Przed państwem dla miłej odmiany kolejny rozdział opowiadania z cyklu Harry'ego Pottera z Lily i Severusem w roli głównej. tak też: za wszystkie uszczerbki na zdrowiu psychicznym i fizycznym nie odpowiadam. Dziękuję i zapraszam do czytania:
Pierwszy
września.
W
pokoju Lily rozległo sie głośne dzwonienie budzika. Usiadła
zaspana na łóżku i przetarła oczy. Nareszcie sie doczekała.
To był dzień powrotu do Hogwartu.
Spojrzała
na łóżko polowe stojące pod ścianą. Było puste.
Rozejrzała sie po pokoju. Przy drzwiach stały dwa szkolne kufry
Hogwartu, oraz dwie klatki z sowami: jedna z Hektorem Severusa i
druga z Laydy, śnieżną sową Lily. Na parapecie, we wnęce okna
siedział Severus. Jedna noga zwisała mu, prawie dosięgając
paneli. Patrzył przez szybę mrużąc czarne oczy.
-Nie
śpisz już? - zapytała Lily wstając z łóżka i podchodząc
do szafy wyjąć jakieś ubranie.
Chłopak
wzdrygnął się. Widocznie nawet nie zauważył, że dziewczyna już
wstała.
-Nie –
odpowiedział po chwili. - Przecież dziś wracamy nareszcie do
Hogwartu.
-Dlatego
nastawiłam sobie budzik – stwierdziła Lily.
-Dlaczego
nie chciałaś zostać prefektem? - zapytał Severus. - Przecież to
wielkie wyróżnienie.
-Tak,
ale miała bym za dużo na głowie – Lily zrobiła skwaszoną minę.
- Odesłałam odznakę prefekta do Dumbledore'a, wyjaśniłam mu
wszystko i się zgodził. Na moje miejsce prefektem Gryffindoru
została nijaka Alicja Lavster, wiesz która, ta od Franka
Longbottoma.
-Tak,
wiem – przytaknął Snape. - A drugim prefektem?
-Na
pewno nie Potter, jeśli to masz na myśli – odrzekła Lily. -
Lupin, Remus Lupin. - przewróciła oczami i wyszła z pokoju,
zostawiając Severusa samego.
-Czarny
Pan też był prefektem swojego domu, Slytherinu – pomyślał. -
Lucjusz też, szkoda, że już skończył Hogwart. Będę miał mniej
towarzyszy. Avery i Mulciber...
Czas
biegł nie ubłagalnie szybko. Nim się obejrzeli byli już na dworcu
King's Cross w Londynie, na peronie 9 ¾. Peron był zapełniony
uczniami Hogwartu i ich rodzicami, którzy żegnali się ze
swoimi dziećmi, aż do czasu ferii zimowych, a nawet i do wakacji.
-Uważajcie
na siebie – powiedziała pani Evans całując córkę w
głowę.
-Dobrze
– odpowiedziała Lily.
-Będziesz
musiała zostać na ferie zimowe w Hogwarcie. Wtedy będziemy musieli
jechać do sanatorium, a Petunia zostanie w akademiku – odezwał
się pan Evans.
-Nie ma
problemu – odrzekła Lily. - Nie wytrzymała by ze mną pod jednym
dachem dwóch tygodni, bez was. - uśmiechnęła się. -
Wnioskuję to po tym, że nawet nie wysiadła z taksówki, żeby
sie pożegnać.
Severus
i Lily wsiedli do czerwonej lokomotywy. Zaraz miała ruszyć.
Znaleźli wolny przedział. Wyjrzeli jeszcze przez okno przedziały,
aby pomachać państwu Evans na pożegnanie. A kiedy nareszcie
wjechali w tunel i peron zniknął im z oczu usadowili się na
siedzeniach na przeciw siebie, pod oknem. Czekał ich cały dzień w
pociągu.
-Już
nie mogę sie doczekać eliksirów – zapiszczała ucieszona
Lily. - Jestem pewna, że zaliczę suma z tego przedmiotu na
„Wybitny”.
-Albo
wszystko na „Wybitny”. Nie oszukujmy się. Jesteś kujonicą –
uśmiechnął się Severus, ale jego ton wskazywał na to, że
również jest zachwycony.
-Sev! -
Lily pacnęła go lekko w ramię. - A ty to niby lepszy? Eliksiry
masz w małym palcu, tak samo jak Obronę Przed Czarna Magią.
Mieli
nadzieję, że cała podróż zleci im bardzo szybko, bez
żadnych dziwnych komplikacji czy też awantur. I tu mam na myśli
oczywiście Jamesa Pottera i jego Huncwotów, bo jak wiadomo
Snape i Potter to odwieczni rywale.
-No,
no, no. Nasz Luniaczek został prefektem – uśmiechnął się
szeroko Syriusz.
Syriusz
Black, James Potter, Peter Pettigrew i Remus Lupin siedzieli wspólnie
w jednym z wagonów Hogwart-Expres. Czwórka Gryfonów
wspaniale się bawiła podczas wakacji, a teraz wracają do szkoły w
której od zawsze psocili ile tylko sie da. W końcu właśnie
z tego byli tam znani. Z psot, kawałów i wszelkiej maści
dowcipów, jak i również byli największymi
dręczycielami Severusa Snape'a, zwanego przez nich: Smarkerusem.
-Brachu,
jak udało ci sie to zrobić? - zapytał James klepiąc przyjaciela
po plecach.
-Nie
mam zielonego pojęcia – wydukał Remus, niemogąc napatrzeć się
na szkarłatną odznakę prefekta Gryffindoru.
-Czy to
oznacza, że mamy skończyć z kawałami, panie prefekcie? - zaśmiał
się dziarsko Syriusz.
-No co
wy chłopaki – powiedział Remus. - Ja na was nie na kapuję.
I cała
czwórka wybuchła śmiechem.
-Teraz
to się dopiero zacznie – stwierdził James – Ale Dumbledore, nie
dał ci jej przecież bez powodu. On dobrze wie, że jesteś
wilkołakiem...
-Nie
tak głośno – uciszył go Lupin.
-Spoko,
przecież nikt nas nie słyszy – zapewnił Syriusz.
Ta
czwórka dobrze dogadywała sie już od pierwszego spotkania w
pociągu do Hogwartu kilka lat temu. A między Syriuszem i Jamesem
utworzyła się bardzo mocna przyjaźń, nieco większa niż co do
Lupina czy Glizdgona. Stali się jak bracia. Syriusz nawet czasami
mówił, że jego brat, który trafił do Slytherinu,
został podmieniony z Jamesem.
-Nie
mogę się doczekać święta duchów, to już za dwa miesiące
– Glizdgon całkowicie zmienił temat rozmowy.
James,
Syriusz i Remus spojrzeli na niego z lekkim wyrzutem, który
był spowodowany nagłą zmiana tematu. A przecież jako dobrzy
przyjaciele, nie mogli go zignorować.
-My już
dobrze wiemy dlaczego nie możesz sie doczekać Halloweenu – zaczął
Syriusz uśmiechając sie pod nosem.
-Oj
tak, my już dobrze wiemy, że chodzi ci o te wszystkie słodycze.
Chciałbyś je tylko spałaszować, z nikim się nie dzieląc – w
głosie Jamesa było czuć trochę ironii i tonu świadczącego o
tym, że to tylko przyjacielskie dogryzanie sobie nawzajem. -
Ciastka, cukierki, lizaki, lukrecjo, strzeżcie sie, bowiem nadchodzi
Peterodżilla, aby was wszystkich zjeść...
-O nie!
- Syriusz wyciągnął z woreczka jedno ciastko miodowe i zaczął
ruszać nim w takt swoich słów, imitując to, że ciastko
samo mówi. - To Peterodżilla! Kryć się gdzie kto może!
Szarawe
oczy Glizdgona bacznie obserwowały każdy ruch ręki Syriusza, która
trzymała ciastko. Oblizał sie łakomie na sam jego widok. James i
Syriusz ponownie parsknęli śmiechem. Lupin przestał zwracać na
nich uwagę, bo pogrążył sie w lekturze nowego podręcznika do
transmutacji.
-Łap!
-Syriusz rzucił w stronę Petera ciastko, które trzymał. Po
kilku sekundach dodał bardzo poważnym tonem:
-No i
niestety. Tak skończył się żywot pana Ciastka.
Nawet Lupin cicho zachichotał. Musiał przyznać, że
Syriusz i James mają wielkie poczucie humoru.
Syriusz tak bardzo zaczął sie śmiać, że aż sie
popłakał.
-Łapo, co ci jest? - zapytał zaskoczony James.
-To
przez niego – Syriusz śmiał się dalej, wskazując na Petera. -
On pochłonął pana Ciastka...
Minęła dobra chwila zanim sie uspokoił i powrócił
do poprzedniego stanu. Przetarł oczy i wyprostował się na
siedzeniu.
-Myślicie, że Smark wreszcie odczepi sie od Evans?
- James zamyślił się.
-Albo ona od niego – stwierdził Syriusz – Dziwię
się, że w ogóle się do niego odzywa. Ale zaraz, zaraz.
James, dlaczego nas o to pytasz?
James nie odpowiedział. Wpatrywał się w szybę
zamyślony. Najwyraźniej coś go gryzło.
-James! - Syriusz krzyknął mu do ucha, aż ten
podskoczył na siedzeniu i ześlizgnął sie na podłogę. -
Powiedziałem: „dlaczego nas o to pytasz?”.
-Z
ciekawości – odpowiedział James wstając z podłogi i poprawiając
okulary na nosie.
-Z
miłości – wtrącił Lupin.
Cała trójka spojrzała na niego pytająco.
Remus wychylił sie zza podręcznika. Przerzucił kartkę i zamknął
książkę. Odłożył ją do kufra.
-Nie słyszałem. Możesz powtórzyć? -
powiedział James z ironią w głosie.
-Z
miłości – powtórzył Remus.
James głośno przełknął ślinę, nie przestając
patrzeć w stronę przyjaciela.
-Dobrze słyszałeś – uśmiechnął się Lupin
widząc reakcję Pottera. - Z miłości.
-Nnnie wiem o czym ty mówisz, Remusie –
zaprzeczył James i z powrotem usiadł na swoje siedzenie.
-Dobrze wiesz, ale nie chcesz sie przyznać –
odrzekł Remus, a w jego głosie było słychać nutę zadowolenia.
-Niby do czego? - na twarzy Jamesa malował się mały
grymas.
Remus uśmiechnął się radośnie. Wstał ze swojego
siedzenia i podszedł do Jamesa. Usiadł na przeciwko niego, tuż
obok Glizdgona, wyciągnął różdżkę i wycelował nią
prosto w nos przyjaciela. Machnął nią lekko a na policzkach Jamesa
pokazały się dwa różowe serca.
-Bo
żeś sie zakochał, młotku – powiedział Remus, czując triumf.
-Coś ty mi zrobił z twarzą? - zapytał James
widząc swoje odbicie w oknie pociągu.
-Nie martw się, to zaraz zniknie. Góra
dziesięć minut i nie będzie już tego widać – odrzekł
spokojnie wilkołak – To zaklęcie niewerbalne. Sam je wymyśliłem.
Można sprawdzić nim, czy dana osoba się zakochała, a ja miałem
rację. No, James, teraz już sie nie wymigasz.
Mijały godziny. Było już popołudnie, kiedy po
przedziałach zaczął jeździć wózek ze słodyczami. Lily
kupiła dziesięć pudełek „Fasolek Różnych Smaków”.
Wręcz je uwielbiała, i chciała zrobić sobie mały zapasik. Nie
wiedziała bowiem kiedy będą mogli wybrać sie do Hogsmade na
jakiekolwiek zakupy, a nie wytrzymałaby bez nich za długo. Można
było spokojnie powiedzieć, że uzależniła sie od nich. Była
także pewne, że już żaden smak nie może jej zaskoczyć, bo w
ciągu wszystkich czterech lat spędzonych w Hogwarcie, zjadła już
ponad trzysta opakować tych czarodziejskich przysmaków. Sama
sie sobie dziwiła, że po zjedzeniu takich wielkich ilości cukru
wcale nie przytyła, ale cóż przecież to magiczne fasolki,
prawda?
-Wiesz może po co kazali nam w tym roku wziąć ze
sobą szaty wyjściowe? - zapytała Lily zajadając się „Fasolkami
Różnych Smaków”.
-Nie wiem. Gdyby był Turniej Trójmagiczny to
na pewno był by to jakiś bal, ale skoro ten turniej już dawno
został zakazany to można tylko zgadywać – odpowiedział Severus
i oparł głowę o zimna szybę.
-Turniej Trójmagiczny? - powtórzyła
Lily, bardzo ciekawa odpowiedzi przyjaciela.
-W
Turnieju Trójmagicznym brały udział zawsze trzy szkoły, w
tym Hogwart. Każda ze szkół wybierała jednego
reprezentanta. Wykonywali oni bardzo niebezpieczne zadania, na
przykład walka ze smokiem. Ale Turniej został wstrzymany i już go
nie organizują, bo za dużo uczestników ginęło –
wytłumaczył Snape. - No i w połowie całego turnieju zawsze
odbywał się bal.
-Ależ ty błyskotliwy jesteś, Smarkerusie – drzwi
przedziału otworzyły sie.
Byli to James, Syriusz, Remus i Peter. Ich widok
wcale nie zaskoczył Lily i Severusa. Policzki Jamesa były jeszcze
lekko czerwonawe po tym jak Lupin rzucił na niego zaklęcie, ale
serc już nie było widać.
-Czego tu chcecie? - Lily rzuciła im złowieszcze
spojrzenie.
-Może przyszłabyś do naszego przedziału? -
zapytał James. - Chyba nie będziesz siedzieć tu z tym Smarkiem...
-Dla twojej informacji, po pierwsze to nie nie jest
„Smark” tylko Severus. Po drugie nie lubię cię i twoich kumpli.
Po trzecie nigdzie sie z tond nie ruszam. I po czwarte... - Lily
wstała z siedzenia i podeszła do Jamesa.
-Dobrze, już dobrze – zaśmiał się Potter i
wyciągnął różdżkę i wycelował w Severusa. - Levicorpus.
Snape poderwał sie do góry i zawisł do góry
nogami tak jakby ktoś chwycił go za kostkę u nogi. Gryfoni
parsknęli śmiechem i opuścili przedział. Lily zatrzasnęła za
nimi drzwi. Odwróciła sie do Severusa i wyciągnęła swoją
różdżkę:
-Liberacorpus.
Snape runął na podłogę. Lily pomogła mu wstać i
z powrotem usiedli na przeciw siebie.
-Nie powinieneś pozwalać im na to żeby używali
twoich własnych zaklęć przeciwko tobie – mruknęła.
-Łatwo ci mówić – odrzekł Snape. - To nie
jest takie proste. Wymyśliłem te zaklęcia żeby się przed nimi
bronić, ale odkąd Potter znalazł mój notes ze spisem
wymyślonych zaklęć i przeciwzaklęć, nie mam już jak sie bronić.
Lily spojrzała na niego z ogromnym politowaniem.
Znienawidziła Pottera już od pierwszego spotkania i jak na razie
nie zamierzała zmieniać swojego zdania. Uważała go za kompletnego
głąba, który uwielbia znęcać się nad innymi. Do tego jego
kumple. Roztrzepany Syriusz, wiecznie głodny Glizdgon i nieco
spokojniejszy Remus. Miała ich po dziurki w nosie.
-Wielki pan Potter się znalazł.
Pociąg Hogwart-Expres coraz bardziej zbliżał się
do Hogsmade, gdzie znajdował sie peron, na którym mieli
wysiąść. Do zamku mieli pojechać powozami. Hagrid kiedyś im
powiedział, że ciągną je niewidzialne testrale, ale można je
zobaczyć tylko jeżeli widziało się czyjąś śmierć.
Wszyscy uczniowie musieli się przebrać w szkolne
szaty. Lily bardzo szybko zawiązała swój czerwono-żółty
krawat na szyi. Nabrała już wprawę. Za to dla Severusa wiązanie
krawatu było trudniejsze niż nauka czarnej magii, na której
szczerze mówiąc, trochę się znał.
-No
naprawdę, ale z ciebie niezdara – powiedziała Lily patrząc jak
jej przyjaciel nadaremnie usiłuje zawiązać zielono-srebrny krawat
Slytherinu.
-Jak jesteś taka mądra, Lily, to sama mi go zawiąż
- odpowiedział zrezygnowanym tonem.
-No
dobrze. Czemu nie. Jak będziesz wiązał go sam to nie zdążysz na
ucztę powitalną – przytaknęła dziewczyna i podeszła do
Severusa.
Przewiesiła mu krawat przez głowę, tak żeby oba
końce były z przodu. Severus dokładnie obserwował każdy ruch jej
rąk, przecież kiedyś wreszcie musiał sie nauczyć wiązać sobie
krawat. Nie był już dzieckiem. W końcu miał już piętnaście
lat.
Lily przełożyła kilka razy krawat, raz w jedna
stronę, raz w drugą. W końcu przełożyła tę grubszą część
przez utworzoną dziurkę i zacisnęła, tworząc idealny trójkąt
pod szyją Snape'a.
-No
i gotowe – powiedziała dumna z siebie.
-Dzięki.
Nagle pociąg gwałtownie sie zatrzymał. Lily
straciła równowagę i runęła przed siebie prosto na
Severusa. On jednakże nie poruszył sie nawet o milimetr, dopóki
Lily na niego nie wpadła i oboje upadli na siedzenia za Snape'em.
Lily szybko zorientowała sie, że leży na Severusie. Wstała jak
najszybciej tylko mogła i odwróciła sie od niego plecami.
Nie chciała żeby chłopak zobaczył jak sie zarumieniła.
Już
od jakiegoś czasu czuła sie dziwnie w towarzystwie chłopaka. Serce
zaczynało walić jej szybciej kiedy był w pobliżu i zaczynała się
strasznie czerwienić. Zaczęło się to na samym początku minionych
już wakacji i nie odstępowało jej na choćby jeden krok. Nie
chciała jednakże nic mówić Severusowi, żeby nie zepsuć
ich przyjaźni, którą budowali wiele lat. Wyznanie takiego
uczucia mogłoby ich poróżnić, jeżeli Sev nie czułby tego
samego co ona.
W
przedziale zapanowała cisza. Ani Severus, ani Lily nie odezwali sie
słowem dopóki pociąg nie ruszył ponownie. To stado dzikich
koni przebiegało akurat przez tory. Nic dziwnego, ze pociąg bardzo
gwałtownie zahamował. Bo inaczej wpadłby w ogromny karambol, co
gorsza mógłby sie nawet wykoleić, co zagrażało zdrowiu, a
nawet życiu uczniów Hogwartu.
Lily usiadła przy oknie ze spuszczoną głową.
Severus usiadł na przeciwko niej. Do Hogsmade zostało jeszcze
niecałe czterdzieści minut drogi, a słońce już prawie zaszło.
-Lily... - Severus chciał rozładować atmosferę –
Lily... pamiętasz minę Vernona, kiedy zjawił się Dumbledore?...
Dziewczyna spojrzała na Severusa zielonymi oczami.
Nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Wiedziała, że to tylko po to
żeby zapomnieć o tym co stało się przed chwilą.
-Tak – wydukała.
W
przedziale ponownie zapanowała cisza, i tak już pozostało aż do
zatrzymania sie pociągu na peronie w Hogsmade. Czekał tam już na
nich Hiagrid. Ogromny, brodaty mężczyzna w płaszczu z norek
trzymał latarnię. Zwoławszy do siebie wszystkich pierwszorocznych
wskazał wyższym rocznikom powozy, którymi mieli dostać się
do zamku. Bo oczywiście jak wiadomo, i jak nakazuje Hogwarcka
tradycja. Pierwszoroczni razem z Hagridem do zamku dostaną się
poprzez jezioro w małych, czteroosobowych, drewnianych łódkach.
Severus pamiętał dobrze dzień, w którym oni
płynęli tymi łódkami. O mało co, a skąpałby się w
lodowatej wodzie. Na całe szczęście była z nim Lily i w ostatniej
chwili chwyciła go za szatę i wciągnęła z powrotem do łódki.
Nie wiedział czy to wtedy sie w niej zakochał po uszy czy wtedy na
placu, podczas ich pierwszego spotkania. Choć planował je o wiele
prędzej. Co najmniej osiem lat wstecz, jak sięgał pamięcią.
Wsiadł razem z Lily do jednego z powozów.
Dosiadłyu sie później do nich dwie inne gryfonki, które
dzieliły pokój z Lily: Mary McDonald i Alicja Lavster, oraz
Frank Longbottom, również Gryfon.
Droga było wyboista i krzywa. Lily nie odezwała sie
nawet jednym słowem, tak samo jak Snape. Po pięciu minutach przez
okna można było zobaczyć w oddali zamek, Hogwart.
-Nareszcie. Nareszcie Hogwart – powtarzała sobie w
duchu. - Nareszcie będę mogła używać magii!
Cieszyła sie jak nigdy w życiu. Może nie tak
bardzo kiedy okazało się, że naprawdę jest czarownicą i ten mały
chłopak ze Spinner'a End miał rację, czy też kiedy zakupiła
swoją różdżkę u Olivandera, ale cieszyła się okropnie.
A
po trzydziestu minutach nadeszła jej upragniona chwila. Powozy
zatrzymały się przed wielkimi wrotami. Tylko one dzieliły ich od
dziedzińca największej szkoły magii i czarodziejstwa na świecie.
-To
już piąty rok – zachwycała się Lily już całkowicie zapominając
co wydarzyło się w pociągu przed niecałą godziną.
Chwyciła Severusa za rękę.
-Severusie, jak ja się cieszę – powiedziała.
-Ja
również – odrzekł Severus usiłując ukryć różowawy
rumieniec na policzkach. - Już nie mogę się doczekać wielkiej
uczty powitalnej.
Lily uśmiechnęła się promiennie. Severus
odwzajemnił ten uśmiech. Czuł, że ten rok nie będzie taki jak
poprzednie cztery.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz