Jakiem, że ostatnimi czasy nie posiadam weny a jestem już na stałe w Jałowicach, i pracuje nad fabułą własnej mangi, przed państwem cykl opowiadań, które napisałam w sumie dość dawno i ani jak się mają do mangi i anime - raczej do świata Harry'ego Pottera, a raczej do wcześniejszego pokolenia. Koniec ogłoszenia parafialnego
Słońce
grzało tak jak przez całe prawie już minione lato. Zachodziło. A
jego różowawe odcienie pięknie mieniły się na zachodzie, i
odbijały się w zielonych tęczówkach Lily. Siedziała na
parapecie okna w swoim pokoju. Opierała się plecami o białą
ścianę. W ręku trzymała długą, białą różdżkę.
Dobrze wiedziała, że nie może używać magii poza szkołą, ale
uwielbiała bawić się swoim magicznym kijkiem, przeplatając go
pomiędzy palcami.
Odwróciła
głowę w stronę pokoju. Spojrzała na swój szkolny kufer.
Był spakowany i gotowy do drogi. Podręczniki już kupione i również
zapakowane. Szata szkolna i szata wyjściowa były uprasowane i
dokładnie złożone. Zapas piór, atramentu; wszystko na swoim
miejscu.
Westchnęła
głęboko. Była szczęśliwa. A przecież jeszcze osiem lat temu nie
chciała uwierzyć małemu chłopcu ze Spinner's End, że jest
czarownicą. Choć miała go jako swojego przyjaciela, wciąż
wracała pamięcią do tamtego dnia, kiedy spotkali sie pierwszy raz,
na placu zabaw, kiedy to ona i jej starsza siostra Petunia bawiły
się razem.
Uśmiechnęła
sie pod nosem. Pamiętała zaborczą minę Severusa i jego rumieniec
na twarzy kiedy upierał sie przy tym, że ona jest czarownicą. To
było takie urocze, słodkie a zarazem i dziecinne.
-Lily!
- powiedziała Petunia, siedemnastoletnia dziewczyna, wchodząc do
pokoju siostry. - Lily, odłóż ten patyk! - zrobiła
przerażoną minę.
-Tuniu,
ale o co ci chodzi? - zaprotestowała Lily i zmarszczyła czoło. -
Po za tym to niej jest patyk, a różdżka. - poprawiła
siostrę.
-Różdżka...
patyk... Co to w ogóle za różnica? Ile razy mówiłam
ci, że nie mam zamiaru mieć jakiegokolwiek kontaktu z takimi
dziwactwami? - powiedziała Petunia srogim tonem.
-Tuniu,
daj spokój – odpowiedziała Lily i podeszła do kufra
odłożyć różdżkę.
Petunia
obserwowała ją bardzo uważnie. Młoda wiedziała, że jej starsza
siostra nie na widzi magii, choć do końca nie mogła zrozumieć
dlaczego. Jako pierwszy argument zawsze dawała to, że jej starsza
siostra nie lubi magii bo ona sama nie jest czarownicą, i to na
razie jej wystarczało.
-Kolacja
już jest. Mama kazała ci zejść na dół – zakomunikowała
Petunia wracając się do drzwi. - I ani słowa o magii przy kolacji.
Będzie z nami dzisiaj Vernon, a nie chcę żeby się od razu mnie
wystraszył tylko dlatego, że moja siostra jest jakimś dziwolągiem.
-Oj,
Tuuunnniiiuuu – Lily przeciągnęła slaby, i spojrzała na siostrę
błagalnym spojrzeniem. - Przecież wiem, że Vernon jest twoim
chłopakiem... ale jeżeli coś ci z nim wyjdzie i tak będziesz
musiała mu powiedzieć, że w rodzinie masz czarownicę.
Petunia
nic nie odpowiedziała tylko otworzyła drzwi i wyszła z pokoju na
piętrze. Lily zrobiła to samo. Zeszły do salonu, w którym
czekał już na nie zastawiony stół. W całym domu było czuć
wspaniały zapach domowej pieczeni w sosie własnym pani Evans z
lekką nutą żurku.
Lily
bez zastanowienia usiadła do stołu, ale nie zaczęła jeszcze jeść.
To by trochę nie wypadało, tym bardziej, że tego dnia mieli mieć
na niej bardzo ważnego gościa – Vernona Dursleya, i jak to mówiła
Lily: obiekt uwielbień Petunii.
-Lily,
proszę cię, nie zepsuj mi tego spotkania – Petunia powiedziała
to chyba w ostatniej chwili bo właśnie rozległ się dzwonek do
drzwi.
Pan
Evans otworzył drzwi. Stał za nimi około dwudziestoletni
młodzieniec. Nie należał to tych chudych, ale nie był też aż
tak bardzo puszysty. Jego włosy były równo z cięte i
przybierały lekko mysi kolorek. Na jego twarzy gościł szczery
uśmiech.
-Pan
Evans, jak sie nie mylę. Miło mi poznać. Nazywam się Vernon
Dursley – przedstawił się.
-Tak,
tak. Mnie również. Jesteś w samą porę. - odparł uradowany
pan Evans i wprowadził Vernona do salonu.
-Witam
panią, pani Evans – Vernon ukłonił sie nisko matce Lily i
Petuni. - Miło mi panią poznać. Petunia wiele mi o państwu
opowiadała.
Lily
uśmiechnęła się. Jego wygląd przypominał jej Glizdgona. Niski,
tęgi, mysie oczy i włosy. Pomyślała przez chwile, ze gdyby jej
siostra nie była mugolką, to na pewno zakumplowała by się z tym
właśnie Gryfonem.
-A
ty pewnie jesteś młodszą siostrą Petunii – teraz Vernon zwrócił
sie do niej, przerywając jej myśli.
-Tak
– odpowiedziała, ale zaraz zorientowała się, że trzeba by
dopowiedzieć coś jeszcze. - Nazywam się Lily.
-Jesteśmy
w komplecie. - uśmiechnęła się pani Evans. - W takim razie
siadajmy do stołu, zanim wystygnie.
No
i całą piątką usiedli przy stole. Lily z wielką uwagą
przyglądała się każdemu ruchowi ich gościa. Nie wyglądał na
takiego głodomora jak Peter, choć jego centymetry w pasie
świadczyły całkiem co innego.
-Bardzo
sie cieszę, że przyszedłeś, Vernonie – powiedział pan Evans i
poprawił błękitny krawat. - Bardzo chcieliśmy cię poznać.
-Nie
mogłem odmówić, to by było niegrzeczne – odpowiedział
Vernon jedząc pieczeń. -Muszę przyznać, że wspaniale pani
gotuje.
-Bardzo
dziękuję.
Lily
błądziła widelcem po swoim talerzu. Wcale nie była głodna. Jakąś
godzinę temu zjadła całe opakowanie „Fasolek Różnych
Smaków”, które zostały jej jeszcze z poprzedniego
roku, w Hogwarcie. Musiała przyznać, miały wszystkie smaki. Udało
jej sie trafić nawet na smak pieczonego indyka.
-A
co chciałbyś robić w przyszłości? - zapytał wielce ciekawy pan
Evans.
-Nie
mam zielonego pojęcia, może zajmę sie polityką. Od września będę
się uczył na uczelni Oxfordu w Londynie – odpowiedział Vernon,
robiąc dumną minę.
-W
takim razie musisz mieć bardzo dobre oceny, jeżeli udało ci sie
tam dostać – powiedział zachwycony pan Evans.
-Tak,
tak. Vernon bardzo dobrze sie uczy – wtrąciła Petunia.
-Ja
już cie witam w rodzinie – zaśmiał sie przyjacielsko pan Evans.
- Mój drogi chłopcze.
Vernon
odwzajemnił ten miły uśmiech, a jego wzrok zatrzymał się na
Lily.
-A
ty, Lily? Jak ci idzie nauka? I do jakiej szkoły w ogóle
chodzisz?
-Jestem
najlepsza w klasie – wydukała z siebie Lily, ale zamilkła nie
wiedząc co powiedzieć dalej, kiedy Petunia spojrzała na nią
błagalnymi oczami, żeby nie palnęła niczego od czapy. Rozejrzała
sie szybko po pokoju, i wpadła na genialny pomysł kiedy zobaczyła
stare zdjęcie taty z poligonu. - Jestem w szkole wojskowej.
Przyjeżdżam tylko na wakacje – odpowiedziała. - To bardzo daleko
z tond.
-Aha
– Vernon skinął głową. - To bardzo ciekawe. Nie słyszałem
jeszcze, żeby jakaś dziewczyna interesowała sie wojskiem.
-Tak...
bardzo mi sie tam podoba... - Lily spuściła wzrok na talerz, wolała
nie zawiązywać dłuższego kontaktu wzrokowego z chłopakiem swojej
starszej siostry.
Państwo
Evans milczeli jak zaklęci. Woleli chyba tak samo jak obie
dziewczyny, nie mówić Vernonowi o tym, że Lily jest
czarownicą.
-Kto
chce deser? - pani Evans chciała rozluźnić atmosferę. - Zrobiłam
ciasto z makiem.
Każdy
dostał po jednym kawałku. Lily chwile nie wiedziała czy zjeść,
czy nie. Ale widząc srogie spojrzenie ojca wzięła sie za jedzenie
ciasta. I tak już trochę nakręciła przy tej kolacji. Szkoła
wojskowa? Kto by przypuszczał? Chciałaby tylko wrócić do
swojego pokoju, walnąć się na łóżku i iść spać. Jutro
przecież miała pojechać wreszcie do Hogwartu i chciała sie
wyspać, a nie jak rok temu, przespała prawie całą drogę i prawie
spóźniła sie na ucztę powitalną, a bardzo lubiła słuchać
co róż to nowych piosenek Tiary Przydziału.
Nagle
w oknie na przeciwko stołu zobaczyła znaną jej twarz. Ziemiste
policzki, czarne oczy i haczykowaty nos.
Uśmiechnęła
się. Wiedziała, że jej przyjaciel zaraz zapuka do drzwi, a ona
będzie musiała mu otworzyć. I wcale się nie pomyliła,po niecałej
minucie usłyszeli pukanie do drzwi.
-Kogo
niesie, o tak późnej porze? - zdziwił się pan Evans, chcąc
wstać od stołu.
-Ja
otworze! - Lily zerwała się z krzesła i szybko wyszła na
przedpokój.
Nacisnęła
klamkę i otworzyła drzwi. Przed nimi stał nie wyskoki, czarnowłosy
chłopak w jej wieku. Za nim był kufer szkolny Hogwartu i klatka z
kruczoczarną sową.
-Lily,
kto to? - z salonu dobiegł głos pani Evans.
-Severus.
Za moment będę – odpowiedziała i zamknęła drzwi.
Stanęła
na wycieraczce i spojrzała na Snape'a pytającym wzrokiem.
-Przecież
jedziemy dopiero jutro.
-Powiedz
to mojemu ojcu – odpowiedział Severus.
No
tak. Przecież od kąt pani Eileen Prince-Snape, matka Severusa,
wyjechała na misje zleconą jej przez Ministerstwo Magii, on sam
musiał mieszkać tylko z ojcem. Tobiaszem, tyranem, mugolem i
człowiekiem, który szczerze nienawidził czegoś takiego jak
magia.
-Czy
mam przez to rozumieć, że znowu wyrzucił cię z domu? - zapytała
przerażona Lily.
-Niestety
– Severus spuścił głowę, było mu bardzo wstyd przed
dziewczyną, że kolejny raz musi pytać ją o to, czy może
przenocować u niej w domu.
-Pewnie
zrobił ci awanturę o nic – stwierdziła Lily, pocieszającym
tonem.
-Tym
razem miał o co – Snape nagle podniósł głowę. - Przyszła
sowa z Hogwartu z biletem na pociąg i awantura gotowa.
Lily
nie wiedziała co powiedzieć. Zamyśliła się chwilę, wpatrując
się w klatkę Hektora, sowy Severusa.
-Rodzice
nie będą mieli nic przeciwko żebyś został, ale trzeba cie będzie
jakoś przemycić do pokoju, bo chłopak Petunii je u nas kolacje –
powiedziała po chwili. - Poczekaj chwilę, zaraz wrócę. - I
weszła z powrotem do domu.
Podeszła
do mamy i szepnęła jej coś na ucho.
-Przepraszam
na chwilę – powiedziała pani Evans i poszła z córką na
przed pokój.
Obie
wyszły na chwilę z domu.
-Dobry
wieczór pani – przywitał sie Severus.
-Dobry
wieczór – odpowiedziała pani Evans. - Dobrze, bierzcie
kufer, sowę i chodźcie na górę. Domyślam się co się
stało.
-Dziękuje
bardzo – uśmiechnął się lekko Snape.
-Nie
ma za co. Zawsze będziesz u nas mile widziany, Severusie. Tylko
martwi mnie to, że jak twoja matka nie wróci do kolejnych
wakacji, będziesz chyba musiał zamieszkać u nas, bo nie sądzę,
żeby twój ojciec się tobą zainteresował – dodała pani
Evans, otwierając drzwi, a w jej głosie było słychać bardzo
wielką troskę.
Lily
chwyciła za klatkę Hektora. Stwierdziła iż, Sev nie będzie niósł
wszystkiego sam, bo to jednak jest ciężkie.
Szli
krótkim wąskim korytarzem kierując sie na schody. Mieli
również nadzieję, że nikt z obecnych w salonie ich nie
zaczepi, bo musieli by się wtedy ostro tłumaczyć. Chodziło tu w
szczególności o Vernona, bo Petunia jak to tylko Petunia
zaczęła by protestować i na tym by sie to skończyło.
-Marry,
kochanie co się dzieję? - zapytał pan Evans, kiedy zobaczył żonę,
córkę niosącą klatkę z sową i Severusa z kufrem szkolnym
Hogwartu. - Przecież dopiero jutro mamy ich zawieść na pociąg.
Zatrzymali
się. Lily i Snape przerażeni spojrzeli w stronę pana Evansa. I co
teraz mają powiedzieć? Przecież nie odpowiedzą mu teraz, że
ojciec Severusa wyrzucił go z domu, bo dostał bilet z Hogwartu.
Marry
spojrzała na męża jednoznacznym wzrokiem. Odpowiedziałaby mu od
razu co sie stało, ale nie w obecności Vernona. Petunia posłała
siostrze złośliwe spojrzenie. Lily głośno przełknęła ślinę.
Vernon
wyglądał na zaskoczonego. Stwierdził, że należało by rozluźnić
atmosferę:
-Jak
sie nazywa ta sowa? - zapytał wskazując na klatkę, którą
trzymała Lily.
-Hektor
– odpowiedział krótko Severus.
-Jest
czarna jak noc, wcześniej takiej nie widziałem. Bardzo rzadki okaz.
Skąd ją masz? - Vernon nie wiedział, że to pytanie doprowadziło
do jeszcze bardziej zagęszczenia atmosfery w domu Evansów.
-Ja...
- wyjąkał Snape. - Dostałem od matki na jedenaste urodziny...
-Hmm...
to bardzo rzadko spotykany prezent jak na jedenaste urodziny,
nieprawdaż? - Verno podszedł do Severusa i podał mu rękę. -
Nazywam się Vernon Dursley.
-Severus
Snape – chłopak odwzajemnił gest Vernona. - W mojej rodzinie
zawsze na jedenaste urodziny dostaje się takie prezenty – Snape
wiedział, że Vernon jest mugolem, więc powiedział tylko część
prawdy.
-Jesteś
pewnie chłopakiem Lily – stwierdził Vernon.
Lily
i Severus spojrzeli po sobie. Ruda zaraz spuściła wzrok na klatkę
Hektora, a Snape oblał się szkarłatnym rumieńcem i również
spuścił wzrok , na zielonkawy dywan.
Vernon
uśmiechnął sie pod nosem. Może i zachowywał sie jak dżentelmen
przez calutką kolację, ale najwyraźniej Snape nie przypadł mu do
gustu. Mimo tego wszystko zdawało mu sie być nie na miejscu.
-Skoro
jedziesz jutro razem z Lily do szkoły wojskowej to po co ci sowa? -
zapytał podejrzliwie, marszcząc brwi.
-Szkoła
wojskowa? - powtórzył zaskoczony Severus.
Lily
posłała mu srogie spojrzenie. Teraz już dobrze wiedziała, że
kolacja została zepsuta do samego końca. Petunia nigdy jej tego nie
wybaczy.
Wtem
rozległ się dźwięk pukania dziobem w okno. No tak! Przecież, to
sowa miała przynieść bilet Hogwart – Expres. Lily wystraszył
sie tego nagłego pukania i upuściła klatkę Hektora. Sowa
wyleciała z niej i zaczęła nerwowo latać po pokoju.
-Lily,
coś ty narobiła? - Petunia chwyciła się za głowę.
-Tuniu,
przecież to nie było specjalnie! - Lily postawiła klatkę na
podłodze. - Sev, zrób coś.
-Ale
co? Przecież tu jest mugol – zapytał Severus.
Hektor
latał niespokojnie po pokoju, obijając sie o ściany. Przecież to
była sowa nocna skrzyżowana z nietoperzem, przez przypadek kiedy to
Severus bawił się eliksirami w tajemnicy przed profesorem
Slughornem. Hektor nie widział nic przy sztucznym świetle.
-Trudno
– odpowiedziała Lily, kiedy Hekrot zaczął niebezpiecznie wirować
przy włosach Petunii.
-Zabierzcie
go! - krzyknęła przerażona Petunia.
Vernon
ruszył jej na ratunek, usiłując przegonić sowę. Niestety chyba
tylko bardziej ją rozzłościł. Zaczęła dziobać go po głowie.
-Petrificus
totalus – Snape jednym płynnym
ruchem wyciągnął z zewnętrznej strony, czarnej marynarki, równie
czarną różdżkę i wycelował zaklęciem w sowę.
Hektor runął na podłogę
bez jakichkolwiek oznak życia. Krótko mówiąc
spetryfikowało ją. Snepe ponownie machnął różdżką i
zamknął czarną sowę z powrotem w klatce. Machnął kolejny raz i
Hektor znowu normalnie się ruszał. Po czym schował różdżkę
za pazuchę.
Vernon patrzył na niego z
otwartymi ustami. Musiał doznać straszliwego szoku. Magiczne
sztuczki widział tylko w cyrku, albo u magików na przyjęciach
urodzinowych organizowanych w podstawówce. Petunia wyglądała
na wściekłą.
-Ile razy mam wam mówić,
że nie macie nie używać tego w mojej obecności! - Petunia
wyglądała na wściekłą.
-Tuniu... - Lily chciała
uspokoić siostrę. - Tuniu to...
-Co
to było? - wydukał z siebie Vernon.
-Mamy w rodzinie czarownice,
to nie cudowne? - pani Evans i spojrzała na Lily.
-Że
co? Czarownice? - Vernon otworzył szeroko usta. - Czarow... Nie
istnieje nic takiego... ale jak to możliwe?!
-To
dziwolągi – powiedziała Petunia.
-A
ty? Nie jesteś czarownicą? - Vernon zwrócił się do
Petunii.
-Absolutnie –
zaprotestowała dziewczyna.
Wszystko to przerwało im
pukanie do drzwi. Już kolejne tego wieczoru. Lily poszła otworzyć.
-Witam, panie profesorze –
powiedziała kiedy je otworzyła.
W
drzwiach wejściowych stał wysoki, chudy mężczyzna z
szarawo-brązowymi włosami i brodą do pasa. Na jego haczykowatym
nosie tkwiły okulary-połówki, a na sobie miał długą,
fioletową pelerynę i szpiczasty kapelusz. Na jego ramieniu
siedziała biała sowa, która dosłownie przed chwilą pukała
dziobem w okno.
-To
list dla ciebie, panno Evans – powiedział Albus Dumbledore i dał
kopertę dziewczynie. - Mniemam, że pan Snape jest tutaj.
-Tak jest – przytaknęła
Lily. - Proszę wejść.
Dyrektor Hogwartu wszedł na
przedpokój.
-Witam państwa –
powiedział serdecznie. - Petunio, Severusie – jego wzrok zatrzymał
się na Vernonie. - A ty? Kim jesteś chłopcze?
-Vernon Dursley –
odpowiedział chłodno.
-Nie jesteś czarodziejem,
prawda? - zapytał rześko Albus spoglądając na niego z pod
okularów-połówek, a kiedy Vernon nie odpowiedział,
rzekł – No cóż, gdybyś był, znalibyśmy się. Pozwól,
że sie przedstawię. Jestem Albus Dumbledore, dyrektor największej
szkoły magii i czarodziejstwa na świecie, Hogwart. - nie czekając
na jakąkolwiek odpowiedź chłopaka zwrócił sie do
przerażonego Snape'a. - Mój drogi chłopcze – zaczął. -
Przysłało mnie tutaj Ministerstwo Magii, z powodu twojego
wykroczenia. Użyłeś mocy poza murami szkoły. Masz szczęście, że
to tylko upomnienie i nic więcej.
-Tak, wiem – przytaknął
Severus. - Ale tak jakoś samo wyszło, nie miałem innego wyboru,
panie profesorze.
-Jak już mówiłem, to
tylko upomnienie – stwierdził Dumbledore. - Cóż, nie mam
już nic innego do powiedzenia... Mam nadzieję, że zjawicie się na
jutrzejszej uczcie powitalnej – uśmiechnął się czarodziej.
Lily i Severus skinęli
głowami.
-W
takim razie, żegnam państwa, Petunie. Lily, Severusie do
zobaczenia. Vernonie... - poprawił szpiczasty kapelusz. - Nie mów
nikomu, o tym czego dzisiaj sie dowiedziałeś. - po czym zamknął
za sobą drzwi.
Reszta całego spotkania
Vernona z rodziną Evansów odbyła sie bez Lily i Severusa.
Lily zdziwiła się bardzo, jego reakcji. Była pewna, że po tej
całej akcji z sową i pojawieniem się Dumbledore'a, wybiegnie z ich
domu z ogromnym krzykiem i nigdy już tu nie wróci. Ba, będzie
omijał ich dom szerokim łukiem.
-Strasznie przepraszam –
powiedział Severus po matki Lily, wycierając naczynia po kolacji.
-Mnie nie przepraszaj, mojego
męża też nie – odrzekła pani Evans. - Największe przeprosiny
należą się Petunii i Vernonowi. To ich zaatakował Hektor – i
uśmiechnęła się raźnie do chłopca. - To kiedy ty przyjdziesz do
nas na taką kolację?
Severus zaczerwienił się.
Dobrze wiedział co ma na myśli pani Evans, ale nic nie
odpowiedział.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz