Muzyka

piątek, 24 stycznia 2014

Harry Potter Snilly - Rozdział 1 - Nietypowa kolacja

Ohayo,
Jakiem, że ostatnimi czasy nie posiadam weny a jestem już na stałe w Jałowicach, i pracuje nad fabułą własnej mangi, przed państwem cykl opowiadań, które napisałam w sumie dość dawno i ani jak się mają do mangi i anime - raczej do świata Harry'ego Pottera, a raczej do wcześniejszego pokolenia. Koniec ogłoszenia parafialnego


Słońce grzało tak jak przez całe prawie już minione lato. Zachodziło. A jego różowawe odcienie pięknie mieniły się na zachodzie, i odbijały się w zielonych tęczówkach Lily. Siedziała na parapecie okna w swoim pokoju. Opierała się plecami o białą ścianę. W ręku trzymała długą, białą różdżkę. Dobrze wiedziała, że nie może używać magii poza szkołą, ale uwielbiała bawić się swoim magicznym kijkiem, przeplatając go pomiędzy palcami.
Odwróciła głowę w stronę pokoju. Spojrzała na swój szkolny kufer. Był spakowany i gotowy do drogi. Podręczniki już kupione i również zapakowane. Szata szkolna i szata wyjściowa były uprasowane i dokładnie złożone. Zapas piór, atramentu; wszystko na swoim miejscu.
Westchnęła głęboko. Była szczęśliwa. A przecież jeszcze osiem lat temu nie chciała uwierzyć małemu chłopcu ze Spinner's End, że jest czarownicą. Choć miała go jako swojego przyjaciela, wciąż wracała pamięcią do tamtego dnia, kiedy spotkali sie pierwszy raz, na placu zabaw, kiedy to ona i jej starsza siostra Petunia bawiły się razem.
Uśmiechnęła sie pod nosem. Pamiętała zaborczą minę Severusa i jego rumieniec na twarzy kiedy upierał sie przy tym, że ona jest czarownicą. To było takie urocze, słodkie a zarazem i dziecinne.
-Lily! - powiedziała Petunia, siedemnastoletnia dziewczyna, wchodząc do pokoju siostry. - Lily, odłóż ten patyk! - zrobiła przerażoną minę.
-Tuniu, ale o co ci chodzi? - zaprotestowała Lily i zmarszczyła czoło. - Po za tym to niej jest patyk, a różdżka. - poprawiła siostrę.
-Różdżka... patyk... Co to w ogóle za różnica? Ile razy mówiłam ci, że nie mam zamiaru mieć jakiegokolwiek kontaktu z takimi dziwactwami? - powiedziała Petunia srogim tonem.
-Tuniu, daj spokój – odpowiedziała Lily i podeszła do kufra odłożyć różdżkę.
Petunia obserwowała ją bardzo uważnie. Młoda wiedziała, że jej starsza siostra nie na widzi magii, choć do końca nie mogła zrozumieć dlaczego. Jako pierwszy argument zawsze dawała to, że jej starsza siostra nie lubi magii bo ona sama nie jest czarownicą, i to na razie jej wystarczało.
-Kolacja już jest. Mama kazała ci zejść na dół – zakomunikowała Petunia wracając się do drzwi. - I ani słowa o magii przy kolacji. Będzie z nami dzisiaj Vernon, a nie chcę żeby się od razu mnie wystraszył tylko dlatego, że moja siostra jest jakimś dziwolągiem.
-Oj, Tuuunnniiiuuu – Lily przeciągnęła slaby, i spojrzała na siostrę błagalnym spojrzeniem. - Przecież wiem, że Vernon jest twoim chłopakiem... ale jeżeli coś ci z nim wyjdzie i tak będziesz musiała mu powiedzieć, że w rodzinie masz czarownicę.
Petunia nic nie odpowiedziała tylko otworzyła drzwi i wyszła z pokoju na piętrze. Lily zrobiła to samo. Zeszły do salonu, w którym czekał już na nie zastawiony stół. W całym domu było czuć wspaniały zapach domowej pieczeni w sosie własnym pani Evans z lekką nutą żurku.
Lily bez zastanowienia usiadła do stołu, ale nie zaczęła jeszcze jeść. To by trochę nie wypadało, tym bardziej, że tego dnia mieli mieć na niej bardzo ważnego gościa – Vernona Dursleya, i jak to mówiła Lily: obiekt uwielbień Petunii.
-Lily, proszę cię, nie zepsuj mi tego spotkania – Petunia powiedziała to chyba w ostatniej chwili bo właśnie rozległ się dzwonek do drzwi.
Pan Evans otworzył drzwi. Stał za nimi około dwudziestoletni młodzieniec. Nie należał to tych chudych, ale nie był też aż tak bardzo puszysty. Jego włosy były równo z cięte i przybierały lekko mysi kolorek. Na jego twarzy gościł szczery uśmiech.
-Pan Evans, jak sie nie mylę. Miło mi poznać. Nazywam się Vernon Dursley – przedstawił się.
-Tak, tak. Mnie również. Jesteś w samą porę. - odparł uradowany pan Evans i wprowadził Vernona do salonu.
-Witam panią, pani Evans – Vernon ukłonił sie nisko matce Lily i Petuni. - Miło mi panią poznać. Petunia wiele mi o państwu opowiadała.
Lily uśmiechnęła się. Jego wygląd przypominał jej Glizdgona. Niski, tęgi, mysie oczy i włosy. Pomyślała przez chwile, ze gdyby jej siostra nie była mugolką, to na pewno zakumplowała by się z tym właśnie Gryfonem.
-A ty pewnie jesteś młodszą siostrą Petunii – teraz Vernon zwrócił sie do niej, przerywając jej myśli.
-Tak – odpowiedziała, ale zaraz zorientowała się, że trzeba by dopowiedzieć coś jeszcze. - Nazywam się Lily.
-Jesteśmy w komplecie. - uśmiechnęła się pani Evans. - W takim razie siadajmy do stołu, zanim wystygnie.
No i całą piątką usiedli przy stole. Lily z wielką uwagą przyglądała się każdemu ruchowi ich gościa. Nie wyglądał na takiego głodomora jak Peter, choć jego centymetry w pasie świadczyły całkiem co innego.
-Bardzo sie cieszę, że przyszedłeś, Vernonie – powiedział pan Evans i poprawił błękitny krawat. - Bardzo chcieliśmy cię poznać.
-Nie mogłem odmówić, to by było niegrzeczne – odpowiedział Vernon jedząc pieczeń. -Muszę przyznać, że wspaniale pani gotuje.
-Bardzo dziękuję.
Lily błądziła widelcem po swoim talerzu. Wcale nie była głodna. Jakąś godzinę temu zjadła całe opakowanie „Fasolek Różnych Smaków”, które zostały jej jeszcze z poprzedniego roku, w Hogwarcie. Musiała przyznać, miały wszystkie smaki. Udało jej sie trafić nawet na smak pieczonego indyka.
-A co chciałbyś robić w przyszłości? - zapytał wielce ciekawy pan Evans.
-Nie mam zielonego pojęcia, może zajmę sie polityką. Od września będę się uczył na uczelni Oxfordu w Londynie – odpowiedział Vernon, robiąc dumną minę.
-W takim razie musisz mieć bardzo dobre oceny, jeżeli udało ci sie tam dostać – powiedział zachwycony pan Evans.
-Tak, tak. Vernon bardzo dobrze sie uczy – wtrąciła Petunia.
-Ja już cie witam w rodzinie – zaśmiał sie przyjacielsko pan Evans. - Mój drogi chłopcze.
Vernon odwzajemnił ten miły uśmiech, a jego wzrok zatrzymał się na Lily.
-A ty, Lily? Jak ci idzie nauka? I do jakiej szkoły w ogóle chodzisz?
-Jestem najlepsza w klasie – wydukała z siebie Lily, ale zamilkła nie wiedząc co powiedzieć dalej, kiedy Petunia spojrzała na nią błagalnymi oczami, żeby nie palnęła niczego od czapy. Rozejrzała sie szybko po pokoju, i wpadła na genialny pomysł kiedy zobaczyła stare zdjęcie taty z poligonu. - Jestem w szkole wojskowej. Przyjeżdżam tylko na wakacje – odpowiedziała. - To bardzo daleko z tond.
-Aha – Vernon skinął głową. - To bardzo ciekawe. Nie słyszałem jeszcze, żeby jakaś dziewczyna interesowała sie wojskiem.
-Tak... bardzo mi sie tam podoba... - Lily spuściła wzrok na talerz, wolała nie zawiązywać dłuższego kontaktu wzrokowego z chłopakiem swojej starszej siostry.
Państwo Evans milczeli jak zaklęci. Woleli chyba tak samo jak obie dziewczyny, nie mówić Vernonowi o tym, że Lily jest czarownicą.
-Kto chce deser? - pani Evans chciała rozluźnić atmosferę. - Zrobiłam ciasto z makiem.
Każdy dostał po jednym kawałku. Lily chwile nie wiedziała czy zjeść, czy nie. Ale widząc srogie spojrzenie ojca wzięła sie za jedzenie ciasta. I tak już trochę nakręciła przy tej kolacji. Szkoła wojskowa? Kto by przypuszczał? Chciałaby tylko wrócić do swojego pokoju, walnąć się na łóżku i iść spać. Jutro przecież miała pojechać wreszcie do Hogwartu i chciała sie wyspać, a nie jak rok temu, przespała prawie całą drogę i prawie spóźniła sie na ucztę powitalną, a bardzo lubiła słuchać co róż to nowych piosenek Tiary Przydziału.
Nagle w oknie na przeciwko stołu zobaczyła znaną jej twarz. Ziemiste policzki, czarne oczy i haczykowaty nos.
Uśmiechnęła się. Wiedziała, że jej przyjaciel zaraz zapuka do drzwi, a ona będzie musiała mu otworzyć. I wcale się nie pomyliła,po niecałej minucie usłyszeli pukanie do drzwi.
-Kogo niesie, o tak późnej porze? - zdziwił się pan Evans, chcąc wstać od stołu.
-Ja otworze! - Lily zerwała się z krzesła i szybko wyszła na przedpokój.
Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi. Przed nimi stał nie wyskoki, czarnowłosy chłopak w jej wieku. Za nim był kufer szkolny Hogwartu i klatka z kruczoczarną sową.
-Lily, kto to? - z salonu dobiegł głos pani Evans.
-Severus. Za moment będę – odpowiedziała i zamknęła drzwi.
Stanęła na wycieraczce i spojrzała na Snape'a pytającym wzrokiem.
-Przecież jedziemy dopiero jutro.
-Powiedz to mojemu ojcu – odpowiedział Severus.
No tak. Przecież od kąt pani Eileen Prince-Snape, matka Severusa, wyjechała na misje zleconą jej przez Ministerstwo Magii, on sam musiał mieszkać tylko z ojcem. Tobiaszem, tyranem, mugolem i człowiekiem, który szczerze nienawidził czegoś takiego jak magia.
-Czy mam przez to rozumieć, że znowu wyrzucił cię z domu? - zapytała przerażona Lily.
-Niestety – Severus spuścił głowę, było mu bardzo wstyd przed dziewczyną, że kolejny raz musi pytać ją o to, czy może przenocować u niej w domu.
-Pewnie zrobił ci awanturę o nic – stwierdziła Lily, pocieszającym tonem.
-Tym razem miał o co – Snape nagle podniósł głowę. - Przyszła sowa z Hogwartu z biletem na pociąg i awantura gotowa.
Lily nie wiedziała co powiedzieć. Zamyśliła się chwilę, wpatrując się w klatkę Hektora, sowy Severusa.
-Rodzice nie będą mieli nic przeciwko żebyś został, ale trzeba cie będzie jakoś przemycić do pokoju, bo chłopak Petunii je u nas kolacje – powiedziała po chwili. - Poczekaj chwilę, zaraz wrócę. - I weszła z powrotem do domu.
Podeszła do mamy i szepnęła jej coś na ucho.
-Przepraszam na chwilę – powiedziała pani Evans i poszła z córką na przed pokój.
Obie wyszły na chwilę z domu.
-Dobry wieczór pani – przywitał sie Severus.
-Dobry wieczór – odpowiedziała pani Evans. - Dobrze, bierzcie kufer, sowę i chodźcie na górę. Domyślam się co się stało.
-Dziękuje bardzo – uśmiechnął się lekko Snape.
-Nie ma za co. Zawsze będziesz u nas mile widziany, Severusie. Tylko martwi mnie to, że jak twoja matka nie wróci do kolejnych wakacji, będziesz chyba musiał zamieszkać u nas, bo nie sądzę, żeby twój ojciec się tobą zainteresował – dodała pani Evans, otwierając drzwi, a w jej głosie było słychać bardzo wielką troskę.
Lily chwyciła za klatkę Hektora. Stwierdziła iż, Sev nie będzie niósł wszystkiego sam, bo to jednak jest ciężkie.
Szli krótkim wąskim korytarzem kierując sie na schody. Mieli również nadzieję, że nikt z obecnych w salonie ich nie zaczepi, bo musieli by się wtedy ostro tłumaczyć. Chodziło tu w szczególności o Vernona, bo Petunia jak to tylko Petunia zaczęła by protestować i na tym by sie to skończyło.
-Marry, kochanie co się dzieję? - zapytał pan Evans, kiedy zobaczył żonę, córkę niosącą klatkę z sową i Severusa z kufrem szkolnym Hogwartu. - Przecież dopiero jutro mamy ich zawieść na pociąg.
Zatrzymali się. Lily i Snape przerażeni spojrzeli w stronę pana Evansa. I co teraz mają powiedzieć? Przecież nie odpowiedzą mu teraz, że ojciec Severusa wyrzucił go z domu, bo dostał bilet z Hogwartu.
Marry spojrzała na męża jednoznacznym wzrokiem. Odpowiedziałaby mu od razu co sie stało, ale nie w obecności Vernona. Petunia posłała siostrze złośliwe spojrzenie. Lily głośno przełknęła ślinę.
Vernon wyglądał na zaskoczonego. Stwierdził, że należało by rozluźnić atmosferę:
-Jak sie nazywa ta sowa? - zapytał wskazując na klatkę, którą trzymała Lily.
-Hektor – odpowiedział krótko Severus.
-Jest czarna jak noc, wcześniej takiej nie widziałem. Bardzo rzadki okaz. Skąd ją masz? - Vernon nie wiedział, że to pytanie doprowadziło do jeszcze bardziej zagęszczenia atmosfery w domu Evansów.
-Ja... - wyjąkał Snape. - Dostałem od matki na jedenaste urodziny...
-Hmm... to bardzo rzadko spotykany prezent jak na jedenaste urodziny, nieprawdaż? - Verno podszedł do Severusa i podał mu rękę. - Nazywam się Vernon Dursley.
-Severus Snape – chłopak odwzajemnił gest Vernona. - W mojej rodzinie zawsze na jedenaste urodziny dostaje się takie prezenty – Snape wiedział, że Vernon jest mugolem, więc powiedział tylko część prawdy.
-Jesteś pewnie chłopakiem Lily – stwierdził Vernon.
Lily i Severus spojrzeli po sobie. Ruda zaraz spuściła wzrok na klatkę Hektora, a Snape oblał się szkarłatnym rumieńcem i również spuścił wzrok , na zielonkawy dywan.
Vernon uśmiechnął sie pod nosem. Może i zachowywał sie jak dżentelmen przez calutką kolację, ale najwyraźniej Snape nie przypadł mu do gustu. Mimo tego wszystko zdawało mu sie być nie na miejscu.
-Skoro jedziesz jutro razem z Lily do szkoły wojskowej to po co ci sowa? - zapytał podejrzliwie, marszcząc brwi.
-Szkoła wojskowa? - powtórzył zaskoczony Severus.
Lily posłała mu srogie spojrzenie. Teraz już dobrze wiedziała, że kolacja została zepsuta do samego końca. Petunia nigdy jej tego nie wybaczy.
Wtem rozległ się dźwięk pukania dziobem w okno. No tak! Przecież, to sowa miała przynieść bilet Hogwart – Expres. Lily wystraszył sie tego nagłego pukania i upuściła klatkę Hektora. Sowa wyleciała z niej i zaczęła nerwowo latać po pokoju.
-Lily, coś ty narobiła? - Petunia chwyciła się za głowę.
-Tuniu, przecież to nie było specjalnie! - Lily postawiła klatkę na podłodze. - Sev, zrób coś.
-Ale co? Przecież tu jest mugol – zapytał Severus.
Hektor latał niespokojnie po pokoju, obijając sie o ściany. Przecież to była sowa nocna skrzyżowana z nietoperzem, przez przypadek kiedy to Severus bawił się eliksirami w tajemnicy przed profesorem Slughornem. Hektor nie widział nic przy sztucznym świetle.
-Trudno – odpowiedziała Lily, kiedy Hekrot zaczął niebezpiecznie wirować przy włosach Petunii.
-Zabierzcie go! - krzyknęła przerażona Petunia.
Vernon ruszył jej na ratunek, usiłując przegonić sowę. Niestety chyba tylko bardziej ją rozzłościł. Zaczęła dziobać go po głowie.
-Petrificus totalus – Snape jednym płynnym ruchem wyciągnął z zewnętrznej strony, czarnej marynarki, równie czarną różdżkę i wycelował zaklęciem w sowę.
Hektor runął na podłogę bez jakichkolwiek oznak życia. Krótko mówiąc spetryfikowało ją. Snepe ponownie machnął różdżką i zamknął czarną sowę z powrotem w klatce. Machnął kolejny raz i Hektor znowu normalnie się ruszał. Po czym schował różdżkę za pazuchę.
Vernon patrzył na niego z otwartymi ustami. Musiał doznać straszliwego szoku. Magiczne sztuczki widział tylko w cyrku, albo u magików na przyjęciach urodzinowych organizowanych w podstawówce. Petunia wyglądała na wściekłą.
-Ile razy mam wam mówić, że nie macie nie używać tego w mojej obecności! - Petunia wyglądała na wściekłą.
-Tuniu... - Lily chciała uspokoić siostrę. - Tuniu to...
-Co to było? - wydukał z siebie Vernon.
-Mamy w rodzinie czarownice, to nie cudowne? - pani Evans i spojrzała na Lily.
-Że co? Czarownice? - Vernon otworzył szeroko usta. - Czarow... Nie istnieje nic takiego... ale jak to możliwe?!
-To dziwolągi – powiedziała Petunia.
-A ty? Nie jesteś czarownicą? - Vernon zwrócił się do Petunii.
-Absolutnie – zaprotestowała dziewczyna.
Wszystko to przerwało im pukanie do drzwi. Już kolejne tego wieczoru. Lily poszła otworzyć.
-Witam, panie profesorze – powiedziała kiedy je otworzyła.
W drzwiach wejściowych stał wysoki, chudy mężczyzna z szarawo-brązowymi włosami i brodą do pasa. Na jego haczykowatym nosie tkwiły okulary-połówki, a na sobie miał długą, fioletową pelerynę i szpiczasty kapelusz. Na jego ramieniu siedziała biała sowa, która dosłownie przed chwilą pukała dziobem w okno.
-To list dla ciebie, panno Evans – powiedział Albus Dumbledore i dał kopertę dziewczynie. - Mniemam, że pan Snape jest tutaj.
-Tak jest – przytaknęła Lily. - Proszę wejść.
Dyrektor Hogwartu wszedł na przedpokój.
-Witam państwa – powiedział serdecznie. - Petunio, Severusie – jego wzrok zatrzymał się na Vernonie. - A ty? Kim jesteś chłopcze?
-Vernon Dursley – odpowiedział chłodno.
-Nie jesteś czarodziejem, prawda? - zapytał rześko Albus spoglądając na niego z pod okularów-połówek, a kiedy Vernon nie odpowiedział, rzekł – No cóż, gdybyś był, znalibyśmy się. Pozwól, że sie przedstawię. Jestem Albus Dumbledore, dyrektor największej szkoły magii i czarodziejstwa na świecie, Hogwart. - nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź chłopaka zwrócił sie do przerażonego Snape'a. - Mój drogi chłopcze – zaczął. - Przysłało mnie tutaj Ministerstwo Magii, z powodu twojego wykroczenia. Użyłeś mocy poza murami szkoły. Masz szczęście, że to tylko upomnienie i nic więcej.
-Tak, wiem – przytaknął Severus. - Ale tak jakoś samo wyszło, nie miałem innego wyboru, panie profesorze.
-Jak już mówiłem, to tylko upomnienie – stwierdził Dumbledore. - Cóż, nie mam już nic innego do powiedzenia... Mam nadzieję, że zjawicie się na jutrzejszej uczcie powitalnej – uśmiechnął się czarodziej.
Lily i Severus skinęli głowami.
-W takim razie, żegnam państwa, Petunie. Lily, Severusie do zobaczenia. Vernonie... - poprawił szpiczasty kapelusz. - Nie mów nikomu, o tym czego dzisiaj sie dowiedziałeś. - po czym zamknął za sobą drzwi.
Reszta całego spotkania Vernona z rodziną Evansów odbyła sie bez Lily i Severusa. Lily zdziwiła się bardzo, jego reakcji. Była pewna, że po tej całej akcji z sową i pojawieniem się Dumbledore'a, wybiegnie z ich domu z ogromnym krzykiem i nigdy już tu nie wróci. Ba, będzie omijał ich dom szerokim łukiem.
-Strasznie przepraszam – powiedział Severus po matki Lily, wycierając naczynia po kolacji.
-Mnie nie przepraszaj, mojego męża też nie – odrzekła pani Evans. - Największe przeprosiny należą się Petunii i Vernonowi. To ich zaatakował Hektor – i uśmiechnęła się raźnie do chłopca. - To kiedy ty przyjdziesz do nas na taką kolację?
Severus zaczerwienił się. Dobrze wiedział co ma na myśli pani Evans, ale nic nie odpowiedział. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz