Muzyka

wtorek, 4 lutego 2014

HP - Rozdział 6 - Mały hipogryf

Poniedziałkowe, poranne słońce strasznie świeciło, ale nie miało jak sie dostać do lochów i dormitoriów Slytherinu. Ale to wcale nie przeszkadzało Ślizgonom. Już od dawna się do tego przyzwyczaili, a w szczególności mówię tutaj o Severusie. Od piętnastu lat mieszkał na Spinner's End, a jego pokój był najciemniejszym miejscem w tym domu.
Większość Ślizgonów już wstała i była gotowa do lekcji. Slytherin miał w sobie tylko uczniów czystej krwi, z rodzin gdzie obojga rodziców są czarodziejami. Severus był jedynym Ślizgonem, który miał za ojca mugola. Szczeże go nienawidził. Nie tylko dlatego, że w jego żyłach nie płynie krew czarodzieja, ale również dlatego, że bardzo często robił w domu awantury o byle co, bił jego matkę a nawet i czasem jego. Hogwart był dla Severusa czymś w rodzaju domu, o którym zawsze marzył. A kiedy trafił do Slytherinu, gdzie jego matka, był w siódmym niebie. Nazwał się Księciem Półkrwi, bo był jedynym czarodziejem półkrwi w Slytherinie.
Może uczniowie Hufflepuffu, Gryffindoru czy Ravenclawu tego nie zauważyli, ale Severus miał normalne relacje z innymi Ślizgonami. Choć może z większością z nich nie rozmawiał podczas przerw czy uczt w Wielkiej Sali, ale kiedy Ślizgoni spotykali się w pokoju wspólnym zawsze chcieli usłyszeć opinię Snape'a na dany temat. Niektórzy nawet przestali sie dziwić faktem, że Severus mimo iż jest półkrwi, trafił do domu węża.
Wyszedł z dormitorium jak tylko mógł najciszej i tak, żeby nie natknąć sie na nikogo, kto mógłby zaraz wciągnąć go w zbędną rozmowę. Chciał jak najszybciej znaleźć się przed Wielka Salą. Bardzo chciał natknąć sie na Lily. Musiał jej podziękować. Gdyby nie ona, na pewno nadal siedział by w tamtej klasie z różowymi wstążkami we włosach. Jeszcze wczoraj wieczorem wysłał Hektora do Hogsmade z listem, że chciałby zakupić opakowanie „Fasolek Wszystkich Smaków, wysłał również odpowiednią ilość pieniędzy. Około drugiej w nocy sowa wróciła.
Lily jeszcze nie było w Wielkiej Sali, więc Sev postanowił, że zrobi jej niespodziankę i ruszył w stronę wierzy Gryfonów, która znajdowała się na siódmym piętrze. Wiedział dobrze, że może natknąć się na Huncwotów, ale zaryzykował.
-Sev, co ty tutaj robisz? - Lily wyglądała na zaskoczoną.
Szła korytarzem razem z Mary na śniadanie do Wielkiej Sali. Na widok Severusa zmieszała się lekko. Mary uśmiechnęła sie pod nosem.
-To ja już pójdę, Lily – zakomunikowała. - Nie będę WAM przeszkadzać.
Mary zeszła po schodach i zniknęła im z oczu.
-Chciałem ci podziękować za wczoraj – powiedział ciszej Severus i wyciągnął z torby opakowanie „Fasolek Wszystkich Smaków”. - To dla ciebie.
-Sev, nie trzeba było – Lily była bardziej zaskoczona nich chwile temu, ale zaraz coś sobie przypomniała, przecież kupiła Severusowi czekoladę w Hogsmade. Zaczęła grzebać w torbie i wyciągnęła cztery tabliczki mlecznej czekolady. - To ta czekolada. Mówiłam ci wczoraj...
Jej wzrok zatrzymał się na czarnych oczach Severusa. Oblała się rumieńcem, jeszcze bardziej czerwonym niż wtedy, kiedy Snape zaczepił ją przed chwilą idącą z Mary. Severus położył swoją zimną dłoń na czole Lily.
-Nie masz przypadkiem gorączki? Jesteś cała czerwona – powiedział.
Tak, Lily bardzo by chciała, żeby to była tylko gorączka. Zaczęła myśleć jak mogłaby odpowiedzieć przyjacielowi tak, żeby to jakoś normalnie wyglądało.
-To nic takiego – wydukała i chwyciła swoją ręką za nadgarstek ręki Severusa, którą miał przytkniętą do jej czoła. - To zaraz zniknie...
Zeszli razem do Wielkiej Sali. Zajęli swoje miejsca przy stołach odpowiednich domów. Na środku sali, przed stołem nauczycielskim stały cztery wielkie kielichy. Pierwszy z nich był zielono-srebrny z wygrawerowanym wężem na przodzie, drugi był żółto-czerwony z lwem, trzeci złoto-czarny z borsukiem i czwarty, niebiesko-srebrny z krukiem. Ze wszystkich czterech wielkich kielichów wydobywał się ogień.
Lily usiadła obok przyjaciółki. Mary oparła sie łokciem o stół i spojrzała na Lily bardzo zaciekawiona:
-Romans kwitnie – uśmiechnęła sie od ucha do ucha.
-Nie wiem o co ci chodzi – odpowiedziała krótko Lily.
-Ty i Severus... Co z tego wyniknie? - Mary udała wielkie, poważne zamyślenie.
Lily rzuciła przyjaciółce groźne spojrzenie, ale jej wzrok mimo woli powędrował do stołu Ślizgonów. Snape był już pogrążony w rozmowie z Mulciberem i Averym.
-Kiedy zamierzasz mu powiedzieć? - zapytała Mary odgarniając włosy za ucho.
-Niby o czym? - Lily znowu spojrzała na przyjaciółkę.
-No, że ci sie podoba – odpowiedziała Mary przewracając oczami.
Dumbledore zastukał łyżką w zloty puchar i wstał. Robił tak kiedy chciał powiedzieć uczniom coś ważnego. Wszyscy zwrócili wzrok w jego stronę.
-Pozwólcie, że zajmę wam chwile – zaczął dyrektor uśmiechnął sie promiennie. - Jak już pewnie zauważyliście, w Wielkiej Sali stoją cztery płonące czakrę. Każda z nich jest przydzielona do innego domu. Są one potrzebne do wybranie reprezentanta danego domu. Każdy z uczniów ma jeden głos. Może oddać go na kogo chce, oczywiście ze swojego domu, wrzucając karteczkę z imieniem i nazwiskiem kandydata do odpowiedniej z czakr. Macie na to tydzień. W nadchodzącą niedzielę zostaną ogłoszone wyniki podczas kolacji. Dodam, że zwycięski dom dostanie trzysta punktów, a czarownica lub czarodziej, który wygra, będzie mógł zażyczyć sobie jakiegoś przedmiotu, który mu się żywnie podoba – dyrektor poprawił okulary – połówki. - A teraz życzę wam smacznego, moi drodzy.
-Coś co bym sobie tylko zażyczył – powtórzył zachwycony Syriusz. - A co ja bym sobie zażyczył?
-Łapo, nie rozmarzaj sie tak – przerwał mu James.
-Tak? A na kogo zagłosujesz? - Syriusz rzucił mu podejrzliwe spojrzenie.
-Na ciebie. A ty?
-Hmm... na mojego czarnowłosego przyjaciela – uśmiechnął się tajemniczo.
-Niech ja go tylko spotkam – James doskonale wyczuł o co chodzi Syriuszowi i uśmiechnął się szarmancko.
-Ale to chyba chodzi o ciebie – wtrącił Peter zajęty kolejnym kawałkiem tortu.
Syriusz i James zachichotali cicho. Remus bez entuzjazmu pokręcił głową.
-Glidgonie, ja dobrze o tym wiem – mruknął James. - A ty Lunatyku? - i spojrzał w stronę Remusa.
Lupin wyprostował się i odłożył na chwilę widelec, po czy odpowiedział:
-Na któregoś z was. Jeszcze się nie zdecydowałem.
Teraz w trójkę spojrzeli na Glizdgona. Ale najwidoczniej ten był za bardzo zajęty jedzeniem, bo nawet tego nie zauważył. Huncwoci wrócili do dalszej rozmowy nie czekając na odpowiedź Petera, której i tak by się nie doczekali.
-Nie wiecie może, kto wyciągnął wczoraj Smarka z tamtej klasy? - zapytał James.
-Sądząc racjonalnie. Stawiam tysiąc do jednego, że Evans – stwierdził Remus.
-Tak, to bardzo prawdopodobne. Dzisiaj rano, kiedy wychodziliśmy z pokoju wspólnego spojrzała na mnie tak groźnie jakby miała zaraz się na mnie rzucić i rozszarpać. Aż takiej wściekłej jeszcze jej nie widziałem – Syriusz prawie wymachiwał widelcem, na którym tkwił kawałek sernika.
-Co ona w nim takiego widzi? - mruknął James. - Przecież to zwykły Smark.
-Ona mówi na niego „Sev” - poprawił go Syriusz udając poważny ton i sięgnął po sok dyniowy.
James spojrzał na niego z pod byka. Ale to nie na Syriusza był zły. To ten „Smark” był jedynym powodem jego złego humoru.
Tego popołudnia piąte klasy Ślizgonów i Gryfonów miały mieć lekcje z Hogridem. Uczył on Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Nie były to może zbytnio ciekawe lekcje, ale za to Hagrid nigdy jeszcze im nie zadał jakiejś pracy domowej. Do tego gajowy Hogwaru miał bardzo wielu przyjaciół w uczniach tego rocznika. Był także chyba jedyną osobą, która mogła normalnie porozmawiać z Huncwotami, Lily i Severusem jednocześnie.
-No dobrze -powiedział Hagrid kiedy wszyscy uczniowie nareszcie się zjawili.
Pół olbrzym opierał się o wielką drewnianą skrzynię, co zapowiadało prawdopodobnie niezłe kłopoty. Wszyscy utkwili swój wzrok w ów tajemniczej skrzyni. Byli ciekawi co tym razem wymyślił dla nich Hagrid.
-Skoro jesteście już wszyscy możemy zacząć lekcję – uśmiechnął się. - Dzisiaj zajmiemy się marsjańskimi kanarkami – dodał.
Hagrid stuknął ręką w wieko skrzyni, która natychmiast zniknęła a na jej miejscu stała teraz wielka klatka z zielonym ptakiem w środku. Ptak ten wcale nie przypominał zwykłego kanarka. Rozmiarami przerastał owczarka niemieckiego. Jego oczy miały barwę czystej czerwieni a na czubku głowy miał fioletowe pióra, które przypominały ogon pawia. Ogon miał jak u koguta, nogi bociana, skrzydła bielika a resztę jak u pingwina.
-To nie wygląda jak kanarek, Hagridzie – powiedział James.
-Bo to marsjański kanarek – odpowiedział krótko Hagrid.
-To oznacza, że on jest z marsa? - zapytał Peter.
Cała klas spojrzała pytająco w stronę Hagrida. Nauczyciel podparł sie pod boki i odpowiedział:
-Oczywiście, że nie jest z marsa. Pochodzi z dalekiego Awganistanu. Służy on tam jako sowa do przekazywania wiadomości pomiędzy tamtejszymi czarodziejami w Ministerstwie Magii w Afryce i w Azji południowej.
Uczniowie teraz spojrzeli na dziwacznego ptaka.
-Dlaczego „marsjański”? - Mary bardzo uważnie zaczęła przyglądać się ptakowi.
-Bo zanim sie wykluje, jego jajko jest zbudowane z materiału, który przypomina powierzchnię marsa – wtrącił Severus. - Prawda, Hagridzie?
-Racja – przytaknął Hagrid. - Dziesięć punktów dla Slytherinu. Po za tym wygląda jak kosmita.
Cała klasa wybuchła śmiechem. Musieli przyznać Hagridowi sto procent racji. To co siedziało w klatce bardzo przypominało kosmitę. Gdyby mieli zgadywać, również powiedzieli by, że jest to coś nie z tej ziemi. A przecież uczyli sie w szkole magii i czarodziejstwa.
-Skąd go tu wziąłeś, Hagridzie? - Syriusz chyba pierwszy raz w życiu zaciekawił się lekcją Hagrida.
-Wyhodowałem. Na początku tych wakacji dostałem jego jajo od znajomego. To nadzwyczaj spokojne zwierze. A do tego jakie ciche. Nie wydaje z siebie żadnego odgłosu. Porozumiewa się za pomocą zmiany koloru piór na głowie. Nie rozgryzłem co oznaczają konkretne kolory, ale fiolet na pewno oznacza spokój. W tych okolicach to jedyny egzemplarz. Nazwałem go Mucek – Hagrid był szczęśliwy tym, ze uczniowie nareszcie zaczęli go słuchać.
Wiedział, że jeżeli pokaże im coś bardziej interesującego niż sklątki zaczną go słuchać i interesować się lekcją. Zauważył, że nawet niektórzy wyciągnęli pergamin i zaczęli notować.
-A czym się TO żywi? - zapytał Avery.
-Cóż, jest to w sumie ptak, prawda? Ale żywi się rzeczami całkiem innymi niż można by przypuszczać – uśmiechnął się rześko Hagrid. - Mucek jada wosk.
-Wosk? - cała klasa była wielce zaskoczona.
-Tak. Wosk – przytaknął Hagrid.
Ta lekcja Opieki nad Magicznymi Stworzeniami długo zapisze sie w pamięci piątego rocznika Ślizgonów i Gryfonów. Nie tylko z powodu kanarka marsjańskiego, ale również z zadziwiającej zgodności pomiędzy dwoma domami, której nie było od założenia Higwartu. Ale kiedy zadzwonił dzwonek wszystko wróciło do swojej normalności.
Syriusz, James, Remus i Peter ruszyli biegiem w stronę zamku. Mieli mieć teraz wolną godzinę, a z ich zachowania wynikało, że znowu coś się kroi.
-Cześć Evans, cześć Smarku – rzucili kiedy mijali Severusa i Lily.
Nawet nie usłyszeli odpowiedzi. Inni uczniowie również zaczęli sie rozchodzić.
-Hej, poczekajcie chwile – powiedział Hagrid do Lily i Severusa i wniósł klatkę Mucka do swojej chatki.
Wyszedł po chwili z jakąś skurzaną torbą na ramieniu.
-Chodźcie za mną – powiedział i skinął ręką w stronę Zakazanego Lasu.
Lily i Severus spojrzeli na siebie zdezorientowani. Nie wiedzieli co zrobić. Przecież wstęp do tego las był surowo zabroniony.
-Na co czekacie? Chodźcie. Nic wam się nie stanie. Będziecie pod moją opieką – Hagrid zatrzymał się na chwile.
Lily i Severus już bez żadnych „ale” ruszyli w jego stronę. Po kilku minutach zaczęli się zastanawiać po co Hagrid chce, żeby z nim poszli. Ale nie odezwali sie ani słowem. Woleli zaczekać aż gajowy Hogwartu sam im to powie.
-Chciałem to pokazać jeszcze Jamesowi i jego paczce, ale tak szybko się zmyli, że nawet nie miałem okazji – powiedział Hagrid, kiedy mijali wielki przewalony dąb.
-Ale co takiego? - zapytała Lily nie mogąc już powstrzymać ciekawości.
-Zaraz zobaczycie. Jesteśmy już prawie na miejscu – odpowiedział Hagrin i wskazał ręką drzewo tak wielkie, że spokojnie mogłoby pomieścić w sobie trzech takich Hagridów. Było zaledwie trzysta metrów od nich. - To tam.
Po niecałych pięciu minutach byli już na miejscu. U dołu drzewa była wielka dziura przypominająca wejście, tylko bez drzwi.
-Hardodziob! - zawołał Hagrid.
Z dziury w drzewie zaczęły wydobywać się jakieś dźwięki, jakby ktoś szurał czymś po ziemi. Severus i Lily ujrzeli małe zwierze, a raczej coś co je przypominało. Miało głowę orła, przednie łapy zakończone szponami a tylne końskimi kopytami. Oczy miał duże, błyszczące i pomarańczowe. Wielkością nie przerastał wilczura.
-Co to jest? - zapytała Lily i chciała już zrobić krok w stronę zwierzaka, kiedy Severus chwycił ją za ramię i pociągnął do tyłu.
-Nie podchodź. To mały hipogryf. Są bardzo honorowe. Jak nie chcesz żeby cię zaatakował pierw ukłoń mu sie patrząc prosto w oczy. Dopiero jak odwzajemni ukłon możesz do niego podejść – wyjaśnił Severus.
Hagrid spojrzał na niego z wielkim podziwem:
-Tak. Doskonale, Severusie. Może nie jest to lekcja, ale dostajesz dwadzieścia punktów dla Slytherinu.
-Jak sie tu znalazł? - zapytał Snape.
-Znalazłem go rannego pod koniec wakacji. Był strasznie mizerny, myślałem, że nie przeżyje. Ale udało mi się nim odpowiednio zaopiekować. Ktoś musiał zabić jego matkę. Biedactwo – powiedział Hagrid i wyciągnął z torby kurczaka dla hipogryfa. - Może chcecie go nakarmić? - zaproponował.
-Ja chętnie – uśmiechnął się Severus i ukłonił sie nisko hipogryfowi patrząc mu prosto w pomarańczowe oczy.
Hardodziob, bo tak się nazywał, ugiął przednie nogi pozwalając tym samym podejść do siebie Severusowi.
Lily wyglądała na lekko przerażoną, ale ona również ukłoniła sie Hardodziobowi. Hipogryf odwzajemnił ukłon. Odetchnęła z ulgą.
-Dlaczego nie zabierzesz go do siebie, tylko trzymasz go tutaj w lesie? - zapytała Lily, kiedy Severus karmił Hardodzioba.
-Nie powiedziałem jeszcze o tym Dumbledore'owi, że go znalazłem. Będę musiał go o tym jak najprędzej poinformować – odpowiedział Hagrid.
-Opowiedziałbyś nam o nim na swoich lekcjach. Wszyscy znowu byliby zainteresowani twoimi lekcjami – uśmiechnęła się Lily.
-Wszystko w swoim czasie – przytaknął Hagrid.
Hardodziob wyglądał na bardzo zadowolonego dodatkowym towarzystwem Lily i Severusa. A kiedy oboje siedzieli obok Hagrida i spokojnie patrzyli na hipogryfa, to on nie chciał dać im spokoju. Hardodziob chciał sie bawić i łapał dziobem końcówki ich szat.
-Dlaczego nam pokazałeś Hardodzioba, Hagridzie? - zapytał Severus rzucając hipogryfowi patyk, a ten natychmiast przyniósł go w dziobie.
-Sam nie wiem.. on tu się czuje trochę samotny. Może przyszlibyście tu raz na jakiś czas, żeby się z nim pobawić, kiedy będę szedł do lasu? Widzę, że bardzo was polubił – odpowiedział Hagrid.
Lily i Severus spojrzeli po sobie. Nie mogli zawieść Hagrida. To był ich przyjaciel, a oni też bardzo polubili Hardodzioba. Nawet Lily się do niego przekonała, choć na początku bała się go trochę.
-Dobrze. Czemu nie – przytaknęli. - Ale jak będziemy mieć wolne – dodała Lily.
-To zrozumiałe. Przecież nie będę was wyciągał z lekcji – uśmiechnął się szeroko.
Zasiedzieli się trochę w Zakazanym Lesie. Lily prawie spóźniła się na Obronę przed Czarną Magią. Co zdziwiło nie tylko samą panią profesor, ale również Huncwotów.
-To jasne, że była razem ze Smarkiem – mruknął James kiedy lekcja dobiegła końca.
-Rogaczu, nie zapominaj o tym, że nasz Smark kręci się w podejrzanym towarzystwie. To tylko kwestia czasu, a i Evans to zauważy – wtrącił Remus.
James nic nie odpowiedział. Był wściekły a jego bardzo trudno doprowadzić do takiego stanu. Na jego twarzy malował się grymas, ale zaraz uśmiechnął się tajemniczo.
-Jaki jest plan? - zapytał Syriusz dobrze znając taki wyraz twarzy przyjaciela.
-Smark mnie popamięta i to raz na zawsze. To będzie wielki plan. Trzeba będzie sie do niego odpowiednio przygotować – odrzekł James pocierając ręce z zadowolenia.
-Oooo... Szykuję sie wielka rozruba – Syriusz poklepał Jamesa po ramieniu.
-Nie przesadzaj, Łapo – James spojrzał na przyjaciela błagalnie ale i tajemniczo.
-Co będzie potrzebne? - zapytał Remus wyciągając pióro i kawałek pergaminu z torby.
-Hmm... Pomyślmy... - zamyślił się James.
Całą czwórką skierowali się do biblioteki. James twierdził, że musi poszukać czegoś bardzo istotnego w pewnej książce, a jest to bardzo potrzebne do jego najnowszego planu. Reszta Huncwotów nie sprzeciwiała się i raźno poszli za Jamesem. Peter skrzywił się tylko na myśl, że w bibliotece nie można jeść.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz