Muzyka

sobota, 30 listopada 2013

Axis Powers Academy - Cicho wszędzie, głucho wszędzie

Pierwszy tydzień nauki w międzynarodowej akademii zleciał jak kot z płota, kiedy dostanie młotkiem przez łeb. Lekcje przypominały teleturnieje czy szkołę przetrwania z rodu Bear Grylsa czy Wojciecha Cejrowskiego; prócz literatury, której uczył (jak go nazywała Tsume) Dżermanikdżilla. Literatura przypominała raczej (choć i tak tylko teoretycznie) zwykłą lekcję. Mi osobiście do gustu przypadła historia z Antycznym Egiptem, PO z Mongolią i (ku ogromnemu zdziwieniu Pana Olo) właśnie literatura.

Ta sobota, pierwsza sobota w akademii nie zapowiadała się zbyt interesująco. W sali koncertowej rozbrzmiewała jedna z melodii Chopina. Przy pianinie siedział Roderich, a my z Tsume, na jako takiej widowni.
Spojrzałam na moją Tolkienowską przyjaciółkę. Nie, no, oczywiście leżała głową na ławce i odsypiała dzisiejszą noc (pragnę wspomnieć, że całą noc szwendała się po akademiku z nijaką Elizavetą w celu bliżej nieokreślonym).
– I jak? – Roderich skończywszy grać wstał od pianina i poprosił nas o opinię.
Szturchnęłam Tsume aby się choć trochę przebudziła i dawała pozory, że słuchała tego co grał Austriak.
– Dla mnie spoko – powiedziałam usiłując ukryć chęć porządnego ziewnięcia.
– A ty, Tsume, co o tym sądzisz? – chłopak zwrócił się do mojej współlokatorki.
– Hę? Ja? – wydukała dziewczyna i spojrzała na mnie pytająco.
– Roderich pyta, co sądzisz o tym, co przed chwilą zagrał.
– Aaaaa, o to – Tsume przeciągnęła slaby po czym odpowiedziała szybko i niezrozumiale: – Alejategoniesłuchałam.Nielubiętejmuzyki.Jalubięostregorocka.
– CO? – Roderich zamrugał szybko oczami nie rozumiejąc co mówi dziewczyna, jednakże zamiast konkretnej odpowiedzi, Tsume wyciągnęła Jedyny Pierścień i wsunęła go na palec, a w rezultacie wiecie co się stało. Znikła pozostawiając mnie na pastwę kolejnego koncertu. Nie żebym nie lubiła Rodericha, ale ta muzyka… ja słucham tylko j – popu albo j – rocka.

Po jakiejś godzinie zostałam uratowana przez kółko recytatorskie, które miało próbę na scenie sali koncertowej. Odetchnęłam z ulgą. W końcu musiałam siedzieć z Rodericham prawie cztery godziny. I słuchać Chopina. Chyba już na pamięć znam całe preludium. Skierowałam się więc na stołówkę coś przekąsić. W końcu było już prawie południe.
– Koszka! Poczekaj no moment! – nie no, nawet mi ludzie nie dadzą się w spokoju najeść na stołówce. Ledwo co usiadłam a już obok mnie dosiadł się Iwan.
– Cześć – przywitałam się.
Tak między nami, Rusek był bardzo częstym gościem w pokoju moim i Tsume. Mógł się tam bezpiecznie chować przed siostrą. Było to jedyne miejsce gdzie nie zaglądała Natalia, a dlaczego? Heh… dlatego że Tsume porozwieszała na swojej części pokoju wypchane ptaki, co Białorusinkę wprawiało w dziwny niepokój.
– Chciałbym wam podziękować za pomoc – powiedział Braginski i wyciągnął znikąd sporej wielkości pudełko.
– Mam nadzieję, że to nie wódka…
– Niet. Jest tam coś dla ciebie, Koszka i towarzyszki Tsume. Mam nadzieję, że wam się spodoba. A teraz wybacz, ale muszę lecieć – wytłumaczył Iwan i zniknął w drzwiach stołówki.
Tak też bez jakichkolwiek dalszych rozmyślań wzięłam pudełko od Iwana i ruszyłam do internatu, aby otworzyć prezent razem z Tsume. W końcu jeżeli coś z tam tond wyskoczy i będzie chciało nas zabić, ona wie co robić. Z tego co mówił mi Roderich, po Braginskim można spodziewać się dosłownie wszystkiego, zaczynając na butelce wódki na niedźwiedziu grizli kończąc.
Kiedy wreszcie doszłam do tablicy ogłoszeń w akademikowej części szkoły, usłyszałam:
– Kocie, co ty tam niesiesz? – głos Tsume.
– Prezent dla nas – odrzekłam i spojrzałam na współlokatorkę, lecz zaraz cała czerwona na twarzy dodałam: – Cześć Taurys…
– Labas – uśmiechnął się Litwin i posłał Panu Olo pytające spojrzenie.
Ona jednak zrobiła tylko klasyczny trollface i wskazała na tablice ogłoszeń, gdzie widniały ulotki szkolnych kółek zainteresowań.
– Niech twoje kocie patrzałki nacieszą się tym, albowiem ci fajni uczniowie, w tym ja, zapisują się do ów kółek zainteresowań. Z resztą Licia też.
– ?
– Kółka zainteresowań. Nie słyszałaś o tym? – zapytał Taurys.
– Słyszałam…
– W naszej szkole jest ich bardzo wiele. Niektóre nawet są absurdalne, ale mimo to istnieją – wyjaśnił, a ja zwróciłam wzrok w stronę Tsume, która zawzięcie czytała jedną z ulotek.
– TAK! To coś dla mnie! Kółko ornitologiczne! – zawołała radośnie, porwała listę kółek i chwyciwszy mnie za rękaw zaczęła prowadzić do naszego pokoju.
– Do zobaczenia, Taurys – odwróciłam się na moment.
– Do zobaczenia – pomachał nam na pożegnanie.
Nie, no, ja ją chyba kiedyś ukatrupię, zamorduje jak będzie spała. Bój się Tsume, bój!
– Wiem, że wolałabyś porobić do niego maślane oczka, ale… – trajkotała Tsume zamykając drzwi od naszego pokoju.
– Wcale nie! Wybij to sobie z głowy!
– Oj tam, oj tam…
Usiadłam na łóżku, kładąc prezent od Iwana na podłodze. Miałam złe przeczucia. W końcu jak ona ma pomysł, to trzeba spodziewać się najgorszego.
– Zapisz się na kółko teatralne! – powiedziała w końcu bujając się na krześle.
Chwila moment… tego krzesła rano nie było w naszym pokoju. I coś jakoś nie pasowało do tutejszego umeblowania. Czyżby Tsume znowu coś kupiła na allegro.pl?
– Będziesz występować na scenie. Sława, pieniądze, kariera – niebieskie oczka Pana Olo błysnęły tajemniczo.
– Przemyślę to?
– Nie przemyślisz. Zapiszesz się tam. – ton wypowiedzi mojej Tolkienowskiej przyjaciółki drastycznie zmienił barwę na mroczną, aż mnie ciarki przeszły.
Nie mam zielonego pojęcia o co mogło jej chodzić, ale pokiwałam głową na zgodę. Wtedy też drzwi od naszego pokoju otworzyły się i do środka wpadł Francis i Arthur (jest Anglikiem). Obaj chłopcy tarzali się po podłodze w zaciętej walce.
– Jak ci zaraz przyfasole, to przez kolejny tydzień na tyłku nie usiądziesz!
– Dżentelmen się znalazł! A masz piracie ty!
Francis uderzył Arthura w nos. Anglik upadł na dywan i chwyciwszy za krwawiący nochal spojrzał w naszą stronę. Jego zielone oczka zatrzymały się na Tsume bujającą się na krześle.
– Złaź z niego! To moje krzesło Busby’ego! Zabija każdego kto na nie usiądzie!
– CO?!
Tsume zeskoczyła z krzesła jak oparzona. W sumie dopiero teraz zorientowała się, że ten mebel nie należał do wystroju naszego pokoju. Swój epicki skok zakończyła na bogu winnemu Francisie.
„Masz ci los. Ona zaraz go zabije” pomyślałam i już zaczęłam współczuć Bonnefo’yowi.
Dziewczyna kiedy tylko spojrzała na swoje lądowisko, obudziła w sobie prawdziwego (ogoniastego) demona. Biedny Francis zerwał się na równe nogi z zamiarem ucieczki. Jednakże nie było mu to dane, bo Anglik stanął w drzwiach niepozwalając mu opuścić pokoju. W rezultacie takich poczynań Francuz chwycił mnie od tyłu i przystawił pistolet, zrobiony z palców, do głowy.
– Wypuście mnie z tond, albo pozbawię ją kotowatości – zagroził.
– Nie odważysz się – Tsume przybrała bardzo poważny ton głosu.
– Odważę – fuknął Francis przyciskając mnie mocniej.
– To boli… Francis możesz trzymać mnie mniej brutalnie?
Jednakże Bonnefoy nie zareagował. Kurde, co za jełop. Naprawdę myśli, że tymi palcami.. a nie przepraszam „pistoletem” coś mi zrobi? Ale po chwili przypomniałam sobie przed jaką cechą Francisa przestrzegał mnie Roderich. Osz kurde, ja chce do Taurysa!
– Ani się waż jej tknąć! – w dłoni Arthura pojawiła się różdżka. – Ekspectro patronum!
Z końca magicznego kijka Brytyjczyka wystrzelił bliżej nieokreślony kształt zwierzęcia, które zniknęło w korytarzu. Nie minęła może minuta a do pokoju wszedł Germania. Jego twarz, o zgrozo przypominała dziewczynkę z Egzorcysty. Zza dyrektora wychylił się Litwin i Węgierka.
– Francisie Bonnefoy, co ty, do jasnej cholery, wyprawiasz?! – warknął Germania.
– To nie tak jak pan myśli… – jęknął Francus, ale nie było dane mu się wytłumaczyć, bo Germania wytargał go za ucho z naszego pokoju, przez co zostałam ocalona z opresji.
– Jak się twoi rodzice o tym dowiedzą, to odechce ci się wszystkiego! – po korytarzu odbijał się głos dyrektora. – Jak dobrze, że pan Kirkladn wysłał do mnie swojego patronusa.
– O rany, rany! – Tsume rzuciła mi się na szyję. – Necomi, a już myślałam, że coś ci się złego stanie!
– Nie, no, spoko, żyje… – pociągnęłam nosem, bo myślałam chwile temu, że się popłaczę.
– To ja zabieram krzesło Busby’ego. Na razie – odezwał się Arthur i trzymając mebel zniknął w drzwiach pokoju.
– Co tu się stało? – wymamrotał Litwin.
– Francis – odrzekła Tsume i już wszystko dla wszystkich było jasne.
– Necomi! – Elizaveta z duplikowała gest Pana Olo i uwiesiła mi się na szyi. – Jak dorwę tę france to mu nogi z dupy powyrywam!
W rezultacie posiadania dość sporego obciążenia (czyt. Tsume i Elizaveta) moje nogi ugięły się i z głośnym „ŁUP!” walnęłam głową o podłogę. Aż mnie na moment zaćmiło.
„Cicho wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie? Co to będzie?” Otworzyłam powoli oczka. Osz kurde. Kogo to oczy? Wielkie, niebieskie…. Taurys?!
– A już myślałam, że trzeba będzie Lićka namawiać, żeby obudził śpiącą królewnę sposobem królewiczów – zachichotała Tsume i strzeliła sójkę Elizavecie w bok, z resztą uśmiech Węgierki nie był wcale gorszy niż mojej współlokatorki.
– Wszystko w porządku? – zapytał troskliwie Litwin. – Jesteś cała czerwona.
– Tak, w porządku – odrzekłam dalej leżąc sobie na dywaniku „Hm… nawet miękki”.
I tak nagle postanowiłam sobie wstać nie uprzedzając Taurysa, który nadal pochylał się nade mną. W rezultacie tak wspaniałego postanowienia łupnęłam czołem w jego czoło. Ał, zabolało.
– O rany, przepraszam – powiedziałam kiedy Litwin odsunął się trochę i zaczął rozcierać sobie guza.
– Nic się nie stało – uśmiechnął się. – Ale ty powinnaś zgłosić się do pielęgniarki. Jesteś cała czerwona. Jesteś pewna, że czujesz się dobrze?

– Ale spiekłaś buraka – Tsume nawijała wieczorem to o tym, to o tamtym.
– Skończ ten temat – fuknęłam wyłaniając się zza mangi „Alicja w Krainie Serc”.
– Tam tam ta dam, tam tam ta dam – zanuciła marsz weselny, ale nie dane jej było skończyć, bo moja poduszka skończyła epicki lot na jej twarzy.
– Oj, Necomi, o co ci chodzi? – Pan Olo zwróciwszy mi poduszkę w równie epickim stylu, ukazał trollface.
– Bo wymyślasz niestworzone historie – mruknęłam, wracając do czytania.
– Taaaa… niech ci na razie będzie – Tsume przewróciła oczkami i wskazała na pudełko stojące obok mojego łóżka. – A to co takiego?
– Co? – mój wzrok powędrował w stronę, którą wskazywała dziewczyna. – A no, prezent od Iwana, dla nas.
Chwilę później siedziałyśmy na dywanie i w napięciu grałyśmy w „kamień, papier, nożyce”. No bo w końcu któraś z nas musiała otworzyć to pudełko, a niewiadoma była jego zawartość.

A oto i Pan Olo (zwróćcie uwagę na Jedyny Pierścień i hobbicką pelerynkę :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz