To wreszcie ja - NecoMi (lub Mały Satanista jak przechrzciła mnie nowa znajoma), w nowej szkole (z kółkiem mangowym) i wreszcie z rodzinką. Tak tez bez dłuższych wstępów oto rozdzialik:
Nastał dzionek. NecoMi czuła się jakby co najmniej przejechał ją czołg, a zapomniwszy czegoś wziąć wrócił się, ponownie przejeżdżając po niej z całym impetem wbijając rudowłosą w piach. Właśnie skąd ten piach? Głupie pytanie. Było nawet ciepło, cicho. Tylko jakieś szmery przypominające tarcie kamień o kamień. Zaraz co działo się, kiedy ostatnio dziewczyna była w pełni świadoma swoich czynów. Statek, burza, sztorm, fala i Francis, który skoczył jej na ratunek. Dziewczyna usiadła powoli, automatycznie chwytając się za bolącą głowę. Musiała uderzyć nią o coś twardego, bo ewidentnie wyczuła jak guz robił się coraz większy. Rozejrzała się. Znajdowała się na piaszczystej plaży. Złoty piasek wspaniale współgrał z błękitnymi falami oceanu, który rozciągał się na dalekim horyzoncie. Za nią znajdowała się gęsta puszcza, wysokie palmy. Spojrzała w stronę, z której wychylało się słońce i Francis niosący kilka drewienek, w celu zrobienia ogniska. Zaraz, zaraz! Zielone oczy Neco, wbiły się we Francuza ze strachem. „Jasna cholera” przeszło jej przez myśl „Że też, to ta franca, musiała skoczyć mi na ratunek”. - Widzę, że przyszedłem we właściwej chwili – rzekł blondyn układając drewienka na ognisko w małym dołku. - Jeżeli coś mi zrobisz, lub będziesz próbował, to nie ręczę za siebie i obiecuję, że jak nie Tsume, to jak ci zrobię krzywdę – zakomunikowała głośno, dając Bonnefoy'owi do zrozumienia, że ma się nie zbliżać na bliżej niż dwa metry. Francis uśmiechnął się tajemniczo, co wywołało niemały grymas na twarzy Neco. Rudowłosa dziewuszka już nie raz miała do czynienia z Francuzem i doskonale wiedziała jaki jest. Nie zapomniała również, że w sumie przez jakiś czas ją i jego łączyło coś więcej. Może tylko na krótko i nie było to nic większego, ale jednak ten wątek został w pamięci córki chrzestnej Pana Olo. - Gdzie my właściwie jesteśmy? - zapytała w końcu, opierając się o spory kamień. - Obstawiam Seszele – odrzekł chłopak – Choć chyba to za daleko, więc... no nie mam zielonego pojęcia. Ale mam nadzieję, że naszych przyjaciół i dyrektora wyrzuciło na ten sam ląd, cheri~ NecoMi przewróciła oczami. Ten francowaty palant znowu zaczął gadać swoim francuskim żargonem podrywacz. Szczerze powiedziawszy to zielonooka nie była przyzwyczajona do tego, bo nie spędzała z blondynem zbyt dużo czasu w Axis Powers Academy, prócz tych kilku dni, kiedy byliśmy razem. Francis, widząc ten bulwers na twarzy jego koleżanki, wstał z piachu, otrzepał niebieskie spodnie i powiedział: - Pójdę poszukać czegoś do jedzenia, bo pewnie tak jak ja, trochę zgłodniałaś. Neco posłała oddalającemu się Francisowi spojrzenie godne samej Tsume, kiedy ganiała za nim z baseballem w dłoniach. Nie trawiła tego żabojada, była do niego buntowniczo nastawiona. Lecz gdzieś tam w głębi duszy czuła, że to zdarzenie, zatonięcie ich statku i rozdzielenie się, nie zakończy się bez jakiś dodatkowych konsekwencji, które jak na razie były dla niej wielką niewiadomą. Tsume zbudziła się tylko gdy jasne promienie słoneczne padły na jej powieki. Przeciągła się niczym kot, ziewając przy tym szeroko. Usiadła na czymś miękkim i podrapała się po głowie, chwilę później z wielkim przerażeniem spadając z Berwalda, na którym najsmaczniej w świecie spała. Szwed nie spał już od dłuższej chwili, czekając w milczeniu aż tolkienowska dziewoja zechce się wreszcie zbudzić i zejść z niego. - Co? Jak? Gdzie? Kiedy? - Pan Olo zaczął panicznie rozglądać się dookoła własnej osi, aby po chwili zatrzymać się gwałtownie z wzrokiem wlepionym w Pana Szwedka, który ze stoickim wyrazem twarzy wpatrywał się w oszalałą blondynkę – I gdzie, do jasnej anielki, jest reszta?! - Nie wiem – burknął niebieskooki Szwed, któremu zwykle towarzyszył mały fiński koleżka z białym berecikiem na głowie. - AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! - wydarła się Tsume, a jej głos rozniósł się po całej wyspie, budząc zapewne nie jednego człeka, jeśli takowy się zdarzył, i wiele innych żywych organizmów. - Spokojnie – mruknął Berwald, a jego spokój doprowadził dziewczynę do istnego szaleństwa. - Spokojnie? Ja jestem spokojna! Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo jestem spokojna! - na policzkach łódzkiej mieszkanki zagościł czerwony rumieniec. Chłopak zamrugał oczami nie odzywając się, przez co między tą dwójką zagościła ponura cisza. Po krótkiej chwili można było spokojnie wyczuć jak narasta mroczna aura, która o dziwo nie przeszkadzała żadnej ze stron. Jednak i to zostało przerwane przez bliżej nieokreślone dźwięki wydobywające się z brzuszka Tsume, która zaraz po tym spiekła konkretnego buraka. - Hum? - T-to nic takiego – odparła zapinając swoją fioletową bluzę z garniturowym kołnierzykiem, projektu młodego amerykańskiego projektanta mody, Santino. Jednak kiedy głos z jej wnętrza zabrzmiał ponownie, musiała przyznać, że strasznie zgłodniała, a jej żołądek dawał o tym znać. Berwald zaczął grzebać w kieszeniach swojego długiego, ciemnoniebieskiego płaszcza, który był jego nieodłącznym atrybutem – tak samo jak brwi Arthura, czy też szalik Iwana – aby po dłuższej chwili wyciągnąć z jednaj z głębokich kieszeń, puszkę konserwową z tuńczykiem, na co niebieskie oczka Pana Olo zabłysły radośnie. - Proszę. Ojciec Chrzestny NecoMi pochwycił tuńczyka w puszce i siadając jakieś półtora metra od Szwedka, zaczęła konsumować nordycką rybkę w bardzo szybkim tempie, jednocześnie stwierdzając kilka bardzo istotnych dla niej i całego prostego ludu, który obecnie znajdował się gdzie indziej, na temat Berwalda: - Nie jesteś, omnomnom, taki straszny, mniam mniam, jak myślałam, omnomnomnom. Przeraża mnie, mnium mnium mnium, tylko, omnomnom, twój nadzwyczaj, am am am am, nadzwyczajny, siorb, wzrost. - Uhum. - I co teraz będzie? I co teraz będzie? - Tino panikował głośno, biegając w kółko wokół Gilberta, Arthura, Alfreda, Iwana i Usagi, którzy jakimś trafnym trafem zostali wyrzuceni na brzeg bardzo blisko siebie – Jak my się stąd wydostaniemy? Jak?! Do tego zapomniałem wyłączyć żelazka, bo prasowałem Panu Szwedkowi koszule! Mój pies beze mnie nie przeżyje! - Arthur, możesz go uciszyć? - zapytała wkurzona Usagi, która w chwili obecnej siedziała na kolanach Rosjanina, zajętego czesaniem jej długich brąz włosów. - Jak byś nie zauważyła, usiłuję coś złowić na śniadanie – odparł znudzony Anglik, siedząc od dobrych dwóch godzin na kamieniu z prowizorycznie zrobioną wędką, z żyłką zrobioną z jednak nitki wyciągniętej (po wielkim boju) z szalika Iwana, usiłował złowić jakąkolwiek rybkę, w celu wiadomym. - Nosz kurna – zaklął Gilbert, powróciwszy z niedługiej wycieczki w celu odnalezienia zasięgu w telefonie, aby nadać do Ludwiga S.O.S., ale jednak było to niemożliwe, gdyż dosłownie chwile przed tak wyszukanym słownictwem Prusaka, wyczerpała się bateria i nowy smartfon był bezurzyteczny. Alfred siedział na piasku z wielkim skupieniem wpatrując się w niebieskie fale oceanu. Jedno szkiełko jego okularów było pęknięte, przez co trochę gorzej widział, ale nie przeszkadzało mu to w rozmyślaniach i zastanawianiu się nad swoją egzystencją. Siedział po turecku z łokciami opartymi na kolanach, a na jego twarzy gościł nadzwyczaj mądry wyraz, co sprawiło, że Iwan zachichotał na jego widok. Amerykanin zmrużył oczy. Tak, był hero. A tylko prawdziwy hero mógł ich z tond wyciągnąć. To była dla niego doskonała szansa aby sie wykazać. - Myślicie, że reszta naszych miała tyle samo szczęścia co my? - zapytał w pewnej chwili Tino, uspokoiwszy się usiadł obok Alfreda. - Mam nadzieję, że tak – burknął Arthur, na moment odrywając sie od swojego dotychczasowego zajęcia. - Biedny dziadzio Germania, biedna meine Schwester Neco – Gilbert bezradnie pokręcił głową, aby po chwili wybuchnąć rzewnymi łzami – MÓJ BIEDNY DUMCIO! - Niech nie martwi się twoja rozczochrana – wtrąciła Usagi – Wszyscy żyją. Oczy naszej paczki otworzyły się szeroko i zwrócone zostały na tęczowooką dziewuszkę, która z wielkim uśmiechem na twarzy oznajmiła wszem i wobec: - Przecież jestem shinigami, Bogiem Śmierci. Wiem to i owo, i doskonale wiem, że nasi kompanie żyją co do jednego, gdyby było inaczej ich imiona pojawiły by się w moim Death Note. - Ty masz Death Note? - Kirkland zbladł. - Ano mam – dziewczyna wyszczerzyła białe ząbki, a jej oczy błysnęły szmaragdowym światłem, co oznaczało, że aktywowała moc oczu shinigami. Germania szedł przed siebie, plażą rozciągająca się jeszcze na wiele kilometrów. Z jednaj strony niebieski ocean, a z drugiej zielona, gęsta i zapewne niebezpieczna puszcza, w którą obawiał się wejść. Dyrektor Sxis Powers Academy został całkowicie sam, zdany tylko na siebie i swoje umiejętności przeżycia w trudnych warunkach. Jednak wolałby siedzieć teraz przy kominku wraz z Romulusem, mimo tego, że kilka dni temu pokłócili się na tyle, aby Starożytny Rzym spakował swoje walizki i opuścił ich domek letniskowy w Alpach, co pociągnęło za sobą kilka innych rzeczy, przez które właśnie w tej chwili, Dżermania samotnie przemierzał plażę. - Mam nadzieję, że wszyscy żyją – wymamrotał do siebie, stwierdzając, że gdyby miał krótsze włosy to przypominałby Wojciecha Cejrowskiego, który boso przemierza świat. Nagły, mocny podmuch wiatru spowodował, że sypki piasek znalazł się w jego oczach. Jednak i tego bardzo szybko się pozbył. - Co jest grane? - Legolas zmrużył oczy, widząc, że w jego stronę biegnie małe futrzane zwierzątko z małą żółtą kulką na grzbiecie – Volti? Duma? Przed blondynem zatrzymał się jenot o ciemnym futerku i oczkach, które mówiły „MORD”. Volti na swoim grzbiecie przywiózł małego, żółtego kura, który nazywany przez Gilberta był Dumą. Kurczak z głośnym „PI” zeskoczył na suchy piasek. - Nie wiecie, gdzie są dzieciaki? - zapytał Fritz, lecz i Duma i Volti przecząco pokręcili łebkami. Iwan okazał się prawdziwym zbawieniem, albowiem jako jedyny z ocalałych posiadał zapalniczkę, dzięki której zostało rozpalone ognisko, na którym miały zostać usmażone rybki, które udało się złowić Arthurowi z niemałą pomocą Gilberta, który w akcie desperackiej desperacji, wskoczył do wody z własnoręcznie wykonaną siatką na stworzonka morskie. - Płomień bucha, podgrzewa rybkę na chrupko. Z jednej strony, z drugiej strony... tworzy się skorupka... nie ma ani śladu – nucił blondyn o bogatej ilości brwi przewracając rybkę na druga stronę, za co został zdzielony przez F. Jonesa, który najwidoczniej był podirytowany zaistniałą sytuacją. - Jakbyś duchy wywoływał – stwierdziła Usagi pożywiając się lekko przypaloną rybką, bo wiadome było, że gotuje podobnie do Kirklanda. Tino siedział na swoich czterech literach, kiwając się to w przód to w tył, z dziwnie podejrzaną miną, piekąc swoja rybkę i mamrocząc pod nosem coś w swoim ojczystym języku. Wyglądało to naprawdę dziwnie i chwilami, kiedy płomienie ogniska buchały w ciemności oświetlając jego twarz, strasznie. - Towarzysze, co zrobimy dalej? - zapytał Braginski, pochłonowszy swoją kolację jednym gryzem, co wywołało lekkie zaskoczenie na twarzach innych. - Mam nadzieję, że ta franca poszła na dno – mruczała Tsume podkładając do ognia. Zrobiło się już ciemno i chłodno, więc wypadałoby rozpalić ognisko, chociaż po to aby w nocy żadne dzikie zwierze nie podeszło. Chodziło o środki ostrożności. Pan Olo zajął się tym całkowicie, i po długich wysiłkach, bez używania magii, wreszcie udało jej się wzniecić kilka iskier, które chwilę później zamieniły się w naprawdę spore ognisko, przy którym mogli oboje, wraz z Berwaldem trochę się ogrzać i zacząć obmyślać plan na najbliższe dni. - Powinniśmy wyruszyć na wschód – powiedziała w pewnej chwili Tsume, kiedy niebieskie oczy Szweda utkwione były od dłuższego czasu w czerwonych płomieniach ogniska – Z tam tond przybyliśmy, wiec w razie czego z tamtej strony nadejdzie pomoc. - Uhum. - Trzeba wyruszyć jutro z samego rana – dodała po chwili, przybierają taktykę jakiegoś rozeznanego buszmena – Im szybciej się tam znajdziemy tym lepiej. Będziemy szli plażą. Wątpię aby któreś z naszych przyjaciół odważył się zapuścić w te gęstwiny – skinieniem głowy wskazała w stronę wyspiarskiej dżunglii. - Dobrze. - Nie jesteś rozmowny – stwierdziła blondynka mrużąc oczy, zauważając, że jej towarzysz szczycący się nadzwyczajnym wzrostem, ma w kieszeni płaszcza jakiś mały notes, będący... w sumie to nie miała zielonego pojęcia co to mogło być – Dlaczego? - Hum. To dlatego... że nigdy nie mam zbyt dużo do powiedzenia – wyjaśnił Pan Szwedek a pokerface goszczący na jego twarzy nie zniknął. NecoMi dalej siedziała pod wielkim kamieniem bacznie obserwując Francisa, który skombinował jakieś owoce do przegryzienia a także w dość interesujący sposób rozpalił ognisko, które teraz buchało wielkim płomieniem, rozświetlając ich twarze. Francuz siedział po drugiej stronie paleniska ogrzewając dłonie. Milczał, a w jego niebieskich oczkach tańczyły wesoło jasne iskierki. Neco jeszcze nigdy nie widziała go tak spokojnego i mało rozmownego. Zawiał chłodny wiaterek rozwiewając blond kosmyki chłopaka, który bardzo szybko wyciągnął z kieszeni niebieską wstążkę i spiął niesforne włosy w kucyk. - Brrr... Rudowłosa podniosła wzrok. Tak, jej też było zimniej niż za dnia, tym bardziej, że i za dnia nie było aż tak gorąco. Z kwaśną miną, ale stwierdzając, ze to będzie najodpowiedniejsze wyjście dla nich obojga, postanowiła coś z tym zrobić. - Francis... - Oui? - Usiądź obok mnie – wydukała, co wywołało wielkie zdziwienie na twarzy Bonefoy'a, więc szybko dodała: – Będzie nam cieplej. - Cóż, no dobrze, jeśli tylko nie naślesz na mnie swojego Ojca Chrzestnego. Wystarczy, że już raz znalazłem w swoim łóżku łeb konia – Francuz uśmiechnął się lekko i dosiadł się do Neco. - Poza tym jeszcze nie podziękowałam ci za ratunek – dziewczyna strzeliła buraka zadzierając nosa – Dziękuję więc. - No problem. Była fanka yaoi oparła głowę o ramię Francisa, który zdziwiony tym faktem spojrzał pytająco na nią mrugając szybko. - Bo mi zimo i jestem śpiąca – wyjaśniła, na co chłopak objął ją ramieniem i przysunął jeszcze bliżej, a że nie usłyszał żadnego sprzeciwu, powiedział: - Bo mi zimno i spać mi się chce, ma cheri~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz