Muzyka

wtorek, 4 lutego 2014

HP - Rozdział 7 - A wiec było 5 domów

Nadeszła jesień. Liście zżółkły i powoli zaczęły spadać z drzew. Robiło się również coraz zimniej, a słońce zachodziło trochę wcześniej. Lekcje w Hogwarcie robiły się już coraz bardziej nudniejsze i monotonne. No może z wyjątkiem Obrony przed Czarną Magią i Eliksirów, które Lily i Severus wręcz uwielbiali. Hagrid powiedział Dumbledore'owi o hipogryfie, który teraz zamieszkał obok jego chatki w wielkiej, drewnianej budzie.
-Lily! Lily, wstawaj! Jest już prawie dziewiąta! Spóźnimy się na Obronę przed Czarną Magią! - Mary zaczęła budzić przyjaciółkę.
Lily zaspana usiadła na łóżku i przetarła oczy. Sięgnęła za swoją różdżkę, która leżała na szafce nocnej i machnęła nią. W mgnieniu oka była gotowa do lekcji. Ubrana, uczesana, trochę śpiąca wyszła razem z przyjaciółką i skierowała się do klasy.
Do lekcji zostało jeszcze jakieś dziesięć minut, a mimo tego Xenio stał pod klasą wyprostowane i gotowy do lekcji. Jak to zawsze on. Lily musiała przyznać, tak samo jak każdy inny uczeń, że Ksenofilius Lovegood bardzo sie zmienił. Nigdy nie lubił Obrony przed Czarną Magią ale odkąd uczy jej Megan, stał sie niemal prymusem z tego przedmiotu.
-Co o tym myślisz, Lily? - zapytała w pewnym momencie Mary bardzo cicho, tak aby tylko rudowłosa ją usłyszała.
-Ale o czym? - zapytała Lily przecierając oczy.
-No o naszym Xeniu? - Mary powiedziała to takim tonem jakby to wszystko było oczywiste i spojrzała srogo na przyjaciółkę.
-Co mam myśleć? Nie za bardzo cię rozumiem, Mary – Lily wyglądała jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie konfuzji. Tego dnia jakoś tak dziwnie się czuła, nie potrafiła tego określić.
-Zakochał nam sie chłopak. I to w nauczycielce – uśmiechnęła się dziewczyna.
-Jaka to dla nas nauczycielka. Zaledwie pięć lat starsza od nas – odrzekła Lily resztka sił.
Rudowłosa strasznie pobladła. Oparła sie jedna ręką o ścianę i osunęła sie na ziemię. Zemdlała.
Jakiś mężczyzna w zielono-srebrzystej szacie przechadzał się niespokojnie po gabinecie dyrektora Hogwartu. Jego wężowe oczy błądziły po obrazach wiszących na ścianach. Na jednej ze ścian wisiało pięć herbów: pierwszy w kolorach szkarłatu ze złotym lwem – Gryffindor, drugi niebiesko-srebrny z brązowym krukiem – Ravenclaw, trzeci złoty z czernią i borsukiem – Hufflepuff, czwarty zielono-srebrzysty z wężem - Slytherin, oraz piąty biało-złoty z białym tygrysem w tle – Tigerwoods.
Na drewnianej półce stał szpiczasty, skurzany kapelusz, który nagle poruszył się i powiedział do mężczyzny:
-Nie denerwuj się, Salazarze. Reszta założycieli zaraz sie zjawi.
-Milcz kapeluszu! - warknął Slytherin.
Kapelusz zamilkł i jakby skamieniał po słowach czarodzieja. Slytherin przystanął na moment przed swoim herbem i wyciągnął w jego stronę dłoń, po czym zaraz ją cofnął. Być może dlatego, że rękaw lewej ręki osunął sie lekko i pokazał krwawy znak węża i czaszki na przedramieniu.
-Oni całkowicie mnie nie rozumieją. Czarodzieje czystej krwi. To w ich rękach spoczywa największa magiczne odpowiedzialność. Półkrwi mieli po prostu pecha do rodziców, ale nie są pełni. A szlamy... - mruknął do siebie z lekkim obrzydzeniem, kiedy wypowiadał ostatnie słowa. - A szlamy... nie powinny w ogóle wiedzieć o naszym świecie! - i machnął ręką zwalając wazon z szafki, który od razu tylko po zetknięciu z ziemią rozsypał sie na kawałki.
-Salazarze – powiedział wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o rudych włosach w żółto-szkarłatnej szacie, który wszedł do gabinetu dyrektora wraz z dwiema czarownicami i jednym czarodziejem.
Był to bowiem Gordryk Gryffindor we własnej osobie wraz z Helgą Hufflepuff, Raveną Ravenclaw i tym piątym założycielem – Tobiaszem Tigerwoodsem.
Slytherin wyciągnął swą ciemnozieloną różdżkę z wygrawerowanym wężem na trzonku i machnął nią w stronę zniszczonego wazonu – Reparo! - i wazon z powrotem wrócił do swojej normalnej postaci.
-Nareszcie – mruknął, a jego mowa podobna była do mowy wężów.
-Po co nas tu wezwałeś, Slytherinie? - zapytała Ravena, a największy kryształ w jej srebrnym diademie błysnął niebieskim światłem.
-Cóż, chodzi mi o to, że przemyślałem cała sprawę. Chciałbym wrócić do Hogwartu. Będę dalej opiekunem mojego domu – odrzekł Slytherin a jego wyraz twarzy nie zmienił sie nawet na sekundę.
-Nic więcej nie chcesz? - zapytał zdziwiony Gryffindor.
-Nie... Tylko to, aby do mojego domu, Slytherinu trafiali sami czarodzieje czystej krwi, ci najbardziej ambitni, którzy zasługują na szacunek – wężowe oczy Slytherina zrobiły się wąskie i zatrzymały się na czterech założycielach.
-Ale jak to zrobimy? Każdy z nas chce nauczać innych czarodziejów i czarownice. A jest aż pięć domów w Hogwarcie – wtrąciła Helga Huflepuff.
-Nie martwcie sie o to, moi drodzy – Tobiasz podszedł do drewnianej półki i zdjął z niej stary skurzany kapelusz, który wcześniej odezwał się do Salazara. Położył go na stoliku wokół którego stali. - Wyciągnijcie swoje różdżki. Damy temu kapeluszowi moc, dzięki której będzie przydzielał nowych uczniów do odpowiedniego z pięciu domów. Będą nam również potrzebne nasze magiczne przedmioty.
Salazar zdjął z szyi dość duży wisior i położył obok kapelusza. W lewej ręce nadal trzymał swoją ciemnozieloną różdżkę. Ravena zdjęła z głowy srebrny diadem i położyła na stoliku. Zza pazuchy wyciągnęła brązową różdżkę z wygrawerowanym krukiem na trzonku. Helga przywołała zaklęciem swoją złotą czakrę, która również została położona obok kapelusza na stoliku. W lewej dłoni trzymała złotą różdżkę z borsukiem na trzonku. Gordryk ze ściany zdjął swój miecz i położył go na stoliku. Wyciągnął szkarłatną różdżkę z wygrawerowanym lwem na trzonku. Tobiasz z rękawa wysunął soją czarną, gładką różdżkę na której trzonku, na rzemyku przywiązany był mały, metalowy pentagram. Odwiązał go i położył obok kapelusza.
-Trzymajcie różdżki skierowane w kapelusz – powiedział mężczyzna – Ja zacznę zaklęcie wiązane. Każdy z nas niech później, po kolei niech wypowie jakich chce mieć uczniów.
Reszta założycieli mu przytaknęła i posłusznie skierowali swoje różdżki prosto w kapelusz, który lekko poruszył się.
-Na słońce, księżyc, gwiazdy, życie, śmierć i magię przyzywam siłę łączącą magię. My, pięcioro założycieli szkoły magii i czarodziejstwa Hogwart dziś tworzymy Tiarę Przydziału, która sprawiedliwie przydzieli naszych uczniów do jednego z domów – i spojrzał na Ravena z znak, ze ona ma zacząć, a ona od razu zrozumiała.
-Ja, Ravena Ravenclaw. W swoim domu, chcę nauczać samych mądrych czarodziejów i czarownice, nie zwracając uwagę na czystość krwi. Tych którzy potrafią myśleć logicznie i wyjść z każdej opresji używając logicznego i strategicznego myślenia. Bowiem kto ma olej w głowie, temu dość po słowie. Niech noszą nazwę Krukoni – końca jej różdżki wystrzelił niebiesko-srebrny promień przypominający kruka, który owinął sie w koło diademu i zniknął w kapeluszu.
Teraz Tobiasz spojrzał na Helgę. Ona również wiedziała co ma robić:
-Ja, Helga Hufflepuff. W swoim domu, chcę nauczać czarownice i czarodziejów wyrozumiałych, lojalnych, prawdomównych i odważnych. Nie obchodzi mnie czystość krwi. Niech noszą nazwę Puchoni – z końca jej różdżki wystrzelił złoto-czarny borsuk, który oplótł jej równie złotą czakrę i po chwili zniknął w kapeluszu.
Tym razem Tigerwoods spojrzał na Gordryka dając mu do zrozumienia, że teraz jego kolej:
-Ja, Gordryk Gryffindor. W swoim domu chcę nauczać czarownice i czarodziejów zdolnych, uczciwych i o czystym sercu. Muszą być także honorowi. Nie ważna jest dla mnie czystość krwi, bo w Gryffindorze będzie kwitnąć męstwa cnota. Niech noszą nazwę Gryfoni – z końca jego różdżki wystrzelił szkarłatny lew, który najpierw oplótł miecz Gryffindora a następnie zniknął w skurzanym kapeluszu.
Tobiasz spojrzał na Salazara, którego oczy teraz aż zabłyszczały zielonym blaskiem:
-Ja, Salazar Slytherin. W swoim domu chcę tylko czarownice i czarodziejów czystej krwi. Zdolnych, ambitnych, wiernych, przebiegłych, silnych i bystrych. Tych, którzy potrafią docenić to kim są. Niech zwą się Ślizgonami – z końca jego ciemnozielonej różdżki wystrzelił srebrny wąż i oplótł jego medalion po czym zniknął w kapeluszu.
Teraz Salazar, Helga, Gordryk i Ravena spojrzeli na Tobiasza, bo nadeszła jego kolej:
-Ja, Tobiasz Tigerwoods. W swoim domu chcę nauczać czarownice i czarodziejów z mugolskich rodzin i półkrwi. Będę ich uczył wszystkiego od podstaw, aby stali się prawdziwymi mistrzami. Liczy sie ich talent. Dlatego, że nie ważne jest to kto w jakich warunkach sie rodzi, ale kim jest i dokąd zmierza. Moi uczniowie niech zwą się Tigrami – z końca jego czarnej różdżki wystrzelił biały tygrys o złotych oczach, który przebiegł przez środek metalowego pentagramu i zniknął w skurzanym kapeluszu. - Od teraz kapelusz ten będzie zwał sie Tiarą Przydziału. Pieczętuję w tobie całą naszą daną ci magię – dodał po chwili i z każdej różdżki wystrzelił biały promień i wszyscy opuścili różdżki. - Gotowe.
Nagle scena zmieniła się.
Tobiasz Tigerwoods leżał pod drzewem w Zakazanym Lesie. W jego stronę były skierowane cztery różdżki założycieli Hogwartu. Tobiasz pozbawiony był swojej różdżki, leżała półtora metra od niego a wisior z pentagramem miał na szyi. Na jego twarzy malowało sie przerażenie.
-Przyznaj się! To ty otworzyłeś Komnatę Tajemnic – warknął Salazar.
-To co zamieszkuje komnatę, zabiło ponad pięćdziesiąt uczniów mugolskiego pochodzenia – dodała wściekła Ravena.
-Komnatę może otworzyć tylko czarodziej wężoustny. Ja nim nie jestem. Ale Salazar... - głos Tobiasza miał w sobie panikę.
-Salazar przysięgał na własne życie, że to nie on ją otworzył. Gdyby kłamał nie stałby tu przed tobą. Ty byłeś drugą osobą, która wiedziała gdzie ta komnata się znajduję – powiedział Gryffindor bardzo wkurzony.
-To musiał być jakiś uczeń. Na pewno nie ja – zapewniał ich Tigerwoods.
-Nie ma nikogo kto by mógł to zrobić! To ty ją otworzyłeś. Zdenerwowałeś bazyliszka swoim podejściem. Wydostał się z Komnaty. Prawie musiałem go zabić! - mówił wściekły Salazar.
-Niestety, Tobiaszu, ale nie mamy wyboru. Salazarze – Gryffindor skinął głową w stronę Slytherina.
-Aveda Kedavra! - syknął Slytherin a z jego różdżki wystrzelił snop zielonego światła, który ugodził Tigerwoodsa prosto w serce i metalowy pentagram, który zniknął, tak samo jak i jego różdżka.
Lily obudziła sie przerażona i usiadła na łóżku. Była w skrzydle szpitalnym i siedziała na jednym z łóżek. Zimny pot spływał po jej czole i ciarki przeszły jej po plecach. Na szyi poczuła zimny, cienki pasek. Miała zawieszony jakiś, który był pod biała koszula od szaty. Bała się go nawet wyjąć. Przecież nie miała go wcześniej.
-Nareszcie sie obudziłaś – usłyszała znajomy głos.
Na krześle obok łóżka siedział Snape. Wyglądał na ucieszonego pobudką dziewczyny.
-Co sie stało? - zapytała przerażona, nie mogąc zapomnieć tego co widziała we śnie.
-Z tego co mówiła mi Mary, to zemdlałaś przed lekcją Obroną przed Czarna Magią – odrzekł Severus. - To przez dementora.
-Dementora? - powtórzyła zdziwiona Lily.
-Dumbledore mówił, że sie zjawią w tym roku szkolnym. A ty akurat trafiłaś na jednego z nich – wyjaśnił Severus. - Ale teraz już jest wszystko dobrze, prawda?
-Tak, tak – przytaknęła Lily, ale jej ton wskazywał całkiem na co innego; widząc pytający wzrok Severusa zaczęła inny temat:
-Dzisiaj wybierają reprezentantów domów podczas kolacji...
-No tak – zgodził sie z nią Severus. - A kolacja już za niecałą godzinę.
Pani Pomfey pozwoliła Lily opuścić skrzydło szpitalne i rudowłosa wraz z Severusam poszła w stronę Wielkiej Sali. Lily nie odzywała się przez dłuższy czas. Nie wiedziała co ma myśleć o tym co zobaczyła we śnie. Nie mogła uwierzyć, a inne fakty z historii Hogwartu, które znała nie trzymały się całości. Nikt nigdy nie mówił w szkole o tym, żeby istniał kiedyś piąty dom. A jeżeli by nawet istniał, to gdzie znajdowały by sie jego dormitoria.
-Coś cię gryzie, Lily? - zapytał zatroskany Severus, zaczął martwić się o Evans.
-Nie ważne, Sev. To nie twoje sprawa – odrzekła Lily, a po jej policzku spłynęła łza.
Nie chciał mówić Severusowi niczego co zobaczyła. Wolała porozmawiać o tym najpierw z profesorem Dumbledore'em. On powinien pierwszy sie o tym dowiedzieć. A może wie o tym, że powinien być w Hogwarcie jeszcze jeden dom. I czym jest ta cała Komnata Tajemnic? Jaki bazyliszek?
-Lily, przecież wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko – powiedział Severus, kładąc dłoń na jej ramieniu.
-Ale to nie jest takie proste. Powiem ci gdy nadejdzie czas, dobrze? - Lily przystanęła na moment.
Stała teraz prosto przed Severusem. Dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Widziała przed sobą tylko czarne tęczówki. Severus wytarł jej łzy białą chusteczką. Lily, od kąt sie obudziła, czuła w sercu straszliwy ból, taki jakby ktoś wbił jej tam nóż, dokładnie w miejscu, gdzie Tobiasz Tigerwoods miał pentagram na wisiorku. Dlatego też bała się zobaczyć jaki jest ten wisiorek, który wziął sie nie wiadomo z kąt i nie wiadomo po co. Postanowiła, że to na razie pozostanie jej sekretem, a jeżeli ten wisiorek okaże się tym, który miał Tigerwoods, pójdzie do dyrektora.
-Lily – powiedział Severus mrużąc oczy – Lily.
Dziewczyna zamyśliła się chwilę.
-Przepraszam – odpowiedziała i odsunęła sie od chłopaka i oboje dalej poszli do Wielkiej Sali.
Lily milczała aż do końca drogi. Dopiero przy wejściu pożegnała się z Severusem i pocałowała go w policzek.
James widząc to zrobił się cały czerwony na twarzy, a widelec który trzymał w ręku wygiął się w łuk.
-James – Syriusz wyglądał na zaniepokojonego.
-Ani słowa – warknął Potter. - Niech ja tylko Smarka spotkam na osobności. Ja już mu pokażę.
Wielka Sala tego wieczoru udekorowana była dyniami i różnymi Halloweenowymi stroikami. Trudno było nie wpaść w klimaty tego wieczora.
Lily bez słowa usiadła obok przyjaciółki. Mary spojrzała na nią bardzo badawczym wzrokiem a jej oczy błysnęły tajemniczym światłem.
-I jak sie czujesz? Miałaś groźne spotkanie z dementorem – powiedziała.
-Już w miarę dobrze – odrzekła spokojnie Lily.
Dumbledore wstał i zaczął swoją codzienną mowę. Tym razem oczywiście miała być trochę dłuższa, bo w szkole pojawili sie dementorzy.
-Mam dla was dobrą i zła wiadomość. Dobra jest taka, że są już wyniki i zaraz sie dowiecie kto będzie reprezentować dany dom a pierwszy pojedynek, jeżeli można tak to nazwać, odbędzie sie jeszcze przed nowym rokiem. Zła jest taka, że dementorzy są już w naszej szkole. Potwierdzić to może dzisiejszy wypadek z jedną z uczennic. Proszę ją także o to aby zjawiła sie po kolacji w moim gabinecie – powiedział dyrektor. - Jak skończycie jeść ogłoszę wyniki głosowania – po czym usiadła a na stołach pojawiło sie jedzenie, które zniknęło tego wieczoru podejrzanie szybko. Tak samo jak i deser. Więc wstał ponownie i zaczął mówić: - A więc zacznijmy od tego, że głosowaliście już prawie dwa całe miesiące. A teraz nareszcie poznacie swoich reprezentantów. Z każdego domu wyczytam jedna osobę, która wyjdzie na środek. To ona zostanie reprezentantem. Zaczynam: Ravenclaw Ksenofilius Lovegood – prefekt Krukonów wstał od stołu i pomaszerował na środek sali. - Hufflepuff Amos Diggory – prefekt Puchonów również dumnie wyszedł na środek sali. - Gryffindor Syriusz Black – Syriusz zaskoczony był tym wynikiem, ale wstał od stołu i pomaszerował na środek sali do reszty. - I Slytherin – zakomunikował Dumbledore, a w sali zapadła cisza. Dumbledore odchrząknął i wreszcie powiedział: - Severus Snape.
Wszystkie cztery stoły zwróciły sie w stronę zakłopotanego Severusa. On był jeszcze bardzie zdziwiony swoja wygraną niż Syriusz minutę temu. Ale nie miał innego wyboru wstał od stołu i podszedł szybko do reszty reprezentantów.
-Jakim cudem to sie stało? - mruknął James.
-Nie mam zielonego pojęcia, Rogaczu – odrzekł Remus. - Ale na całe szczęście w reprezentantach mamy Huncwota. Nie przegramy. A Slytherin zajmie ostatnie miejsce.
-No jeżeli Smark jest reprezentantem, to na pewno mamy szanse – stwierdził James – Ja osobiście dopilnuje, żeby dostał taki łomot od Łapy, że odechce mu się wszystkiego.
-No to skoro reprezentanci domów zostali już wybrani i wam przedstawieni, zapraszam do swoich dormitoriów. Dzisiejsza cisza nocna zostaje zniesiona. Jutro jest niedziela, więc róbcie co chcecie tej nocy. Ale nie wolno wam wychodzić na korytarze poza dormitorium. Dementorzy będą patrolować wszystkie piętra. A więc życzę dobrej nocy – powiedział Dumbledore. - Aha, i jak wspominałem, panno Evans widzę pannę, w moim gabinecie.
Nikogo za bardzo nie obchodziły ostatnie słowa dyrektora. Dobrze wiedzieli, że dzisiejszego poranka Lily zemdlała przez dementora i trafiła na skrzydło szpitalne. Nie wiedzieli tylko dlaczego Dumbledore chce ją widzieć. Ale cóż nie będą się sprzeczać z dyrektorem.
-A ty i Sev? Coś z tego będzie? - zapytała Mary kiedy wychodziły z Wielkiej Sali.
-Już ci mówiłam: to tylko przyjaciel – odrzekła Lily nadal nadąsana.
-Taaak jasne – Mary przewróciła oczami. - A ten całus przy wejściu do Wielkiej Sali...
-To nic takiego! - przerwała jej Lily. - Rozumiesz?! - jej ton zabrzmiał trochę groźnie i nie wskazywał na to, żeby Lily było do śmiechu.
-Już dobrze, dobrze. Rozumiem - przytaknęła przerażona Mary, nigdy jeszcze nie widziała przyjaciółki w takim stanie.
Ale cóż, w stu procentach, Mary była pewna, że dementor trochę zagrał na jej dobrym humorze, bo normalnie sie przecież tak nie zachowywała, a do tego jeszcze teraz musiała iść do gabinetu dyrektora.
Lily opuściła przyjaciółkę i skierowała sie w stronę, gdzie znajdowało sie wejście do gabinetu profesora Dumbledore'a. Szczerze mówiąc bała sie trochę tej rozmowy. Czego on od niej chce? Przecież nie mógł widzieć tego co ona, prawda? Lily bała sie tego snu, choć nie była do końca pewna czy to był sen, czy może też cudze wspomnienia. Wspomnienia samego Tobiasza Tigerwoodsa.

Odważyła się i pociągnęła za sznurek od wisiorka w górę. Mimo, ze była prawie w pełni pewna co zobaczy, była bardzo zaskoczona. Ujrzała bowiem metalowy pentagram w okręgu, który należał prawdopodobnie do piątego, nieznanego nikomu założyciela Hogwartu – Tobiasza Tigerwoodsa. Zaczęła sie jeszcze bardziej bać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz