Nadeszła
jesień. Liście zżółkły i powoli zaczęły spadać z
drzew. Robiło się również coraz zimniej, a słońce
zachodziło trochę wcześniej. Lekcje w Hogwarcie robiły się już
coraz bardziej nudniejsze i monotonne. No może z wyjątkiem Obrony
przed Czarną Magią i Eliksirów, które Lily i Severus
wręcz uwielbiali. Hagrid powiedział Dumbledore'owi o hipogryfie,
który teraz zamieszkał obok jego chatki w wielkiej,
drewnianej budzie.
-Lily!
Lily, wstawaj! Jest już prawie dziewiąta! Spóźnimy się na
Obronę przed Czarną Magią! - Mary zaczęła budzić przyjaciółkę.
Lily
zaspana usiadła na łóżku i przetarła oczy. Sięgnęła za
swoją różdżkę, która leżała na szafce nocnej i
machnęła nią. W mgnieniu oka była gotowa do lekcji. Ubrana,
uczesana, trochę śpiąca wyszła razem z przyjaciółką i
skierowała się do klasy.
Do
lekcji zostało jeszcze jakieś dziesięć minut, a mimo tego Xenio
stał pod klasą wyprostowane i gotowy do lekcji. Jak to zawsze on.
Lily musiała przyznać, tak samo jak każdy inny uczeń, że
Ksenofilius Lovegood bardzo sie zmienił. Nigdy nie lubił Obrony
przed Czarną Magią ale odkąd uczy jej Megan, stał sie niemal
prymusem z tego przedmiotu.
-Co o
tym myślisz, Lily? - zapytała w pewnym momencie Mary bardzo cicho,
tak aby tylko rudowłosa ją usłyszała.
-Ale o
czym? - zapytała Lily przecierając oczy.
-No o
naszym Xeniu? - Mary powiedziała to takim tonem jakby to wszystko
było oczywiste i spojrzała srogo na przyjaciółkę.
-Co mam
myśleć? Nie za bardzo cię rozumiem, Mary – Lily wyglądała
jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie konfuzji. Tego dnia jakoś tak
dziwnie się czuła, nie potrafiła tego określić.
-Zakochał
nam sie chłopak. I to w nauczycielce – uśmiechnęła się
dziewczyna.
-Jaka
to dla nas nauczycielka. Zaledwie pięć lat starsza od nas –
odrzekła Lily resztka sił.
Rudowłosa
strasznie pobladła. Oparła sie jedna ręką o ścianę i osunęła
sie na ziemię. Zemdlała.
Jakiś
mężczyzna w zielono-srebrzystej szacie przechadzał się
niespokojnie po gabinecie dyrektora Hogwartu. Jego wężowe oczy
błądziły po obrazach wiszących na ścianach. Na jednej ze ścian
wisiało pięć herbów: pierwszy w kolorach szkarłatu ze
złotym lwem – Gryffindor, drugi niebiesko-srebrny z brązowym
krukiem – Ravenclaw, trzeci złoty z czernią i borsukiem –
Hufflepuff, czwarty zielono-srebrzysty z wężem - Slytherin, oraz
piąty biało-złoty z białym tygrysem w tle – Tigerwoods.
Na
drewnianej półce stał szpiczasty, skurzany kapelusz, który
nagle poruszył się i powiedział do mężczyzny:
-Nie
denerwuj się, Salazarze. Reszta założycieli zaraz sie zjawi.
-Milcz
kapeluszu! - warknął Slytherin.
Kapelusz
zamilkł i jakby skamieniał po słowach czarodzieja. Slytherin
przystanął na moment przed swoim herbem i wyciągnął w jego
stronę dłoń, po czym zaraz ją cofnął. Być może dlatego, że
rękaw lewej ręki osunął sie lekko i pokazał krwawy znak węża i
czaszki na przedramieniu.
-Oni
całkowicie mnie nie rozumieją. Czarodzieje czystej krwi. To w ich
rękach spoczywa największa magiczne odpowiedzialność. Półkrwi
mieli po prostu pecha do rodziców, ale nie są pełni. A
szlamy... - mruknął do siebie z lekkim obrzydzeniem, kiedy
wypowiadał ostatnie słowa. - A szlamy... nie powinny w ogóle
wiedzieć o naszym świecie! - i machnął ręką zwalając wazon z
szafki, który od razu tylko po zetknięciu z ziemią rozsypał
sie na kawałki.
-Salazarze
– powiedział wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o rudych włosach
w żółto-szkarłatnej szacie, który wszedł do
gabinetu dyrektora wraz z dwiema czarownicami i jednym czarodziejem.
Był
to bowiem Gordryk Gryffindor we własnej osobie wraz z Helgą
Hufflepuff, Raveną Ravenclaw i tym piątym założycielem –
Tobiaszem Tigerwoodsem.
Slytherin
wyciągnął swą ciemnozieloną różdżkę z wygrawerowanym
wężem na trzonku i machnął nią w stronę zniszczonego wazonu –
Reparo!
- i wazon z powrotem wrócił do swojej normalnej postaci.
-Nareszcie
– mruknął, a jego mowa podobna była do mowy wężów.
-Po
co nas tu wezwałeś, Slytherinie? - zapytała Ravena, a największy
kryształ w jej srebrnym diademie błysnął niebieskim światłem.
-Cóż,
chodzi mi o to, że przemyślałem cała sprawę. Chciałbym wrócić
do Hogwartu. Będę dalej opiekunem mojego domu – odrzekł
Slytherin a jego wyraz twarzy nie zmienił sie nawet na sekundę.
-Nic
więcej nie chcesz? - zapytał zdziwiony Gryffindor.
-Nie...
Tylko to, aby do mojego domu, Slytherinu trafiali sami czarodzieje
czystej krwi, ci najbardziej ambitni, którzy zasługują na
szacunek – wężowe oczy Slytherina zrobiły się wąskie i
zatrzymały się na czterech założycielach.
-Ale
jak to zrobimy? Każdy z nas chce nauczać innych czarodziejów
i czarownice. A jest aż pięć domów w Hogwarcie – wtrąciła
Helga Huflepuff.
-Nie
martwcie sie o to, moi drodzy – Tobiasz podszedł do drewnianej
półki i zdjął z niej stary skurzany kapelusz, który
wcześniej odezwał się do Salazara. Położył go na stoliku wokół
którego stali. - Wyciągnijcie swoje różdżki. Damy
temu kapeluszowi moc, dzięki której będzie przydzielał
nowych uczniów do odpowiedniego z pięciu domów. Będą
nam również potrzebne nasze magiczne przedmioty.
Salazar
zdjął z szyi dość duży wisior i położył obok kapelusza. W
lewej ręce nadal trzymał swoją ciemnozieloną różdżkę.
Ravena zdjęła z głowy srebrny diadem i położyła na stoliku. Zza
pazuchy wyciągnęła brązową różdżkę z wygrawerowanym
krukiem na trzonku. Helga przywołała zaklęciem swoją złotą
czakrę, która również została położona obok
kapelusza na stoliku. W lewej dłoni trzymała złotą różdżkę
z borsukiem na trzonku. Gordryk ze ściany zdjął swój miecz
i położył go na stoliku. Wyciągnął szkarłatną różdżkę
z wygrawerowanym lwem na trzonku. Tobiasz z rękawa wysunął soją
czarną, gładką różdżkę na której trzonku, na
rzemyku przywiązany był mały, metalowy pentagram. Odwiązał go i
położył obok kapelusza.
-Trzymajcie
różdżki skierowane w kapelusz – powiedział mężczyzna –
Ja zacznę zaklęcie wiązane. Każdy z nas niech później, po
kolei niech wypowie jakich chce mieć uczniów.
Reszta
założycieli mu przytaknęła i posłusznie skierowali swoje różdżki
prosto w kapelusz, który lekko poruszył się.
-Na
słońce, księżyc, gwiazdy, życie, śmierć i magię przyzywam
siłę łączącą magię. My, pięcioro założycieli szkoły magii
i czarodziejstwa Hogwart dziś tworzymy Tiarę Przydziału, która
sprawiedliwie przydzieli naszych uczniów do jednego z domów
– i spojrzał na Ravena z znak, ze ona ma zacząć, a ona od razu
zrozumiała.
-Ja,
Ravena Ravenclaw. W swoim domu, chcę nauczać samych mądrych
czarodziejów i czarownice, nie zwracając uwagę na czystość
krwi. Tych którzy potrafią myśleć logicznie i wyjść z
każdej opresji używając logicznego i strategicznego myślenia.
Bowiem kto ma olej w głowie, temu dość po słowie. Niech noszą
nazwę Krukoni – końca jej różdżki wystrzelił
niebiesko-srebrny promień przypominający kruka, który owinął
sie w koło diademu i zniknął w kapeluszu.
Teraz
Tobiasz spojrzał na Helgę. Ona również wiedziała co ma
robić:
-Ja,
Helga Hufflepuff. W swoim domu, chcę nauczać czarownice i
czarodziejów wyrozumiałych, lojalnych, prawdomównych i
odważnych. Nie obchodzi mnie czystość krwi. Niech noszą nazwę
Puchoni – z końca jej różdżki wystrzelił złoto-czarny
borsuk, który oplótł jej równie złotą czakrę
i po chwili zniknął w kapeluszu.
Tym
razem Tigerwoods spojrzał na Gordryka dając mu do zrozumienia, że
teraz jego kolej:
-Ja,
Gordryk Gryffindor. W swoim domu chcę nauczać czarownice i
czarodziejów zdolnych, uczciwych i o czystym sercu. Muszą być
także honorowi. Nie ważna jest dla mnie czystość krwi, bo w
Gryffindorze będzie kwitnąć męstwa cnota. Niech noszą nazwę
Gryfoni – z końca jego różdżki wystrzelił szkarłatny
lew, który najpierw oplótł miecz Gryffindora a
następnie zniknął w skurzanym kapeluszu.
Tobiasz
spojrzał na Salazara, którego oczy teraz aż zabłyszczały
zielonym blaskiem:
-Ja,
Salazar Slytherin. W swoim domu chcę tylko czarownice i czarodziejów
czystej krwi. Zdolnych, ambitnych, wiernych, przebiegłych, silnych i
bystrych. Tych, którzy potrafią docenić to kim są. Niech
zwą się Ślizgonami – z końca jego ciemnozielonej różdżki
wystrzelił srebrny wąż i oplótł jego medalion po czym
zniknął w kapeluszu.
Teraz
Salazar, Helga, Gordryk i Ravena spojrzeli na Tobiasza, bo nadeszła
jego kolej:
-Ja,
Tobiasz Tigerwoods. W swoim domu chcę nauczać czarownice i
czarodziejów z mugolskich rodzin i półkrwi. Będę ich
uczył wszystkiego od podstaw, aby stali się prawdziwymi mistrzami.
Liczy sie ich talent. Dlatego, że nie ważne jest to kto w jakich
warunkach sie rodzi, ale kim jest i dokąd zmierza. Moi uczniowie
niech zwą się Tigrami – z końca jego czarnej różdżki
wystrzelił biały tygrys o złotych oczach, który przebiegł
przez środek metalowego pentagramu i zniknął w skurzanym
kapeluszu. - Od teraz kapelusz ten będzie zwał sie Tiarą
Przydziału. Pieczętuję w tobie całą naszą daną ci magię –
dodał po chwili i z każdej różdżki wystrzelił biały
promień i wszyscy opuścili różdżki. - Gotowe.
Nagle scena zmieniła się.
Tobiasz
Tigerwoods leżał pod drzewem w Zakazanym Lesie. W jego stronę były
skierowane cztery różdżki założycieli Hogwartu. Tobiasz
pozbawiony był swojej różdżki, leżała półtora
metra od niego a wisior z pentagramem miał na szyi. Na jego twarzy
malowało sie przerażenie.
-Przyznaj
się! To ty otworzyłeś Komnatę Tajemnic – warknął Salazar.
-To
co zamieszkuje komnatę, zabiło ponad pięćdziesiąt uczniów
mugolskiego pochodzenia – dodała wściekła Ravena.
-Komnatę
może otworzyć tylko czarodziej wężoustny. Ja nim nie jestem. Ale
Salazar... - głos Tobiasza miał w sobie panikę.
-Salazar
przysięgał na własne życie, że to nie on ją otworzył. Gdyby
kłamał nie stałby tu przed tobą. Ty byłeś drugą osobą, która
wiedziała gdzie ta komnata się znajduję – powiedział Gryffindor
bardzo wkurzony.
-To
musiał być jakiś uczeń. Na pewno nie ja – zapewniał ich
Tigerwoods.
-Nie
ma nikogo kto by mógł to zrobić! To ty ją otworzyłeś.
Zdenerwowałeś bazyliszka swoim podejściem. Wydostał się z
Komnaty. Prawie musiałem go zabić! - mówił wściekły
Salazar.
-Niestety,
Tobiaszu, ale nie mamy wyboru. Salazarze – Gryffindor skinął
głową w stronę Slytherina.
-Aveda
Kedavra! - syknął Slytherin a z jego różdżki
wystrzelił snop zielonego światła, który ugodził
Tigerwoodsa prosto w serce i metalowy pentagram, który
zniknął, tak samo jak i jego różdżka.
Lily
obudziła sie przerażona i usiadła na łóżku. Była w
skrzydle szpitalnym i siedziała na jednym z łóżek. Zimny
pot spływał po jej czole i ciarki przeszły jej po plecach. Na szyi
poczuła zimny, cienki pasek. Miała zawieszony jakiś, który
był pod biała koszula od szaty. Bała się go nawet wyjąć.
Przecież nie miała go wcześniej.
-Nareszcie sie obudziłaś – usłyszała znajomy
głos.
Na
krześle obok łóżka siedział Snape. Wyglądał na
ucieszonego pobudką dziewczyny.
-Co
sie stało? - zapytała przerażona, nie mogąc zapomnieć tego co
widziała we śnie.
-Z
tego co mówiła mi Mary, to zemdlałaś przed lekcją Obroną
przed Czarna Magią – odrzekł Severus. - To przez dementora.
-Dementora? - powtórzyła zdziwiona Lily.
-Dumbledore mówił, że sie zjawią w tym roku
szkolnym. A ty akurat trafiłaś na jednego z nich – wyjaśnił
Severus. - Ale teraz już jest wszystko dobrze, prawda?
-Tak, tak – przytaknęła Lily, ale jej ton
wskazywał całkiem na co innego; widząc pytający wzrok Severusa
zaczęła inny temat:
-Dzisiaj wybierają reprezentantów domów
podczas kolacji...
-No
tak – zgodził sie z nią Severus. - A kolacja już za niecałą
godzinę.
Pani Pomfey pozwoliła Lily opuścić skrzydło
szpitalne i rudowłosa wraz z Severusam poszła w stronę Wielkiej
Sali. Lily nie odzywała się przez dłuższy czas. Nie wiedziała co
ma myśleć o tym co zobaczyła we śnie. Nie mogła uwierzyć, a
inne fakty z historii Hogwartu, które znała nie trzymały się
całości. Nikt nigdy nie mówił w szkole o tym, żeby istniał
kiedyś piąty dom. A jeżeli by nawet istniał, to gdzie znajdowały
by sie jego dormitoria.
-Coś cię gryzie, Lily? - zapytał zatroskany
Severus, zaczął martwić się o Evans.
-Nie ważne, Sev. To nie twoje sprawa – odrzekła
Lily, a po jej policzku spłynęła łza.
Nie
chciał mówić Severusowi niczego co zobaczyła. Wolała
porozmawiać o tym najpierw z profesorem Dumbledore'em. On powinien
pierwszy sie o tym dowiedzieć. A może wie o tym, że powinien być
w Hogwarcie jeszcze jeden dom. I czym jest ta cała Komnata Tajemnic?
Jaki bazyliszek?
-Lily, przecież wiesz, że mi możesz powiedzieć
wszystko – powiedział Severus, kładąc dłoń na jej ramieniu.
-Ale to nie jest takie proste. Powiem ci gdy
nadejdzie czas, dobrze? - Lily przystanęła na moment.
Stała teraz prosto przed Severusem. Dzieliło ich
zaledwie kilka centymetrów. Widziała przed sobą tylko czarne
tęczówki. Severus wytarł jej łzy białą chusteczką. Lily,
od kąt sie obudziła, czuła w sercu straszliwy ból, taki
jakby ktoś wbił jej tam nóż, dokładnie w miejscu, gdzie
Tobiasz Tigerwoods miał pentagram na wisiorku. Dlatego też bała
się zobaczyć jaki jest ten wisiorek, który wziął sie nie
wiadomo z kąt i nie wiadomo po co. Postanowiła, że to na razie
pozostanie jej sekretem, a jeżeli ten wisiorek okaże się tym,
który miał Tigerwoods, pójdzie do dyrektora.
-Lily – powiedział Severus mrużąc oczy – Lily.
Dziewczyna zamyśliła się chwilę.
-Przepraszam – odpowiedziała i odsunęła sie od
chłopaka i oboje dalej poszli do Wielkiej Sali.
Lily milczała aż do końca drogi. Dopiero przy
wejściu pożegnała się z Severusem i pocałowała go w policzek.
James widząc to zrobił się cały czerwony na
twarzy, a widelec który trzymał w ręku wygiął się w łuk.
-James – Syriusz wyglądał na zaniepokojonego.
-Ani słowa – warknął Potter. - Niech ja tylko
Smarka spotkam na osobności. Ja już mu pokażę.
Wielka Sala tego wieczoru udekorowana była dyniami i
różnymi Halloweenowymi stroikami. Trudno było nie wpaść w
klimaty tego wieczora.
Lily bez słowa usiadła obok przyjaciółki.
Mary spojrzała na nią bardzo badawczym wzrokiem a jej oczy błysnęły
tajemniczym światłem.
-I
jak sie czujesz? Miałaś groźne spotkanie z dementorem –
powiedziała.
-Już w miarę dobrze – odrzekła spokojnie Lily.
Dumbledore wstał i zaczął swoją codzienną mowę.
Tym razem oczywiście miała być trochę dłuższa, bo w szkole
pojawili sie dementorzy.
-Mam dla was dobrą i zła wiadomość. Dobra jest
taka, że są już wyniki i zaraz sie dowiecie kto będzie
reprezentować dany dom a pierwszy pojedynek, jeżeli można tak to
nazwać, odbędzie sie jeszcze przed nowym rokiem. Zła jest taka, że
dementorzy są już w naszej szkole. Potwierdzić to może dzisiejszy
wypadek z jedną z uczennic. Proszę ją także o to aby zjawiła sie
po kolacji w moim gabinecie – powiedział dyrektor. - Jak
skończycie jeść ogłoszę wyniki głosowania – po czym usiadła
a na stołach pojawiło sie jedzenie, które zniknęło tego
wieczoru podejrzanie szybko. Tak samo jak i deser. Więc wstał
ponownie i zaczął mówić: - A więc zacznijmy od tego, że
głosowaliście już prawie dwa całe miesiące. A teraz nareszcie
poznacie swoich reprezentantów. Z każdego domu wyczytam jedna
osobę, która wyjdzie na środek. To ona zostanie
reprezentantem. Zaczynam: Ravenclaw Ksenofilius Lovegood – prefekt
Krukonów wstał od stołu i pomaszerował na środek sali. -
Hufflepuff Amos Diggory – prefekt Puchonów również
dumnie wyszedł na środek sali. - Gryffindor Syriusz Black –
Syriusz zaskoczony był tym wynikiem, ale wstał od stołu i
pomaszerował na środek sali do reszty. - I Slytherin –
zakomunikował Dumbledore, a w sali zapadła cisza. Dumbledore
odchrząknął i wreszcie powiedział: - Severus Snape.
Wszystkie cztery stoły zwróciły sie w stronę
zakłopotanego Severusa. On był jeszcze bardzie zdziwiony swoja
wygraną niż Syriusz minutę temu. Ale nie miał innego wyboru wstał
od stołu i podszedł szybko do reszty reprezentantów.
-Jakim cudem to sie stało? - mruknął James.
-Nie mam zielonego pojęcia, Rogaczu – odrzekł
Remus. - Ale na całe szczęście w reprezentantach mamy Huncwota.
Nie przegramy. A Slytherin zajmie ostatnie miejsce.
-No
jeżeli Smark jest reprezentantem, to na pewno mamy szanse –
stwierdził James – Ja osobiście dopilnuje, żeby dostał taki
łomot od Łapy, że odechce mu się wszystkiego.
-No
to skoro reprezentanci domów zostali już wybrani i wam
przedstawieni, zapraszam do swoich dormitoriów. Dzisiejsza
cisza nocna zostaje zniesiona. Jutro jest niedziela, więc róbcie
co chcecie tej nocy. Ale nie wolno wam wychodzić na korytarze poza
dormitorium. Dementorzy będą patrolować wszystkie piętra. A więc
życzę dobrej nocy – powiedział Dumbledore. - Aha, i jak
wspominałem, panno Evans widzę pannę, w moim gabinecie.
Nikogo za bardzo nie obchodziły ostatnie słowa
dyrektora. Dobrze wiedzieli, że dzisiejszego poranka Lily zemdlała
przez dementora i trafiła na skrzydło szpitalne. Nie wiedzieli
tylko dlaczego Dumbledore chce ją widzieć. Ale cóż nie będą
się sprzeczać z dyrektorem.
-A
ty i Sev? Coś z tego będzie? - zapytała Mary kiedy wychodziły z
Wielkiej Sali.
-Już ci mówiłam: to tylko przyjaciel –
odrzekła Lily nadal nadąsana.
-Taaak jasne – Mary przewróciła oczami. - A
ten całus przy wejściu do Wielkiej Sali...
-To
nic takiego! - przerwała jej Lily. - Rozumiesz?! - jej ton zabrzmiał
trochę groźnie i nie wskazywał na to, żeby Lily było do śmiechu.
-Już dobrze, dobrze. Rozumiem - przytaknęła
przerażona Mary, nigdy jeszcze nie widziała przyjaciółki w
takim stanie.
Ale
cóż, w stu procentach, Mary była pewna, że dementor trochę
zagrał na jej dobrym humorze, bo normalnie sie przecież tak nie
zachowywała, a do tego jeszcze teraz musiała iść do gabinetu
dyrektora.
Lily opuściła przyjaciółkę i skierowała
sie w stronę, gdzie znajdowało sie wejście do gabinetu profesora
Dumbledore'a. Szczerze mówiąc bała sie trochę tej rozmowy.
Czego on od niej chce? Przecież nie mógł widzieć tego co
ona, prawda? Lily bała sie tego snu, choć nie była do końca pewna
czy to był sen, czy może też cudze wspomnienia. Wspomnienia samego
Tobiasza Tigerwoodsa.
Odważyła
się i pociągnęła za sznurek od wisiorka w górę. Mimo, ze
była prawie w pełni pewna co zobaczy, była bardzo zaskoczona.
Ujrzała bowiem metalowy pentagram w okręgu, który należał
prawdopodobnie do piątego, nieznanego nikomu założyciela Hogwartu
– Tobiasza Tigerwoodsa. Zaczęła sie jeszcze bardziej bać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz