów, Krukoni na Krukonów a Ślizgoni na Ślizgonów. Nie można głosować na siebie. W noc duchów ogłosimy wyniki i zobaczymy kogo wybraliście na reprezentanta swojego domu – Dumbledore uśmiechnął się szeroko. - Mam nadzieję, że wasz wybór będzie trafny. A co do pojawianie się dementorów w naszej szkole: bądźcie czujni, bowiem mogą zjawić sie w najmniej odpowiednim momencie. Nie zostałem niestety poinformowany, kiedy to dokładnie może się stać. A teraz życzę smacznego.
-Jak już ktoś ma reprezentować Gryffonów, to na pewno nie Potter – powiedziała Lily.
-To może Syriusz? - zaproponowała Mary.
-Jak chcesz to głosuj na niego, ale ja nie oddam głosu na żadnego z Huncwotów – zaprotestowała Lily, a na jej twarzy zagościł zaborczy uśmieszek. - Jak już to Frank Longbottom, jest bardzo dobry w zaklęciach i transmutacji.
W tym samym czasie, na drugim końcu stołu Gryfonów, Syriusz, James, Remus i Peter pogrążeni byli w rozmowie i planowaniu. Nawet Peter był bardziej zaciekawiony tą rozmową niż jedzeniem, choć co jakiś czas wpychał sobie do ust babeczki z lukrem i cynamonem. Remus sprawiał wrażenie bardzo poważnego. Natomiast James i Syriusz co rusz to wyrywali sobie z rąk jakąś kartkę i bazgrali po niej coś piórem.
-Łapo, jesteś geniuszem – powiedział w pewnym momencie James.
-Nie musisz mi schlebiać. Ja to wiem już od dawna – na twarzy Syriusza malował się triumfalny uśmiech.
-Dzięki naszej mapie Hogwartu wszystko pójdzie jak po maśle.
-A jeżeli ktoś nas nakryje, Jamesie? - wtrącił Remus. - Dostaniemy szlaban, a ja mogę stracić odznakę prefekta.
-Nie martw sie o to, Lunatyku. Wszystko pójdzie po naszej myśli, o ile Peter wstanie jutro bardzo wcześnie rano, zmieni się w szczura, pobiegnie do Hogsmade co sił w łapkach i kupi potrzebną nam rzecz – odrzekł James i cała trójka zwróciła wzrok w stronę Petera pochłaniającego właśnie kolejną babeczkę.
-Możecie na mnie liczyć, chłopaki. Nie zawiodę was – Glizdgon mlasnął głośno po czym złapał za kawałek sernika.
-W takim razie wszystko uzgodnione – uśmiechnął się James i spojrzał w stronę stołu Slytherina.
Severus siedział pomiędzy Averym i Mulciberem. Jak zawsze, z resztą. Rozmawiał z nimi o czymś, ale to nawet nie za bardzo zdziwiło Jamesa bo „Smark” zawsze z nimi o czymś gadał.
Później wzrok Jamesa powędrował z powrotem w stronę stołu Gryfonów i zatrzymał się na rudowłosej czarownicy. Ale gdy ta zorientowała się, że na nią patrzy, rzuciła mu groźne spojrzenie. Po czym zwrócił się ponownie do reszty Huncwotów.
-To dopiero pierwszy tydzień. Masz jeszcze cały rok szkolny, żeby się z nią umówić – rzucił Syriusz.
-Albo chociaż ją do siebie przekonać. Bo jak już wcześniej wspomniała: nie na widzi cię – stwierdził Remus, a jego ton wskazywał na to, że wątpi w to, że Lily w ogóle zechce z nim normalnie porozmawiać.
W tę niedzielę odbył się pierwszy w tym roku szkolnym wypad do Hogsmade. Woźny, pan Filch sprawdził dokładnie listę uczni, którzy mieli zgodę na wyjście poza teren szkoły. Każdy z uczniów, który szedł do Hogsmade musiał także wpisać się do księgi wyjścia, aby nauczyciele wiedzieli kto opuścił Hogwart. Musiał także wpisać po co idzie i mniej więcej, ile go nie będzie. Były to najnowsze zalecenia Ministerstwa Magii, z powodu coraz częstszego pojawiania się śmierciożerców. Ku wielkiemu zdziwieniu Filcha większość z uczniów klas piątych i powyżej, w rubryce „Powód wyjścia” pisała: „Kupno czekolady”. Ale kiedy taki sam powód napisał Glizdgon, Filch wcale się nie zdziwił. Był bardziej zaskoczony faktem, że nie ma z nim jego kumpli.
Lily i Mary szły razem z dala od innych uczniów Hogwartu. Nie chciały żeby ktoś słyszał ich rozmowę.
-Serio, powiedziałaś mu, że chciałabyś pójść z nim do herbaciarni pani Puddifoot przystani szczęśliwych par?! - Mary prawie krzyknęła.
-Ciszej – uciszyła ją przyjaciółka. - Po za tym zaraz powiedziałam, że chodzi mi tylko o to żeby kupić czekoladę.
-Oj, moja droga nie postarałaś się – powiedziała Mary karcącym tonem. - A co on w ogóle ci odpowiedział?
-Że nigdzie nie idzie w niedziele bo ma dużo zadane z runów i numerologi. Ale obiecał, że kolejnym razem na pewno ze mną pójdzie do Hogsmade – odpowiedziała Lily.
-Ale Wieczystej Przysięgi ci nie złożył – zaśmiała się Mary.
-Nie przesadzajmy. Sev jeszcze nigdy mnie nie zawiódł – stwierdziła Lily.
Severus przez cały poranek siedział w bibliotece. Musiał odrobić lekcje na poniedziałek a miał zamiar zdobyć z nich jak najwyższe stopnie. Co jakiś czas wracał wspomnieniem do poprzedniego dnia, kiedy był z Lily. Bibliotekę opuścił dopiero w godzinach wieczornych.
Korytarze Hogwartu nie były aż tak bardzo ciemne bo po obu stronach tliły sie pochodnie. Ludzie w ruchomych obrazów przyglądały się mu, kiedy szedł, trzymając podręcznik z eliksirów do klasy szóstej, choć był dopiero w piątej. Lubił go sobie poczytać, choć większa jego zawartość była zapisana jego własnymi notatkami i wymyślonymi zaklęciami. Gdyby zaczął tam opisywać swoje przeżycia można by śmiało powiedzieć, ze podręcznik zmienił się w pamiętnik Severusa Snape'a.
Kiedy szedł korytarzem na drugim piętrze drogę zagrodził mu James Potter, trzymający w ręku swoją różdżkę.
-Cześć Smarkerusie, co tam – rzucił James.
-Zejdź mi z drogi, Potter – odpowiedział krótko Snape.
-James, lepiej usuń mu się z drogi. Chyba nie chcesz oberwać od takiego Smarka – Z ciemności wyłonił się Syriusz, a jego twarz pokrywał szeroki uśmiech.
Severus wyglądał na lekko zdezorientowanego, tym bardziej, że teraz pokazali się Peter i Remus. Stanęli tak, że jedyną rzeczą jaką mógł zrobić Snape, to otworzyć drzwi najbliższej klasy i wejść do środka. Zamknął sie od środka.
-Bombarda.
Drzwi wywaliło z zawiasów i czwórka Huncwotów weszła do klasy. Remus odwrócił się i uniósł różdżkę:
-Reparo.
Drzwi wróciły z powrotem na swoje miejsce.
-Colloportus.
Teraz drzwi zostały zamknięte, a otworzyć można je było tylko zaklęciem.
-No Smarku... jakie jest twoje ostatnie życzenie, przed różową dekadą? - zaśmiał się James.
Snape już wyciągnął swoją różdżkę, już chciał rzucić jakieś zaklęcie, ale Syriusz go uprzedził:
-Expelliarmus.
Różdżka Severusa poszybowała w powietrze. Został rozbrojony a w ręku trzymał tylko stary podręcznik. Cofnął sie o krok do tyłu.
-To nic ci nie da – James machnąl różdżką i krzesło, które stało dokładnie za Severusam podjechało do przodu zwalając Snape'a z nóg.
Siedział teraz na krześle, bardzo zaskoczony. Podręcznik wypadł mu z rąk. Peter podniósł go i zaczął kartkować. Teraz Syriusz machnął różdżką i Sev został przywiązany jakąś liną do oparcia krzesła.
-No, no. Smarkerusie, czyżby odjęło ci mowę? - zapytał ironicznie Syriusz.
Huncwoci wybuchli śmiechem. Tylko Severusowi wcale nie było do śmiechu. Gdyby mógł tylko dosięgnąć swojej różdżki, ten nadęty Potter gorzko by tego pożałował. On by już mu pokazał, że z Severusem Tobiaszem Snape'em się nie zadziera.
-Hej, zobacz James, jak podpisał swój podręcznik – powiedział Peter pokazując Jamesowi ostatnią stronę w podręczniku do Eliksirow dla zaawansowanych, gdzie widniał wielki napis:
Ta ksiazka jest wlasnoscia Ksiecia Polkrwi.
-Księcia Półkrwi? - James parsknął śmiechem i spojrzał na Snape'a. - Też mi się nazwał. Wielki mi Książę.
-Zamknij się, Potter – powiedział Severus rzucając mu wściekłe spojrzenie.
-No dobrze. Nie przeciągając już tego długiego wstępu, Glizdgonie... - James rzucił podręcznik Snape'a na podłogę i wyciągnął w stronę Petera dłoń.
Peter położył mu na niej dwa wąskie, różowe paski wstążki.
-Łapo, czy chciałbyś czynić honory Huncwotów? - zapytał James uśmiechając sie do przyjaciela.
-Z wielka chęcią – odpowiedział Syriusz i wziął od przyjaciela różową tasiemkę.
Syriusz stanął za krzesłem, na którym siedział przywiązany Severus. Gryfon zaczął robić coś z jego czarnymi włosami. Snape wzdrygnął sie lekko na krześle. Gdyby nie był do niego przywiązany na pewno nie pozwoliłby sobie na takie coś.
-Radziłbym ci zmienić podpis w podręczniku, z księcia na księżniczkę – powiedział James powstrzymując sie od śmiechu.
Peter wyciągnął małe lusterko zza pazuchy. Severus zobaczył w nim swoje odbicie, które jeszcze bardziej go rozzłościło. Syriusz związał mu włosy w dwa sterczące kucyki i przewiązał je różową tasiemką, która tworzyła dwie kokardki.
-No i skończone – zakomunikował Syriusz.
-Tak, przepięknie wyglądasz, Smarku – James parsknął śmiechem.
-Alochomora – Remus machnął różdżką w stronę drzwi. - Dobra chłopaki, wynośmy się z tond.
Czwórka Huncwotów wyszła z klasy zamykając za sobą drzwi Severus nie mógł się ruszyć, bo przed wyjściem, James rzucił na niego jeszcze jakieś zaklęcie.
Zaraz po powrocie z Hogsmade, Lily zaczęła szukać Severusa po całej szkole. Ale nikt dzisiaj nikt go nie widział. Zajrzała prawie wszędzie. Szukała nawet w dziale ksiąg zakazanych, ale po Severusie ani widu, ani słychu.
Kiedy szła zrezygnowanie na jednym z pięter, usłyszała ciche przeklinanie pod nosem, które wydobywało się ze starej opuszczonej klasy do transmutacji. Zaciekawiona tym, otworzyła drzwi i weszła do środka. Ujrzała Severusa, siedzącego na krześle, z włosami spiętymi w dwa kucyki różową wstążką.
-Sev, co ci sie stało? - zapytała i machnęła różdżką zdejmując z przyjaciela zaklęcie unieruchamiające i odwiązujące linę, którą był przywiązany.
-Przeklęty Potter – mruknął Severus i zaczął zdejmować różowe wstążki z włosów.
-W sumie po co ja sie pytam? Przecież wiadomo kto ci to zrobił – stwierdziła Lily przewracając oczami.
Severus podniósł z podłogi swoją różdżkę i podręcznik.
-Coś ty byś beze mnie zrobił? - zapytała Lily.
Severus nic nie odpowiedział. Chwycił Lily za rękę i oboje wyszli z klasy. Zatrzasnął drzwi z wielkim hukiem. Takiego wściekłego jeszcze go nie widziała. Tym razem Huncwoci musieli ostro mu zaleźć za skórę. Bo w sumie kto chciałby zostać zamknięty w opuszczonej klasie, przywiązany do krzesła z różowymi wstążkami we włosach.
-Severusie, mógłbyś mnie puścić? - zapytała Lily, kiedy mijali kolejny korytarz. Czuła na sobie zaciekawione spojrzenia ludzi z obrazów i czuła się trochę niezręcznie.
-O tak, przepraszam – Snape puścił jej dłoń. - Dzięki, że przyszłaś...
-Szukałam cię. Kupiłam ci w Hogsmade czekoladę. Pomyślałam, że skoro nie mogłeś pójść po nią dzisiaj sam... - zacięła się.
Severus stał tuż przed nią, wpatrując się w jej zielone oczy. Dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Lily pomyślała, że jest już cała czerwona na twarzy, ale się pomyliła, zrobiła sie nawet trochę bladsza niż zwykle, ale nie było tego widać wśród mętnego światła pochodni na korytarzu.
Nagle oboje cofnęli sie o krok w tył.
-To może ja lepiej już pójdę – wydukał z siebie Severus.
-Tak, ja też – Lily skinęła głową.

Rozeszli się. Lily poszła w stronę wierzy Gryffindoru, a Severus poszedł w stronę lochów, gdzie znajdowały sie dormitoria Ślizgonów. Serce Lily łomotało jak dzikie, tak samo jak serce Severusa. Ale które bardziej?