Poniedziałkowe,
poranne słońce strasznie świeciło, ale nie miało jak sie dostać
do lochów i dormitoriów Slytherinu. Ale to wcale nie
przeszkadzało Ślizgonom. Już od dawna się do tego przyzwyczaili,
a w szczególności mówię tutaj o Severusie. Od
piętnastu lat mieszkał na Spinner's End, a jego pokój był
najciemniejszym miejscem w tym domu.
Większość
Ślizgonów już wstała i była gotowa do lekcji. Slytherin
miał w sobie tylko uczniów czystej krwi, z rodzin gdzie
obojga rodziców są czarodziejami. Severus był jedynym
Ślizgonem, który miał za ojca mugola. Szczeże go
nienawidził. Nie tylko dlatego, że w jego żyłach nie płynie krew
czarodzieja, ale również dlatego, że bardzo często robił w
domu awantury o byle co, bił jego matkę a nawet i czasem jego.
Hogwart był dla Severusa czymś w rodzaju domu, o którym
zawsze marzył. A kiedy trafił do Slytherinu, gdzie jego matka, był
w siódmym niebie. Nazwał się Księciem Półkrwi, bo
był jedynym czarodziejem półkrwi w Slytherinie.
Może
uczniowie Hufflepuffu, Gryffindoru czy Ravenclawu tego nie zauważyli,
ale Severus miał normalne relacje z innymi Ślizgonami. Choć może
z większością z nich nie rozmawiał podczas przerw czy uczt w
Wielkiej Sali, ale kiedy Ślizgoni spotykali się w pokoju wspólnym
zawsze chcieli usłyszeć opinię Snape'a na dany temat. Niektórzy
nawet przestali sie dziwić faktem, że Severus mimo iż jest
półkrwi, trafił do domu węża.
Wyszedł
z dormitorium jak tylko mógł najciszej i tak, żeby nie
natknąć sie na nikogo, kto mógłby zaraz wciągnąć go w
zbędną rozmowę. Chciał jak najszybciej znaleźć się przed
Wielka Salą. Bardzo chciał natknąć sie na Lily. Musiał jej
podziękować. Gdyby nie ona, na pewno nadal siedział by w tamtej
klasie z różowymi wstążkami we włosach. Jeszcze wczoraj
wieczorem wysłał Hektora do Hogsmade z listem, że chciałby
zakupić opakowanie „Fasolek Wszystkich Smaków, wysłał
również odpowiednią ilość pieniędzy. Około drugiej w
nocy sowa wróciła.
Lily
jeszcze nie było w Wielkiej Sali, więc Sev postanowił, że zrobi
jej niespodziankę i ruszył w stronę wierzy Gryfonów, która
znajdowała się na siódmym piętrze. Wiedział dobrze, że
może natknąć się na Huncwotów, ale zaryzykował.
-Sev,
co ty tutaj robisz? - Lily wyglądała na zaskoczoną.
Szła
korytarzem razem z Mary na śniadanie do Wielkiej Sali. Na widok
Severusa zmieszała się lekko. Mary uśmiechnęła sie pod nosem.
-To ja
już pójdę, Lily – zakomunikowała. - Nie będę WAM
przeszkadzać.
Mary
zeszła po schodach i zniknęła im z oczu.
-Chciałem
ci podziękować za wczoraj – powiedział ciszej Severus i
wyciągnął z torby opakowanie „Fasolek Wszystkich Smaków”.
- To dla ciebie.
-Sev,
nie trzeba było – Lily była bardziej zaskoczona nich chwile temu,
ale zaraz coś sobie przypomniała, przecież kupiła Severusowi
czekoladę w Hogsmade. Zaczęła grzebać w torbie i wyciągnęła
cztery tabliczki mlecznej czekolady. - To ta czekolada. Mówiłam
ci wczoraj...
Jej
wzrok zatrzymał się na czarnych oczach Severusa. Oblała się
rumieńcem, jeszcze bardziej czerwonym niż wtedy, kiedy Snape
zaczepił ją przed chwilą idącą z Mary. Severus położył swoją
zimną dłoń na czole Lily.
-Nie
masz przypadkiem gorączki? Jesteś cała czerwona – powiedział.
Tak,
Lily bardzo by chciała, żeby to była tylko gorączka. Zaczęła
myśleć jak mogłaby odpowiedzieć przyjacielowi tak, żeby to jakoś
normalnie wyglądało.
-To nic
takiego – wydukała i chwyciła swoją ręką za nadgarstek ręki
Severusa, którą miał przytkniętą do jej czoła. - To zaraz
zniknie...
Zeszli
razem do Wielkiej Sali. Zajęli swoje miejsca przy stołach
odpowiednich domów. Na środku sali, przed stołem
nauczycielskim stały cztery wielkie kielichy. Pierwszy z nich był
zielono-srebrny z wygrawerowanym wężem na przodzie, drugi był
żółto-czerwony z lwem, trzeci złoto-czarny z borsukiem i
czwarty, niebiesko-srebrny z krukiem. Ze wszystkich czterech wielkich
kielichów wydobywał się ogień.
Lily
usiadła obok przyjaciółki. Mary oparła sie łokciem o stół
i spojrzała na Lily bardzo zaciekawiona:
-Romans
kwitnie – uśmiechnęła sie od ucha do ucha.
-Nie
wiem o co ci chodzi – odpowiedziała krótko Lily.
-Ty i
Severus... Co z tego wyniknie? - Mary udała wielkie, poważne
zamyślenie.
Lily
rzuciła przyjaciółce groźne spojrzenie, ale jej wzrok mimo
woli powędrował do stołu Ślizgonów. Snape był już
pogrążony w rozmowie z Mulciberem i Averym.
-Kiedy
zamierzasz mu powiedzieć? - zapytała Mary odgarniając włosy za
ucho.
-Niby o
czym? - Lily znowu spojrzała na przyjaciółkę.
-No, że
ci sie podoba – odpowiedziała Mary przewracając oczami.
Dumbledore
zastukał łyżką w zloty puchar i wstał. Robił tak kiedy chciał
powiedzieć uczniom coś ważnego. Wszyscy zwrócili wzrok w
jego stronę.
-Pozwólcie,
że zajmę wam chwile – zaczął dyrektor uśmiechnął sie
promiennie. - Jak już pewnie zauważyliście, w Wielkiej Sali stoją
cztery płonące czakrę. Każda z nich jest przydzielona do innego
domu. Są one potrzebne do wybranie reprezentanta danego domu. Każdy
z uczniów ma jeden głos. Może oddać go na kogo chce,
oczywiście ze swojego domu, wrzucając karteczkę z imieniem i
nazwiskiem kandydata do odpowiedniej z czakr. Macie na to tydzień. W
nadchodzącą niedzielę zostaną ogłoszone wyniki podczas kolacji.
Dodam, że zwycięski dom dostanie trzysta punktów, a
czarownica lub czarodziej, który wygra, będzie mógł
zażyczyć sobie jakiegoś przedmiotu, który mu się żywnie
podoba – dyrektor poprawił okulary – połówki. - A teraz
życzę wam smacznego, moi drodzy.
-Coś
co bym sobie tylko zażyczył – powtórzył zachwycony
Syriusz. - A co ja bym sobie zażyczył?
-Łapo,
nie rozmarzaj sie tak – przerwał mu James.
-Tak? A
na kogo zagłosujesz? - Syriusz rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.
-Na
ciebie. A ty?
-Hmm...
na mojego czarnowłosego przyjaciela – uśmiechnął się
tajemniczo.
-Niech
ja go tylko spotkam – James doskonale wyczuł o co chodzi
Syriuszowi i uśmiechnął się szarmancko.
-Ale to
chyba chodzi o ciebie – wtrącił Peter zajęty kolejnym kawałkiem
tortu.
Syriusz
i James zachichotali cicho. Remus bez entuzjazmu pokręcił głową.
-Glidgonie,
ja dobrze o tym wiem – mruknął James. - A ty Lunatyku? - i
spojrzał w stronę Remusa.
Lupin
wyprostował się i odłożył na chwilę widelec, po czy
odpowiedział:
-Na
któregoś z was. Jeszcze się nie zdecydowałem.
Teraz w
trójkę spojrzeli na Glizdgona. Ale najwidoczniej ten był za
bardzo zajęty jedzeniem, bo nawet tego nie zauważył. Huncwoci
wrócili do dalszej rozmowy nie czekając na odpowiedź Petera,
której i tak by się nie doczekali.
-Nie
wiecie może, kto wyciągnął wczoraj Smarka z tamtej klasy? -
zapytał James.
-Sądząc
racjonalnie. Stawiam tysiąc do jednego, że Evans – stwierdził
Remus.
-Tak,
to bardzo prawdopodobne. Dzisiaj rano, kiedy wychodziliśmy z pokoju
wspólnego spojrzała na mnie tak groźnie jakby miała zaraz
się na mnie rzucić i rozszarpać. Aż takiej wściekłej jeszcze
jej nie widziałem – Syriusz prawie wymachiwał widelcem, na którym
tkwił kawałek sernika.
-Co ona
w nim takiego widzi? - mruknął James. - Przecież to zwykły Smark.
-Ona
mówi na niego „Sev” - poprawił go Syriusz udając poważny
ton i sięgnął po sok dyniowy.
James
spojrzał na niego z pod byka. Ale to nie na Syriusza był zły. To
ten „Smark” był jedynym powodem jego złego humoru.
Tego popołudnia
piąte klasy Ślizgonów i Gryfonów miały mieć lekcje
z Hogridem. Uczył on Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Nie były
to może zbytnio ciekawe lekcje, ale za to Hagrid nigdy jeszcze im
nie zadał jakiejś pracy domowej. Do tego gajowy Hogwaru miał
bardzo wielu przyjaciół w uczniach tego rocznika. Był także
chyba jedyną osobą, która mogła normalnie porozmawiać z
Huncwotami, Lily i Severusem jednocześnie.
-No dobrze
-powiedział Hagrid kiedy wszyscy uczniowie nareszcie się zjawili.
Pół
olbrzym opierał się o wielką drewnianą skrzynię, co zapowiadało
prawdopodobnie niezłe kłopoty. Wszyscy utkwili swój wzrok w
ów tajemniczej skrzyni. Byli ciekawi co tym razem wymyślił
dla nich Hagrid.
-Skoro jesteście
już wszyscy możemy zacząć lekcję – uśmiechnął się. -
Dzisiaj zajmiemy się marsjańskimi kanarkami – dodał.
Hagrid stuknął
ręką w wieko skrzyni, która natychmiast zniknęła a na jej
miejscu stała teraz wielka klatka z zielonym ptakiem w środku. Ptak
ten wcale nie przypominał zwykłego kanarka. Rozmiarami przerastał
owczarka niemieckiego. Jego oczy miały barwę czystej czerwieni a na
czubku głowy miał fioletowe pióra, które przypominały
ogon pawia. Ogon miał jak u koguta, nogi bociana, skrzydła bielika
a resztę jak u pingwina.
-To nie wygląda
jak kanarek, Hagridzie – powiedział James.
-Bo to marsjański
kanarek – odpowiedział krótko Hagrid.
-To
oznacza, że on jest z marsa? - zapytał Peter.
Cała klas
spojrzała pytająco w stronę Hagrida. Nauczyciel podparł sie pod
boki i odpowiedział:
-Oczywiście, że
nie jest z marsa. Pochodzi z dalekiego Awganistanu. Służy on tam
jako sowa do przekazywania wiadomości pomiędzy tamtejszymi
czarodziejami w Ministerstwie Magii w Afryce i w Azji południowej.
Uczniowie teraz
spojrzeli na dziwacznego ptaka.
-Dlaczego
„marsjański”? - Mary bardzo uważnie zaczęła przyglądać się
ptakowi.
-Bo zanim sie
wykluje, jego jajko jest zbudowane z materiału, który
przypomina powierzchnię marsa – wtrącił Severus. - Prawda,
Hagridzie?
-Racja –
przytaknął Hagrid. - Dziesięć punktów dla Slytherinu. Po
za tym wygląda jak kosmita.
Cała klasa
wybuchła śmiechem. Musieli przyznać Hagridowi sto procent racji.
To co siedziało w klatce bardzo przypominało kosmitę. Gdyby mieli
zgadywać, również powiedzieli by, że jest to coś nie z tej
ziemi. A przecież uczyli sie w szkole magii i czarodziejstwa.
-Skąd
go tu wziąłeś, Hagridzie? - Syriusz chyba pierwszy raz w życiu
zaciekawił się lekcją Hagrida.
-Wyhodowałem. Na
początku tych wakacji dostałem jego jajo od znajomego. To
nadzwyczaj spokojne zwierze. A do tego jakie ciche. Nie wydaje z
siebie żadnego odgłosu. Porozumiewa się za pomocą zmiany koloru
piór na głowie. Nie rozgryzłem co oznaczają konkretne
kolory, ale fiolet na pewno oznacza spokój. W tych okolicach
to jedyny egzemplarz. Nazwałem go Mucek – Hagrid był szczęśliwy
tym, ze uczniowie nareszcie zaczęli go słuchać.
Wiedział, że
jeżeli pokaże im coś bardziej interesującego niż sklątki zaczną
go słuchać i interesować się lekcją. Zauważył, że nawet
niektórzy wyciągnęli pergamin i zaczęli notować.
-A czym się TO
żywi? - zapytał Avery.
-Cóż, jest
to w sumie ptak, prawda? Ale żywi się rzeczami całkiem innymi niż
można by przypuszczać – uśmiechnął się rześko Hagrid. -
Mucek jada wosk.
-Wosk? - cała
klasa była wielce zaskoczona.
-Tak. Wosk –
przytaknął Hagrid.
Ta lekcja Opieki
nad Magicznymi Stworzeniami długo zapisze sie w pamięci piątego
rocznika Ślizgonów i Gryfonów. Nie tylko z powodu
kanarka marsjańskiego, ale również z zadziwiającej
zgodności pomiędzy dwoma domami, której nie było od
założenia Higwartu. Ale kiedy zadzwonił dzwonek wszystko wróciło
do swojej normalności.
Syriusz, James,
Remus i Peter ruszyli biegiem w stronę zamku. Mieli mieć teraz
wolną godzinę, a z ich zachowania wynikało, że znowu coś się
kroi.
-Cześć Evans,
cześć Smarku – rzucili kiedy mijali Severusa i Lily.
Nawet nie
usłyszeli odpowiedzi. Inni uczniowie również zaczęli sie
rozchodzić.
-Hej, poczekajcie
chwile – powiedział Hagrid do Lily i Severusa i wniósł
klatkę Mucka do swojej chatki.
Wyszedł po chwili
z jakąś skurzaną torbą na ramieniu.
-Chodźcie za mną
– powiedział i skinął ręką w stronę Zakazanego Lasu.
Lily i Severus
spojrzeli na siebie zdezorientowani. Nie wiedzieli co zrobić.
Przecież wstęp do tego las był surowo zabroniony.
-Na co czekacie?
Chodźcie. Nic wam się nie stanie. Będziecie pod moją opieką –
Hagrid zatrzymał się na chwile.
Lily i Severus już
bez żadnych „ale” ruszyli w jego stronę. Po kilku minutach
zaczęli się zastanawiać po co Hagrid chce, żeby z nim poszli. Ale
nie odezwali sie ani słowem. Woleli zaczekać aż gajowy Hogwartu
sam im to powie.
-Chciałem to
pokazać jeszcze Jamesowi i jego paczce, ale tak szybko się zmyli,
że nawet nie miałem okazji – powiedział Hagrid, kiedy mijali
wielki przewalony dąb.
-Ale co takiego? -
zapytała Lily nie mogąc już powstrzymać ciekawości.
-Zaraz zobaczycie.
Jesteśmy już prawie na miejscu – odpowiedział Hagrin i wskazał
ręką drzewo tak wielkie, że spokojnie mogłoby pomieścić w sobie
trzech takich Hagridów. Było zaledwie trzysta metrów
od nich. - To tam.
Po niecałych
pięciu minutach byli już na miejscu. U dołu drzewa była wielka
dziura przypominająca wejście, tylko bez drzwi.
-Hardodziob! -
zawołał Hagrid.
Z dziury w drzewie
zaczęły wydobywać się jakieś dźwięki, jakby ktoś szurał
czymś po ziemi. Severus i Lily ujrzeli małe zwierze, a raczej coś
co je przypominało. Miało głowę orła, przednie łapy zakończone
szponami a tylne końskimi kopytami. Oczy miał duże, błyszczące i
pomarańczowe. Wielkością nie przerastał wilczura.
-Co to jest? -
zapytała Lily i chciała już zrobić krok w stronę zwierzaka,
kiedy Severus chwycił ją za ramię i pociągnął do tyłu.
-Nie podchodź. To
mały hipogryf. Są bardzo honorowe. Jak nie chcesz żeby cię
zaatakował pierw ukłoń mu sie patrząc prosto w oczy. Dopiero jak
odwzajemni ukłon możesz do niego podejść – wyjaśnił Severus.
Hagrid spojrzał
na niego z wielkim podziwem:
-Tak. Doskonale,
Severusie. Może nie jest to lekcja, ale dostajesz dwadzieścia
punktów dla Slytherinu.
-Jak sie tu
znalazł? - zapytał Snape.
-Znalazłem go
rannego pod koniec wakacji. Był strasznie mizerny, myślałem, że
nie przeżyje. Ale udało mi się nim odpowiednio zaopiekować. Ktoś
musiał zabić jego matkę. Biedactwo – powiedział Hagrid i
wyciągnął z torby kurczaka dla hipogryfa. - Może chcecie go
nakarmić? - zaproponował.
-Ja chętnie –
uśmiechnął się Severus i ukłonił sie nisko hipogryfowi patrząc
mu prosto w pomarańczowe oczy.
Hardodziob, bo tak
się nazywał, ugiął przednie nogi pozwalając tym samym podejść
do siebie Severusowi.
Lily wyglądała
na lekko przerażoną, ale ona również ukłoniła sie
Hardodziobowi. Hipogryf odwzajemnił ukłon. Odetchnęła z ulgą.
-Dlaczego nie
zabierzesz go do siebie, tylko trzymasz go tutaj w lesie? - zapytała
Lily, kiedy Severus karmił Hardodzioba.
-Nie powiedziałem
jeszcze o tym Dumbledore'owi, że go znalazłem. Będę musiał go o
tym jak najprędzej poinformować – odpowiedział Hagrid.
-Opowiedziałbyś
nam o nim na swoich lekcjach. Wszyscy znowu byliby zainteresowani
twoimi lekcjami – uśmiechnęła się Lily.
-Wszystko w swoim
czasie – przytaknął Hagrid.
Hardodziob
wyglądał na bardzo zadowolonego dodatkowym towarzystwem Lily i
Severusa. A kiedy oboje siedzieli obok Hagrida i spokojnie patrzyli
na hipogryfa, to on nie chciał dać im spokoju. Hardodziob chciał
sie bawić i łapał dziobem końcówki ich szat.
-Dlaczego nam
pokazałeś Hardodzioba, Hagridzie? - zapytał Severus rzucając
hipogryfowi patyk, a ten natychmiast przyniósł go w dziobie.
-Sam nie wiem.. on
tu się czuje trochę samotny. Może przyszlibyście tu raz na jakiś
czas, żeby się z nim pobawić, kiedy będę szedł do lasu? Widzę,
że bardzo was polubił – odpowiedział Hagrid.
Lily i Severus
spojrzeli po sobie. Nie mogli zawieść Hagrida. To był ich
przyjaciel, a oni też bardzo polubili Hardodzioba. Nawet Lily się
do niego przekonała, choć na początku bała się go trochę.
-Dobrze. Czemu nie
– przytaknęli. - Ale jak będziemy mieć wolne – dodała Lily.
-To zrozumiałe.
Przecież nie będę was wyciągał z lekcji – uśmiechnął się
szeroko.
Zasiedzieli się
trochę w Zakazanym Lesie. Lily prawie spóźniła się na
Obronę przed Czarną Magią. Co zdziwiło nie tylko samą panią
profesor, ale również Huncwotów.
-To jasne, że
była razem ze Smarkiem – mruknął James kiedy lekcja dobiegła
końca.
-Rogaczu, nie
zapominaj o tym, że nasz Smark kręci się w podejrzanym
towarzystwie. To tylko kwestia czasu, a i Evans to zauważy –
wtrącił Remus.
James nic nie
odpowiedział. Był wściekły a jego bardzo trudno doprowadzić do
takiego stanu. Na jego twarzy malował się grymas, ale zaraz
uśmiechnął się tajemniczo.
-Jaki jest plan? -
zapytał Syriusz dobrze znając taki wyraz twarzy przyjaciela.
-Smark mnie
popamięta i to raz na zawsze. To będzie wielki plan. Trzeba będzie
sie do niego odpowiednio przygotować – odrzekł James pocierając
ręce z zadowolenia.
-Oooo... Szykuję
sie wielka rozruba – Syriusz poklepał Jamesa po ramieniu.
-Nie przesadzaj,
Łapo – James spojrzał na przyjaciela błagalnie ale i tajemniczo.
-Co będzie
potrzebne? - zapytał Remus wyciągając pióro i kawałek
pergaminu z torby.
-Hmm...
Pomyślmy... - zamyślił się James.
Całą
czwórką skierowali się do biblioteki. James twierdził, że
musi poszukać czegoś bardzo istotnego w pewnej książce, a jest to
bardzo potrzebne do jego najnowszego planu. Reszta Huncwotów
nie sprzeciwiała się i raźno poszli za Jamesem. Peter skrzywił
się tylko na myśl, że w bibliotece nie można jeść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz