Muzyka

poniedziałek, 7 lipca 2014

Diablica 6

Witka,
Jak ten czas leci, heh... tyle przygotowań... mam nadzieję, że i ten rok szybko mi zleci i za rok o tej porze będę już gdzieś między granicą Włosko-Francuską. Albo na jakiejś hiszpańskiej plaży *-* No ale cóż... to jeszcze trochę czasu do tego. No! Ale zapytacie (o ile ktoś czyta ;-; ) co i jak ja tu planuje. Chodzi mi mianowicie o pieszą podróż po Europie :D Wyjście z Cieszyna aby od razu przejść do Czech i w długą... do Austrii, Niemiec, Włoch, Francji, Hiszpanii. Jestem w trakcie zaopatrzenia się w wyposażenie typu apteczka, śpiwór czy kompas. tak też nie mogę się już doczekać (y) Odwiedziłam również dzisiaj Guben, gdzie - pewnie was zaskoczę - było Niemców jak mrówków. 6 godzin na słońcu, w germańskim kraju przyniosły upał i... upał. Ale warto było, oj warto - to dziwne uczucie, gdy przechodzisz przez granice i automatycznie język ci się przestawia na inny ;-;



I w tym "czekaniu" napisałam kolejny rozdział Diablicy, gdzie poznajemy całkiem nowe postacie :D A... pojawi się tu czeski, niemiecki i kaleczenie języka polskiego ;-; to celowe... Nazwy demonów/aniołów zaczerpnięte są z mitologii danego państwa, z którego pochodzi postać ^^




          Był to nadzwyczaj przepiękny letni dzionek. Słońce powoli wychylało się zza szczytu Czantorii, która oddzielała Polską i Czeską granicę; a chłodny wiaterek muskał delikatnie tafle pobliskiego jeziorka. Tak, zdecydowanie był to dzień idealny. Dwudziestoletnia Lenka z wielkim rozmachem i uśmiechem na twarzy, otworzyła drzwi wiejskiej, góralskiej chaty. Wybiegła z niej, niemal zahaczając o dół spódnicy i skierowała się w stronę małego strumyka, przy którym siedział chłopczyna, bardzo podobny do niej.

          - Dante, prejit na Verona! Italie! (Dante, jedziemy do Werony! Do Włoch!)

          - Jak je to mozne? (jak to?)

          - Ano! Kde se to vsechno deje! ( Tak! Tam się wszystko wydarzy)

          - Demoni a andele? (Demony i anioły?)

          - Ano, bratre! (tak, bracie)

          Karmelowłosy chłopczyna wstał od strumyka i podszedł do swojej siostry aby niemal prześwietlić ją swoim wzrokiem i zapytać ponownie, spokojnym głosem:

          - Jsi si jisty? (Jesteś pewna?)

          - Ano (tak) - odpowiedziała a w jej błękitnych oczach błysnęła radosna iskierka- Videl jsem. Videl jsem krale a kralovnu (widziałam ich. Widziałam króla i królową) - dodała, a jej brat bliźniak z uśmiechem na twarzy ruszył do domu, aby spakować najpotrzebniejsze rzeczy - Ale take jsem videl Lucyfera. (Ale widziałam również Lucyfera)

           Dante zatrzymał się nagle i odwrócił głowę w kierunku Lenki. Jego uśmiech znikł a zastąpiła go powaga.

          - Sestra, jste si jisty? (Siostra, na pewno?)

          - Ano (tak)

          - Beleni v srpnu (pakuj się)

          Lenka natychmiast, posłuchawszy brata podreptała za nim, aby wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy przed długa wędrówką, która ich czekała. Tak, zdecydowanie nie miała to być krótka podróż, i całkiem niezwykła. 

          - Sestra - powiedział jeszcze Dante, gdy plecaki zostały już zapakowane a oni sami przyszykowani do drogi. Chłopak spojrzał na anielice, uśmiechnął się w sposób, który bynajmniej do anielskich nie należał i dodał łamaną polszczyzną - Marzana, cokoluwiek se stanu, przysiegni, żu zawszu bedzie ta mojom anielem, a?

          - Przysiegamu ta, brat - odpowiedziała, również kalecząc język, przytakując mu jednocześnie - Bedeta anielem demonu. Anielem, któregu imie brzmiu Marzana, Moj brat, demonu Rod.

***

           Piękna, delikatna dla uszu melodia rozbrzmiewała w pustej sali koncertowej. Smukłe palce organisty przesuwały się z gracją po białych klawiszach instrumentu. Czarnowłosy, szczupły mężczyzna w wieku około 27 lat, o jasnozłotych oczach wyprostował się dostojnie a jego wąskie usta ozdobił uśmiech. Uśmiech mówiący o wielkiej satysfakcji z tego co robi, a także ogromnej miłości do muzyki.

          Noah, bo tak właśnie nazywał się ów Niemiec czystej krwi, zamknął oczy i całkowicie pozwolił aby melodia płynąca spod jego dłoni opanowała go. W głowie zaczęły pojawiać mu się obrazy. Obrazy pięknego miasta, położonego niedaleko "miasta na wodzie" jakim była Wenecja; łuk Triumfalny, Wersal. Zaraz później ujrzał małą, czarnowłosą dziewczynkę z misiem pod pachą i wyrazem twarzy, godnym samej Annelise Michel podczas egzorcyzmów. Usłyszał demoniczny śmiech i natychmiast przestał grać. Otworzył oczy z lekkim przerażeniem, ale zarazem i lekkim zadowoleniem.

         - Dan ist Teufel - mruknął czystym, porządnym niemieckim gardłowym głosem aby natychmiast odwrócić się w stronę drobnej dziewuszki, która niezdarnie przechodziła pomiędzy krzesłami w jego stronę, taszcząc obszerny zeszyt nut. 

          Bianka zatrzymała się dopiero przed sceną i poprawiła spadające jej, przyduże okulary kujonki i łapiąc jednocześnie zawartość zeszytu, która na przekór właścicielce postanowiła opuścić jej zeszyt. Ubrana była w niebieską sukienkę sięgającą lekko za kolana, zakończoną białą koronką. Jej miodowe włosy spięte były w dwa kucyki. 

          - Herr Noah, co się...

          - Mein lieber Bianka - powiedział łagodnie, ale kolejne słowa przybrały nieco groźniejszy wydźwięk - Demonico Nerthus.

          Wtem mała niezdarna, dziewuszka wyprostowała się, oblizała łakomie usta i ściągnęła okulary, które ukazały jej fioletowe oczy; przetarła szkiełka rąbkiem sukienki i założyła je z powrotem.

          - Tak, Tuisto?  Demonie Tuisto? - zapytała widząc błysk w oku mężczyzny.

          - Teufel powrócił - uśmiechnął się szeroko.

          - Oh, jak miło. Tyle lat na to czekaliśmy. Wreszcie mamy okazje pozbyć się go raz na zawsze. Pod jaką jest postacią? - zapytała, nie wyrażając przy tym jakiś większych uczuć.

          - Dziesięcioletnia dziewczynka, wyobraź sobie - pianista zeskoczył ze sceny i objął niższą od siebie dziewuszkę - A to wszystko zakończy się w...

          - W Weronie - dokończyła za niego, niemal oczywistym tonem - To było do przewidzenia - uśmiechnęła się wścibsko - Tam gdzie wszystko początek swój miało, zakończy się po tysiącleciu. Tam gdzie po raz kolejny Romeo, Julię pokocha.

          Na twarzy Tuisto zakwitł kwiat satysfakcji i wielkiego pożądania, a co Nerthus zachichotała tylko i gwałtownie spoważniała, wypowiadając kolejne słowa:

          - Ten, kto zawładnie nad Lucyferem, ten władać będzie Ziemią i Niebem, a piekło będzie mu pokornie służyło. Ten, który podporządkuje sobie "niosącego światło" będzie sam je niósł ku czci nowego świata, gdzie panować będą jedynie nieśmiertelni. 

          Wraz z tymi słowami pękły wszystkie szklane przedmioty znajdujące się w sali koncertowej, prócz okularów Bianki, którą spowiła mroczna aura.

          - Ten świat będzie należał do nas.

***

          Przez uchylone okna jednego z pokoi, będącym sypialnią, wielkiej hiszpańskiej posiadłości położonej na zachód od Madrytu. Dwunastoletniego chłopca, o czysto hiszpańskich rysach twarzy i o dziwo blond włosach i jasnej karnacji, zbudził jeden ze służących w jego rodzinie lokajów.

          - Paniczu, pora wstawać - powiedział tęgi, lekko zsiwiały mężczyzna przyodziany w czarny frak.

          Rzeczony panicz Antonio otworzył oczy od razu je przymrużając, gdyż lokaj odsłonił wszystkie okna w pokoju przez co poranne promienie słoneczne z lekka nie były dla niego czymś przyjemnym.

          Jeszcze raz zamknął oczy i westchnął głęboko wspominając ostatnie sceny snu, który prześladował go od wielu nocy. Lecz tym razem był na tyle realistyczny i wyraźny, że Antonio był prawie pewny co do jego autentyczności. Canale Grande, Romeo i Julia - Szekspira, plac St.Marco, paryskie ulice i wieża Eiffla, czarny pudel, pianista, czeskie góry i ta mała czarnowłosa dziewczynka z przerażającym wyrazem twarzy. To wszystko było tak realne, niemal na wyciągnięcie ręki. 

          - Co się stało, paniczu? - zapytał lokaj.

          - To już czas, Pedro - odrzekł chłopiec otwierając oczy, które nie były naturalne, były różowe.

          - Tak jest, wasza anielskość - rzeczony lokaj Pedro skłonił się lekko - Sugaar.

          - Przygotujcie transport do Werony, we Włoszech - nakazał ten, który niegdyś zasilał szeregi anielskich chórów,a na imię było mu Sugaar; i usiadł na swoim łóżku w wymiętej białej koszuli nocnej - Muszę zjawić się tam natychmiast.

          - Tak jest - przytaknął lokaj i jak najszybciej oddalił się wykonując polecenie panicza.

          Antonio w tym czasie wstał z łóżka i otwierając swa wielką szafę wielkości dość pokaźnej garderoby, wybrał wygodny strój, w sam raz na podróż w takie upalne dni. 

          - Antoś - stara pani Caroll, stała na lotnisku z którego miał wylecieć jej syn; wpatrując się w niego i jego poważny wyraz twarzy, którego nie powinno być u zaledwie dwunastoletniego dziecka - Wróć do mnie cały i zdrowy.

          - Tego nie mogę obiecać - odparł chłopiec, ale widząc łzy w oczach matki dodał - Nie ja jestem twoim synem. Jestem aniołem, który jest jednym z wielu, które wiele tysięcy lat temu zamieszkiwały Eden. To moje przeznaczenie, którego nie mogę zmienić, choćbym nie wiem jak chciał tego dokonać...

          Pani Caroll przytuliła mocno swojego jedynego syna do piersi rozpłakując się gorzkimi łzami. 

          - Ale dla mnie i tak zawsze będziesz moim małym synkiem, nawet jeśli jesteś kimś nie z tego świata - wychlipała.

          - Wiem, doceniam to - powiedział wtulając się w jej koszulę - Przez tysiące lat inkarnacji nie miałem lepszej mamy.

***

          Ciche odgłosy stykania metalowym kubkiem o ścianę roznosiły się głuchym echem po korytarzach zakładu psychiatrycznego umiejscowionego nieopodal stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni - Tokio. Lekarz, który tego dnia pracował, siedział w prowizorystycznym gabinecie, za który służył mu jeden z nieużywanych już pokoi dla pacjentów. Czytał on ciekawą teczkę, pewnej kobiety, która zagrzewała u nich miejsce już od dziesięciu lat, bez przerwy.

          - Urojenia, wysoce zaawansowana schizofremia, utrata własnej osobowości - czytał lekarz popijając kawę - Hyh, nic nowego - mruknął do siebie, ale zauważając dość ciekawy szczegół w kartotece Yumiko Takasu, przeczytał go niemal na głos - "Uważa się za jednego z zastępów demonów." Hm, ciekawe - przyznał i nie zbaczając na nic wstał z krzesełka i ruszył do ostatniego pokoju bez klamek, w którym siedziała ów kobieta. 

          Zajrzał do środka przez okienko z kratami. Ujrzał około 25 letnią kobietę narodowości Japońskiej. Jej włosy jednak nie były czarne a rude, wręcz zlewające się w czerwień, oczy miałam spuszczone, wpatrując się w ziemie na której siedziała skrępowana skafandrem.

          - A wiec to ty jesteś Yumiko Takasu - powiedział lekarz zapalając papierosa i z czystej ciekawości zapytał: - I uważasz się za demona, prawda?

          - Hai - odpowiedziała krótko.

          - Oj, Yumiko, Yumiko - lekarzyna pokręcił głową.

          - Nie jestem Yumiko, to tylko moje imię nadane dla człowieka - jej głos wydawał się być bardzo spokojny, ale mimo to Japończyk odczuł narastający go niepokój, co bardzo go zaskoczyło, bo jeszcze nigdy nie spotkał się z takim przypadkiem.

          - Co? - mruknął cicho.

          - Me prawdziwe imię brzmi - tutaj momentalnie podniosła głowę wbijając swoje śnieżnobiałe oczy z czerwonymi źrenicami w lekarza a w drugiej chwili rozrywając krępujący ją kaftan i znajdując się przy drzwiach pokoju. Wyciągając dłonie przez kraty chwyciła za gardło mężczyzny - Tengu.

          - Ten-gu - powtórzył zachrypniętym głosem, czując jak silny uścisk kobiety zaczyna go dusić.

          - Wypuść mnie aby cię zabije - warknęła kobieta, a lekarz przerażony całą sytuacją wyjął z kieszeni klucz i otworzył jej "cele".

          Yumiko wypuściła go z rąk i wyszła wreszcie na wolność. 

          - Idę do ciebie, panie mój, Lucyferze - powiedziała z demonicznym pomrukiem.

          Lekarz chwycił za komórkę, lecz nie zdążył nawet wykręcić numeru gdyż telefon został wytrącony mu z ręki a silna dłoń demonicy zacisnęła się na jego gardle.

          - Nie wolno oszukiwać - uśmiechnęła się wrednie coraz mocniej zaciskając dłoń.

          - Litości... - wykrztusił lekarz, lecz jego prośba została całkowicie zignorowana i już chwilę później leżał pod ścianą martwy, wpatrując się niemym wzrokiem w otwartą cele Yumiko.

          - Załatwione - stwierdziła całkiem zwyczajnie strzepując z czarnej koszulki niewidzialny pyłek - Teraz mój cel... Werona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz