Muzyka

piątek, 31 stycznia 2014

HP - Rozdział 4 - Myśli rudej czarownicy

Nastał dzień. Słońce wpadało przez wielkie okna wierzy Gryfonów. Lily mimo woli nie mogła dalej spać. Słońce straszliwie raziło ją w oczy. Usiadła na łóżku. Jej koleżanki jeszcze spały. Postanowiła ubrać się i pójść sama do Wielkiej Sali na śniadanie. Poszła jeszcze do łazienki przeczesać rude loki.
Zeszła schodami na dół, do pokoju wspólnego. Miała nadzieję, że nie natknie się na Huncwotów. Jej prośba została wysłuchana. Po Jamesie, Syriuszu, Peterze i Lupinie, ani widu ani słychu. Pomyślała, że pewnie jeszcze śpią. Prawdopodobnie także spóźnią się na pierwszą lekcję, która była zaraz po śniadaniu. A były to, ku jej wielkiej uciesze, dwie godziny z eliksirami w lochach, u profesora Slughorna.
Wyszła z wierzy Gryffindoru i skierowała się do Wielkiej Sali. Miała nadzieję, że spotka po drodze Severusa. Nabrała trochę odwagi i chciała z nim poważnie porozmawiać o tym co stało sie w pociągu. Nie mogła o tym zapomnieć. Ciągle miała to przed oczami. Może i był to tylko głupi przypadek, ale postanowiła, ze powinni wyjaśnić sobie kilka rzeczy, nawet jeżeli zagroziło by to ich przyjaźni.
Jednakże bardzo szybko zmieniła zdanie, gdy usłyszała w oddali głos Snape'a.
-Lily!
-Sev, jak się cieszę, że cię widzę. Miałam nadzieję, że jeszcze pogadamy przed śniadaniem – odpowiedziała Lily
-Ja również – Severus uśmiechnął sie radośnie.
-O tym co sie wydarzyło wczoraj w pociągu – dodała po chwili Lily.
Severus przystanął na moment. Spojrzał na dziewczynę pytająco, po czy zapytał:
-Ale o czym tutaj gadać? Zwykły przypadek, i to nie twoja wina...
Lily odetchnęła z ulgą słysząc takie słowa z ust przyjaciela. Poszli dalej w stronę Wielkiej Sali, mijając szepczące, ruchome obrazy na korytarzu. To nic nowego w Hogwarcie. Szkoła była pełna takich dziwactw, przecież była to szkoła do której uczęszczali czarodzieje i czarownice, prawda? A Lily i Severus nawet przestali je zauważać.
Śniadanie minęło im bardzo szybko i co dziwo spokojnie, a przecież James nie przepuściłby tak dobrej okazji, żeby podokuczać Snape'owi. I zaraz po śniadaniu Gryfoni i Ślizgoni z piątego roku ruszyli do lochów na dwie, upragnione przez Lily, godziny z eliksirami.
Uczniowie ustawili się w kolejkę przed klasą. Lily była zdziwiona samą obecnością Remusa i Glizdgona. Ale nie miała najmniejszego zamiaru dociekać gdzie podziali się James i Syriusz. Było jej to obojętne. Rzuciła im tylko złowrogie spojrzenie kiedy wreszcie raczyli sie zjawić, kiedy już Slughorn otworzył klasę. Uczniowie jak zawsze podzielili klasę na dwa sektory – Gryfonów i Ślizgonów. Nawet Lily i Severus nie usiedli razem. Lily musiała zadowolić sie jedynie towarzystwem Mary i Alicji w pierwszej ławce, a Severus usiadł z Averym i Mulciberem.
Profesor Horacy Slughorn rozejrzał się dokładnie po klasie. Jego wodniste oczy omiotły każdego po kolei i zatrzymały się na samym końcu klasy, gdzie siedzieli Huncwoci.
-Panie Potter, panie Black, proszę już przestać rozmawiać i skupić sie na lekcji – powiedział bardzo poważnie Slughorn.
-Tak, panie profesorze – odpowiedział James i ciche szmery z końca klasy ustały.
Slughorn uśmiechnął się promiennie. Musiał przyznać, że nie tylko James wydoroślał przez te wakacje. A przecież jeszcze rok temu zamiast spokojnej odpowiedzi ze strony Pottera, usłyszałby zupełnie coś innego. Westchnął głęboko.
-Witam was po wakacjach – zaczął. - Widzę, że wszyscy przeżyliście te wakacje. Mam również nadzieję, że dobrze je spędziliście. Bowiem w tym roku będziecie pracować dwa razy więcej, dwa razy ciężej, dlatego że musicie przygotować się do sumów. A ja do klasy owutemowej przyjmuję tylko tych, którzy zdobyli na sumie co najmniej „Powyżej Oczekiwań”, nie będę także narzekać, jeżeli ktoś dostanie „Wybitny” - I spojrzał w stronę Lily. - Mam także nadzieję, że jak najwięcej z was będzie chciało w ogóle przystąpić do owutemu z eliksirów, a jest to nadzwyczaj trudny przedmiot. Myślę jednak, że chociaż połowa z was powinna sobie z nim poradzić. Ale oczywiście nie będę na nikogo naciskał. Jeżeli ktoś z was dostanie taką ocenę, która pozwoliłaby mu na dalsze doskonalenie sztuki eliksirów, a nie będzie chciał, wcale nie będzie musiał chodzić na moje lekcje. Rzecz jasna, jeżeli ktoś z was chciałby zostać w przyszłości aurorem, musi jeszcze bardziej przyłożyć się do eliksirów, dlatego że jest to jeden z ważniejszych przedmiotów dla aurorów. - zamilkł na chwilę i usiadł przy biurku.
-Panie profesorze, a czy można w ogóle nie podchodzić do suma? - zapytała Mary.
-Nie, absolutnie – zaprzeczył Sluhgorn. - Sumy są obowiązkowe dla wszystkich. Natomiast owutemy zdaje się tylko z przedmiotów wybranych w klasie szóstej, do której trochę wam brakuje. Musielibyście porozmawiać o tym z opiekunami domów w jakiejś wolnej godzinie – i po chwili dodał. - No dobrze, koniec tych pogaduszek. Do roboty. Wyciągnijcie podręczniki i otwórzcie na stronie czternastej – Machnął różdżką i na tablicy pojawiły się jakieś napisy – Tutaj macie dodatkowe wskazówki dotyczące tego eliksiru. Na przygotowanie go macie godzinę, myślę, że powinna wam wystarczyć.
Lily otworzyła swój podręcznik do eliksirów na czternastej stronie. Mieli za zadanie zrobić eliksir spokojnych snów. Przeczytała dokładnie listę składników i wzięła sie do roboty. Zerknęła jeszcze na Severusa jak sobie radzi. Wyglądał na bardzo zajętego pracą. Nawet nie odzywał sie do Averego i Mulcibera, co ją bardzo zdziwiło.
Lily robiła wszystko tak jak było napisane w podręczniku i na tablicy, choć w niektórych przypadkach wolała polegać na swoim doświadczeniu z poprzednich lat i z doświadczeń z Severusen, kiedy to ukradkiem sami przyrządzali eliksiry. Nauczyła sie od niego już prawie wszystkiego o eliksirach i była drugą w kolejności najlepszą uczennicą Slughorna.
Profesor Slughorn przechadzał się wolno po klasie doglądając eliksiry Gryfonów i Ślizgonów. Całkiem nieźle im szło, choć był to eliksir, którego przygotowanie było bardzo złożone. Zatrzymał się tylko na chwilę na samym końcu sali gdzie siedzieli James, Syriusz, Remus i Peter. Zajrzał do trzech pierwszych kociołków. Było jako tako. Teraz stanął nad kociołkiem Petera. Przyglądał mu się z wielką uwagą. Eliksir w kociołku powinien przybrać barwę jasnego błękitu, a ten w kociołku Glizdgona mienił się krwistym kolorem. To trochę zaniepokoiło Slughorna, choć dobrze wiedział, że Peter nie za bardzo radzi sobie z jego przedmiotem. Spojrzał do podręcznika ucznia. Jest otwarty na dobrej stronie, składniki także były te, które powinny. W takim razie co było nie tak?
Peter nie zwracał uwagi na Slughorna stojącego nad jego kociołkiem i zwiększył ogień dorzucając ślinę jednorożca. Teraz eliksir zmienił barwę na złoty i zaczął niebezpiecznie bulgotać. Zaczął wydobywać się z niego ciemny dym. Teraz i Glizdgon dostrzegł, że jest coś nie w porządku. Slughorn dalej pochylał sie nad jego wywarem, aż tu nagle złocista maź wystrzeliła w górę, zatrzymując się na twarzy profesora Slughorna. Cała klasa odwróciła się, żeby zobaczyć co się stało. Syriusz o mało co nie wybuchł śmiechem, kiedy profesor Slughorn wyprostował się a jego twarz była cała w złocistej mazi.
-Bardzo przepraszam, panie profesorze – wykrztusił przerażony Glizdgon. - To nie było specjalnie.
-Jakim cudem skiepściłeś tak łatwy eliksir? - zapytał Slughorn wycierając eliksir z twarzy. - Pytam się: jakim cudem?
-To przez przypadek. Wpadły mi do środka ciastka miodowe. Myślałem, że skoro nie są magicznym składnikiem to nic się nie wydarzy – odpowiedział Glizdgon.
Slughorn wziął głęboki oddech. Nie mógł uwierzyć, że ma takiego głąba w klasie. Nie powiedział tego na głos, choć dokładnie tak pomyślał.
-Minus pięć punktów dla Gyffindoru – powiedział w końcu profesor.
-To było wspaniałe! - powiedział Syriusz kiedy wychodzili z klasy. - Godne prawdziwego Huncwota!
-Szkoda tylko tych pięciu punktów – dodał Remus.
Przyjaciele spojrzeli na niego zaskoczeni.
-Od kiedy, to Luniaczku, bawią cię nasze żarty. Nawet jeżeli są przypadkowe? - zapytał James.
-Nie zapominaj, że ja również jestem Huncwotem – rzucił Remus z szerokim uśmiechem na twarzy, przez co jego blizna na policzku, którą zarobił w te wakacje podczas jednej z pełni księżyca, była prawie niewidoczna.
Remus cieszył się, że ma takich przyjaciół jak James, Syriusz i Peter. Oni jako jedyni wiedzieli o jego tajemnicy, o tym, że jest wilkołakiem i, że podczas każdej pełni księżyca staje się żądnym krwi potworem. Dobrze pamiętał jakie były ich miny, gdy znaleźli go w Wrzeszczącej Chacie podczas jednej z pełni, w trzeciej klasie. Dziwił się, że udało mu się to tak długo utrzymać w tajemnicy. Wtedy, kiedy James powiedział, że i tak jest jednym z nich, zrobiło mu się ciepło na sercu i powoli przestał obawiać się kolejnych transformacji. Wiedział, że razem z przyjaciółmi da sobie radę. A odkąd James, Syriusz i Peter wyszkolili w sobie siłę animagów, mogli bez żadnych komplikacji spotykać się w Wrzeszczącej Chacie nie tylko podczas pełni księżyca.
Po dwóch długich godzinach w lochach z profesorem Slughornem, miała odbyć sie upragniona lekcja Obrony Przed Czarną Magią z nową nauczycielką panią Megan Zomie. Tym razem na lekcji tej zabrakło Ślizgonów, dlatego że ich klasa miał teraz runy wraz z Puchonami.
Ksenofilius Lovegood nowy prefekt Krukonów, niespokojnie stał już pod klasą, wyczekując lekcji. Długie, białe, przypominające brudną watę cukrową włosy miał zaczesane do tyłu. W jednej dłoni trzymał małą, czerwoną paczuszkę przywiązaną srebrzystą, cieniutką wstążeczką. Wyglądało to dość dziwnie. Przecież Ksenofilius nie przepadał za lekcjami Obrony przed Czarną Magią, a teraz stał tam i czekał jak na jakieś objawienie. A kiedy drzwi same się otworzyły wszedł dumnie do klasy jako pierwszy. Zaraz za nim zrobiła to reszta klasy.
Wystrój klasy zupełnie różnił się od poprzedniego. Nie była już przyciemniona ze wszystkich stron. A ze ścian znikły przerażające obrazy, które pokazywały działanie zaklęć Niewybaczalnych. Cóż, przecież każdy nauczyciel mógł przerobić swoją klasę według własnego widzimisię.
Przy starym, czarnym biurku siedziała blond-włosa kobieta. Czytała najnowszy numer „Żonglera”, gazety, którą wydawał jej ojciec. Ale kiedy uczniowie weszli do klasy i zajęli miejsca, wyłoniła się zza gazety. Odłożyła ją i wstała od biurka.
-Zanim zaczniemy jakiekolwiek lekcje ustalmy kilka podstawowych rzeczy – powiedziała profesor Zomie uśmiechając się.
Lily zobaczyła w oczach Ksenofiliusa tajemniczy błysk. Taki sam jak podczas uczty powitalnej.
-Dobrze. Zacznijmy od tego, że nie jestem żadną panią profesor. Ledwo co ukończyłam Hogwart i jestem prawie w waszym wieku. Możecie spokojnie na mnie mówić po imieniu – i usiadła na swoim biurku.
Trąciła ręką małą czerwoną paczuszkę. Zdziwiona wzięła ją i przeczytała na głos przywieszoną do niej karteczkę:
-Dla pani profesor Megan Zomie.
Odwinęła srebrzystą wstążeczkę i otworzyła wieczko. Po chwili wyciągnęła z pudełeczka przezroczysty, otoczony czterema złotymi paskami okrągły przedmiot. Wyglądała na zaskoczoną, ale uśmiechnęła sie promiennie.
-No dobrze... Czy ktoś wie co to jest? - spojrzenie nowej pani profesor przewędrowało po całej klasie.
-To przypominajka. Kiedy robi się czerwona, to oznacza, że się o czymś zapomniało – wyjaśniła Mary.
-Wspaniale. Dziesięć punktów dla Gryffindoru – profesor Megan skinęła głową. - Dobrze. To teraz kto mi powie, jak to się znalazło na moim biurku?
Lily zerknęła ponownie w stronę prefekta Krukonów. Wyglądał na trochę spiętego, a na jego bladawej twarzy dało sie zauważyć różowawy rumieniec. W klasie zapadło całkowite milczenie. Nauczycielka uśmiechnęła się do klasy i wstała. Włożyła kulkę do pudełka i odłożyła na biurko.
-Chciałabym się dowiedzieć, komu mam podziękować za tak miły prezent – powiedziała, ale nie słysząc żadnej odpowiedzi dodała: - No cóż, w takim razie przejdźmy do lekcji – Sądząc po jej głosie, była trochę zawiedziona, że osoba, która podrzuciła jej tak miłą niespodziankę nie chce się do tego przyznać. - Jak już wiecie w tym roku odbędą się sumy. Nie mówię, że to coś łatwego, ale Obrona przed Czarna Magią powinna dobrze wam pójść. Nauczę was nawet czegoś ponad poziom klasy piątej. Mam tu na myśli zaklęcie patronusa. Jeżeli zaprezentujecie to podczas suma dostaniecie dodatkowe punkty, co podwyższy wam ocenę, nawet jeśli nie będziecie za dużo potrafić. Dumbledore kazał mi was tego nauczyć z powodu bliskiego pojawienia się dementorów w Hogwarcie. To jedyne zaklęcie, które ochroni was przed nimi.
-A czego jeszcze będziemy uczyć sie w tym roku, pani profesor? - z końca sali wydobył się cichy głos Petera.
-Już mówiłam, mów mi po prostu Megan, Glizdgonie – odpowiedziała.
-Skąd... - Peter już chciał zadać kolejne pytanie, a przecież mówią tak na niego dopiero od czwartej klasy, a Megan Zomie już wtedy nie było w Hogwarcie.
-Skąd wiem, że nazywają cię Glizdgonem? - dokończyła za niego. - Cóż... Kto ma olej w głowie, temu dość po słowie – zacytowała słowa Raweny Ravenclaw, bo właśnie do tego domu kiedyś należała.
Nikt nie wiedział o co chodziło ich nauczycielce.
-To było proste. Słyszałam jak profesor Slughorn szedł korytarzem wycierając coś żółtego z twarzy, a kiedy zapytałam o co chodzi, powiedział, że miał niezbyt miłe przeżycie z twoim kociołkiem – wyjaśniła i po chwili dokończyła odpowiedź na pierwsze pytanie Petera. - W tym roku nauczycie się jak bronić się przed inferiusami, śmierciożercami, boginami i innymi potworami, których może użyć Czarny Pan przeciwko wam. Pokaże wam również jak się używa zaklęć niewerbalnych. I jak bronić się przed dwoma zaklęciami Niewybaczalnymi, bo jak wiadomo przed zaklęciem uśmiercającym nie można uciec – i tu jej głos przybrał ton nienawiści, można to było wyczuć od razu.
-Używałaś kiedyś zaklęć niewybaczalnych? - wtrącił Syriusz, najwyraźniej zaciekawiony tematem i nagłą zmianą tonu profesor Zomie.
-Niestety tak. Ale tylko raz – odpowiedziała a jej uśmiech z twarzy zniknął. - Było to zaklęcie sprawiające ból...
-Jak to sie stało?
-To byli śmierciożercy. Zaatakowali mnie i moich rodziców. Zabili mi matkę. Nie mogłam tak bezczynnie stać i patrzeć – wyjaśniła profesor, a w klasie ponownie zapadła cisza.
Nikt nie ośmielił sie odezwać choćby słowem. Lily przeszedł dreszcz. Nie spotkała jeszcze osoby, która zostałaby aż tak bardzo zraniona przez śmierciożerców. Owszem słyszała różne przerażające historie na ich temat, miała podejrzenia, że Avery i Mulciber chcą nimi zostać, a może i nawet już nimi są i chcą wkręcić w to jej przyjaciela.
-No dobrze, są jeszcze jakieś pytania? - profesor Megan z powrotem usiadła na blacie biurka.
-Jak długo z nami zostaniesz? - zapytał Ksenofilius a w jego głosie czaiła się nadzieja.
-Tylko rok. Jak wiecie na posadzie nauczyciela Obrony przed Czarną Magią ciąży klątwa. Nikt nie wytrzymuje tutaj dłużej niż jeden rok szkolny. Ja również nie. W lipcu wyjeżdżam z kraju – profesor Megan odgarnęła blond włosy z twarzy.
-Szkoda – mruknął cicho Krukon.
Na twarzy profesor Zomie ponownie zawitał uśmiech.
-Nie martw się, Ksenofiliusie. Dzięki twojej przypominajce, na pewno o was nie zapomnę.
Ksenofilius podniósł głowę i spojrzał prosto w oczy pani profesor.
-Jak się skapnęłaś?
-Już mówiłam: Kto ma olej w głowie, temu dość po słowie – odpowiedziała pogodnie. - Bardzo ci za to dziękuję, ale nadal ciekawi mnie z jakiej to okazji.
Oczy wszystkich w klasie były skierowane w stronę prefekta Krukonów. Wyczekiwali jego odpowiedzi jak objawienia.
-To na powitanie cie w Hogwarcie – wydukał Ksenofilius.
-No dobrze – Pani profesor uśmiechnęła się pod nosem. - Wiem, że to trochę wredne z mojej strony, ale będziecie musieli coś dla mnie napisać. Chciałabym widzieć do piątku, na moim biurku prace pisemne na temat tego, czego nauczyliście się na Obronie przed Czarną Magią do tej pory. Będzie mi wtedy łatwiej ocenić ile mogę od was wymagać, czego powinniście sie douczyć i co już dobrze umiecie. Bo po co mielibyście powtarzać zbędny materiał, nieprawdaż? A dobrze wiem, że nauczyciele, którzy dotychczas prowadzili u was te zajęcia mieli swoje priorytety i naciskali na inne dziedziny. Choć już powiedziałam czego nauczycie sie w tym roku, wolałabym sprawdzić co już umiecie robić dobrze.
Klasa zgodziła się, chociaż nie było w tym zbyt wielkiego entuzjazmu. To dopiero pierwszy dzień a dostali już pracę do wykonania. W pewnym sensie, jednakże rozumieli, dlaczego mają to napisać.
-Nie dasz mi spisać tego zadania, prawda? - zapytała Mary, kiedy przyjaciółki szły korytarzem do Wielkiej Sali na obiad.
-Absolutnie – odpowiedziała stanowczo Lily. - Mogę ci w tym pomóc, ale zerżnąć gotowca ci nie dam.
Mary skinęła głową. Musiała przyznać, ze Lily bardzo się zmieniła przez te wakacje. Nie była już aż tak bardzo nudną dziewczyną. Zrobiła się trochę tajemnicza, ładniejsza i wyrozumialsza. No może to ostatnie nie tyczyło się Jamesa, Syriusza, Remusa i Petera; ale jednakże była bardziej wyrozumiała.
-Masz już jakiś temat do gazety szkolnej? - zapytała w pewnym momencie Lily.
-Tak – przytaknęła Mary. - „Czy Ślizgon, Severus Snape jest obiektem westchnień Gryfonki, Lily Evans?
-Nawet nie wasz sie tego opublikować – warknęła Lily darząc przyjaciółkę groźnym spojrzeniem.
-Tylko żartuję – odpowiedziała Mary.
-Mam nadzieję.
-Nie zrobiłabym ci tego... dopóki nie porozmawiałabym z Severusem na ten temat – zachichotała cicho.
-Mary!
-No dobrze, dobrze. Planowałam zrobić wywiad z Megan: „Co sądzi o szkole nasza nowa pani profesor – Megan Zomie. Co podobało jej się za czasów jej nauki, a co nie”.

-To będzie bardziej ciekawsze – uśmiechnęła sie Lily, a myślami powędrowała w odległe miejsce zwane marzeniami, fantazją lub po prostu myślami rudej czarownicy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz