– Hej, Necomi, obudź się.
Lekko otworzyłam oczy. Nade mną stała moja Tolkienowska współlokatorka ubrana już w szkolny mundurek. Zaraz później spojrzałam na zegarek. Za dziesięć ósma?! Z zawrotną prędkością wyskoczyłam z łóżka i wcisnęłam się w nowiutki mundurek. Chwyciłam za plan lekcji i szybkim biegiem ruszyłam przez korytarz na pierwszą lekcję organizacyjną.
Uf, jakie szczęście, że na pierwszych lekcjach nigdy nie są potrzebne zeszyty ani książki, bo musiałabym się pakować i na pewno spóźniłabym się na lekcje. I to już pierwszego dnia. I za pewne nie spóźniłabym się na nią gdyby nie ten nieszczęśliwy traf…
– Ej…
Wpadłam na kogoś, kto wychodził zza rogu korytarza. A dopiero kiedy podniosłam wzrok zorientowałam się, że osobą z którą zaliczyłam zderzenie czołowe to tamten Słowianin, z którym wymieniłam wczoraj spojrzenia.
– Nic ci nie jest? – zapytał pomagając mi wstać z podłogi.
– Nie, nic – zmieszałam się trochę.
Nastała chwila ciszy, która przerwał niski blondyn, będący Polakiem. Zielonooki uwiesił się na szyi przyjaciela i wesoło zagadał:
– Hej. Nazywam się Feliks Łukasiewicz. A mój kumpel, który wszedł ci w drogę to Licia.
– Nie jestem „Licia”. Nazywam się Taurys…
– Toris – poprawił go Feliks i zwrócił się do mnie. – A ty?
– Necomi. Miło poznać. Ale spieszę się na lekcję i…
– No tak. To do zobaczenia.
Bardzo mili. Ale według tego co mówił mi Roderich oboje są w drugiej klasie. Feliks ponoć nie widział świata poza paluszkami a jego przyjaciel, z narodowości Litwin, traktowany był przez niego raczej jak chłopiec na posyłki. Ta… Taurys… rozmarzyłam się i zapewne kolejny raz w ciągu pięciu minut wpadłabym na kogoś, jednakże usłyszałam głos Tsume budzący mnie z rozmyślań:
– Kocie, obudź się!
– Nie śpię – zbulwersowałam się i posłałam współlokatorce spojrzenie godne seryjnego zabójcy. – I nie nazywaj mnie kotem!
– Oj, Neco, nie denerwuj się – dziewczyna chwyciła mnie za rękaw i bezczelnie wtargała do klasy.
Rozkazała mi usiąść w drugiej ławce od okna po czym sama usadowiła swoją wielmożną część ciała na krzesełku obok. W czasie kolejnych dwóch minut, sala zapełniła się w uczniów. Wśród nich rozpoznałam Białorusinkę Natalię, Włocha Feliciano, Lichtensteinównę Lily no i rzecz jasna Elizavetę. Nikogo więcej nie znałam, nawet z widzenia. No tylko ten chłopak w okularach, krzyczący, że jest bohaterem wydał mi się dość… psychiczny…
– Witam na lekcji wychowawczej – do klasy weszła wysoka kobieta ubrana w strój wyciągnięty z czasów Cezara, otoczona gromadką kociaków różnej maści i wielkości. Jak się później okazało, była przez wszystkich zwana Antyczną Grecją, a jej syn (lekko przymulony) przysypiał w ławce przede mną i Tsume, która używszy swojego talentu do wymyślania różnych dziwnych rzeczy, narysowała na plecach Heraclesa (bo tak zwał się ów młodzieniec) niezidentyfikowany obiekt, ze stwierdzeniem, że jest to Gandalf. Próbowałam zobaczyć w tym dziele sztuki wyżej wymienionego czarodzieja, ale moje wysiłki nic nie dały.
Z resztą nie dziwił mnie fakt drzemania Greka. Po pięciu minutach lekcji wręcz każdy pokładał się na ławce. Natalia ostrzyła po cichu noże, oczywiście kiedy doszedł do mnie ten fakt byłam niemało wystraszona. Elisaveta podpierając się rękoma pod brodę usiłowała utrzymać głowę w pionie, która najwyraźniej wolała znaleźć się w poziomie na ławce. Feliciano spał pod ławką, czego nauczycielka o dziwo nie zauważyła. Lily jako jedyna bacznie słuchała każdego słowa naszej jakże wspaniałej wychowawczyni. Nasz klasowy „Hero” ciamkał lody waniliowe, co spotkało się z zerową reakcją pani Grecji. A Tsume… Tsume leżała na ławce z głową zwróconą w moją stronę i szczerzyła swoje białe ząbki w szerokim uśmiechu. A że wcale nie mrugała zaczynałam się jej powoli bać. To naprawdę było przerażające…
– Necomi – szepnęła.
– Hę? Co?
– Kiedy przerwa?
Wzruszyłam ramionami na znak, że nie mam zielonego pojęcia. Nie miałam przy sobie zegarka ani żaden takowy nie wisiał na żadnej ze ścian klasy. Tak też lekcja wychowawcza, na której dowiedzieliśmy się tego i owego o naszej międzynarodowej akademii, zleciała bardzo powoli. A dzwonek na przerwę był zbawieniem.
Z klasy wyszłam razem z Tsume, która zmieniła temat z „Jak łatwo zrobić na chemii samozapłon” na temat „Co teraz mamy za lekcję”.
– Według planu powinna być… eee…
– Daj mi to – Tsume porwała plan lekcji i zaczęła go bardzo dokładnie studiować.
W między czasie rozejrzałam się po korytarzu. Ludu więcej niż w mojej starej szkole. Ta… ci których nie znam i ci, których kojarzę z opowieści Rodericha. No i ten Litwin – Taurys.
– Necomi! – moja Tolkienowska współlokatorka obudziła mnie ze „snu” i spojrzała na mnie z wielkim znakiem zapytania na twarzy. – Widzę, że ewidentnie albo masz coś do Lici, albo do Felcia. Ale sądząc po porannym zderzeniu czołowym, to do tego pierwszego.
Powoli odwróciłam głowę w jej stronę. Tak, prawda, zapatrzyłam się w stronę Polaka i Litwina, ale to jeszcze o niczym nie świadczy.
– On się nazywa Taurys! – mruknęłam. – Gdzie mamy teraz lekcję?
Po lekcji gastronomi z Dziadziem Rzymem, przypominającej raczej spartańskie pobojowisko, historii poprowadzonej przez Antyczny Egipt (była kobietą dla ścisłości), która ukazała nam wszystkim „piękno” wielkiego Tutenhamona, Literaturze z Germanią i geografią z panem Saksonią, nadszedł czas na obiad.
– Nie sądziłam, że to jest jadalne – burknęłam kiedy razem z Tsume usiadłyśmy przy jednym ze stolików i wspominałam dzisiejszy jadłospis. – Pasta, ślimaki escargot i coś co przypominało breję niemieckich kartofli. A na deser angielski pudding.
– Ty czytasz? – spojrzałam zdziwiona na Tsume, która zgłębiała historię zawartą w księdze „Merde! Rok w Paryżu”.
– Nom…
Wtedy obok niej dosiadł się blondwłosy chłopak. O ironio, był Francuzem. Tsume wyłoniła się zza książki i zerknęła na tego jegomościa. Po czym zatrzasnęła książkę i z całej siły zdzieliła chłopaka po głowie, który z głośnym „Jau! Merde!” znalazł się na podłodze i zaczął rozcierać sobie guza powstałego w akcie miłosierdzia dziewczyny.
– Tsume, co do?…
– Ach, to – jasnowłosa wróciwszy do czytania, szturchnęła nogą lamentującego Francisa (bo tak się zwał). – Na widok Francuzów mam odruch wymiotny… i odruch wojskowy też.
– Nie ma w tobie za grosz miłości! -Francis powstał z podłogi i fuknął na nią.
– A ty nie masz za grosz… – Tsume zacięła się na moment.
– Widzisz! Nawet nie potrafisz nic wymyślić! – zaśmiał się Bonnefoy, lecz nie dane mu było radować się tą chwilą bo hobbicka natura Pana Olo dała się we znaki i broniąc honoru, Tsume zerwała się z krzesła i zaczęła gonić Francisa z okrzykiem:
– Jak cię dorwę to poznasz gniew mój i tej książki! Za Narnię i za Aslana!
Rany, mam nadzieję, że Tsume nie zrobi mu krzywdy tą książką. Słyszałam o przypadkach zadźgania rogiem wyżej wymienionego przedmiotu. Nie wyglądało to za ciekawie.
Tak też po obiedzie byłam zmuszona samej spenetrować korytarze szkoły i akademiku. Szkoła duża. Korytarze długie, zakręcone. Ściany wszędzie w jednym kolorze. Zero znaków rozpoznawczych. Więc proszę się nie dziwić, że zabłądziłam gdzieś chyba na piętrze w akademiku. Tak też usiadłam sobie zrezygnowana na ławeczce pod ścianą i myślałam jak do jasnej cholery mam wrócić do mojego pokoju.
– Co tu robisz? Zgubiłaś się? – nagle doszedł mnie głos Taurysa.
Zwróciłam głowę w jego stronę. Stał przed drzwiami zapewne swego pokoju, który dzielił z Łukasiewiczem. Jednakże z tego co mi było wiadome nogi Feliksa odmówiły posłuszeństwa na w-fie i Polak wylądował u szkolnej pielęgniarki z nadwyrężoną kostką.
– Jak widać – odrzekłam cicho.
Było mi głupio. No żeby zgubić się w szkolnym internacie. Co za wstyd. Dałabym sobie rękę uciąć, że wtedy Litwin uśmiechnął się pod nosem. Na brawo, Necomi, śmieją się z ciebie.
– To wstawaj, zaprowadzę cię do twojego pokoju.
Baz żadnych sprzeciwów wstałam z ławeczki, a Taurys zniknął na moment w swoim pokoju. Wziął więc narzutę od mundurku i poszliśmy. Po drodze zaczął mi objaśniać jak łatwo się nie zgubić w tutejszym labiryncie.
– Wystarczy spojrzeć na podłogę – Litwin wskazał ręką na podłogę, która przypominała pas ruchu na autostradzie z kierunkami „pokoje chłopców”, „akademia”, „pokoje dziewcząt”. No pięknie teraz nie dość, że wyszłam na niezorientowaną w terenie, to jeszcze głupią.
– Z resztą, przyzwyczaisz się – uśmiechnął sie przyjacielsko.
– Miejmy nadzieję…
No i tak według podłogowych drogowskazów, Taurys zaprowadził mnie przed same drzwi pokoju, w którym mieszkałam razem z Tsume.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmił. – Do środka trafisz sama.
– No, to dzięki, Taurys – podziękowałam i czując, że jestem na 100% czerwona, zniknęłam szybko za drzwiami pokoju, gdzie czekała na mnie uchachana Tsume siedząca na swoim łóżku i bawiącą się czymś co było moim pluszowym tygryskiem, którego wożę wszędzie przy sobie.
– Necomi! Gdzieś ty była? – zapytała na wstępie i zorientowawszy się, że mój wzrok przypomina wzrok Natalii, odłożyła tygryska na moje łóżko.
– No… zgubiłam się na piętrze, u chłopaków…
– Co ty? Lici szukałaś?
Nastała chwila ciszy, którą przerwał psychiczny śmiech Tsume. Zaczęła niekontrolowanie tarzać się po łóżku, a w rezultacie takich poczynań zleciała na podłogę. Mimo to, śmiała się dalej.
– I czego rżysz jak ten koń? – fuknęłam i zamachnęłam się w jej stronę poduszką, ale nie trafiłam bo zrobiła unik godny polskiego bramkarza, w którego kierunku nadlatuje piłka.
– Bo na słowo Licia, Toris bądź Taurys, robisz się cała czerwona – Tsume ponownie parsknęła śmiechem.
– Giń przeklęty bycie! – po raz kolejny zamachnęłam się poduszką celując w współlokatorkę.
Tsume jednakże wyciągnęła zza pazuchy Jedyny Pierścień i wsunęła go na palec, co spowodowało jej natychmiastowe zniknięcie. Ale dalej słyszałam śmiech.
– Tsume, cholera jasna!
– Nie denerwuj się kocie. Złość piękności szkodzi.
Chihot Pana Olo lekko ustał, a drzwi od pokoju otworzyły się na moment po czym zamknęły. Cóż, gdybym ją widziała stwierdziłabym, że wyszła. Ale skoro w tym momencie była niewidzialna, trudno mi było to określić, więc wzięłam się za pisanie pracy na lekcje literatury.
Pokoju nie opuściłam do wieczoru, usiłując stworzyć wiersz o używalności krzeseł urzędowych na literaturę. Niby rzecz banalna, ale łatwo powiedzieć trudniej zrobić.
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi, które od razu otworzyły się z głośnym hukiem i do środka wbiegł wysoki, jasnowłosy chłopak o fioletowych oczach i długim szaliku.
– Ta… proszę… wejdź… rozgość się… – bąknęłam cicho z wyrzutem w głosie.
– Towarzyszko Koszka, ukryj mnie gdzieś! – powiedział Rosjanin kierując sie w głąb pokoju gdzie znajdowała się szafa przywieziona przez Tsume. Miałam powody aby sądzić, że jest to droga do Narnii…
– Ta… ależ oczywiście, możesz wejść do tej szafy – stwierdziłam, kiedy chłopak zatrzasnął drzwiczki od mebla.
Dosłownie w ostatniej chwili, bo do pokoju wpadła wściekła Białorusinka.
– Gdzie jest Iwan?! – niemalże, że krzyknęła.
– Wysoki, jasne włosy, fioletowe oczy, nos jak kran i długo jasnoróżowy szalik?
Natalia skinęła głową.
– Nie widziałam.
– To jak go spotkasz, przekaż mu, że ma się ze mną ożenić.
– Dobrze, przekaże – odpowiedziałam, a posiadaczka dużej kolekcji noży opuściła pokój, mijając się w drzwiach z Tsume, która powróciła z dalekiej podróży pokemon.
– Co to było? – zapytała jasnowłosa wskazując na drzwi gdzie przed chwilą stała mordercza Białorusinka.
– Natalia szukała brata – wzruszyłam ramionami.
– A ty nie wiesz gdzie on jest? – zapytała z nadzieją w głosie.
– W twojej szafie.
– CO?!
W tym właśnie momencie drzwiczki od szafy uchyliły się i ze środka wyleciał Iwan upaprany śniegiem i świerkowym igliwiem.
– I nie wracaj tutaj, kołchozie! – usłyszeliśmy głos dochodzący z głębi szafy, po czym ktoś od środka zatrzasnął mebel.
Pierw spojrzałam pytająco na Iwana, a później na Tsume. Dziewczyna podrapała się po głowie i stwierdziła:
– No i znowu będę musiała przebłagać Królową Śniegu, żeby mi wyrobiła wizę do Narnii.
Ha! Wiedziałam! Ta szafa była bramą do tej bajkowej krainy.
– Spasiba Koszka – podziękował Rosjanin. – Spasiba Tsume – wyciągnął zza pazuchy butelkę rosyjskiej wódki. – A to w ramach wdzięczności – Po czym opuścił nasz pokój.
– Ja tego nie wypiję – oświadczyłam, kiedy Tsume wzięła butelkę ze stolika.
– Ja też nie. Ale wiem kto chętnie to zrobi – dziewczyna podszedłszy do szafy i uchyliwszy drzwi, wrzuciła do środka flaszkę i krzyknęła w jej głąb:
– Tumnus! Niespodzianka!
A oto NecoMi (po prawej) i jej Tolkienowska współlokatorka Tsume (po lewej). – Drapie się po głowie – jak dobrze, że narysowałam to przed doprowadzeniem ręki od stanu nieużywalności.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz