Muzyka

sobota, 30 listopada 2013

Ośrodek św. Fafrocha - Prezentacja Grup

Na ośrodkowym zegarze wybiła godzina 21, czyli godzina od której obowiązywała cisza nocna. Tej nocy na straży miał stanąć jakże rozgarnięty Antonio, potocznie zwany także Hiszpanią.
Cóż, posiedzi tu przez godzinę, odbębni swoje i pójdzie spać. Chwycił więc za gazetę (zapewne pożyczoną od Francji) i już chciał zacząć czytać gdy nagle doszły go bliżej nieokreślone odgłosy wydobywające się z pokoi grupy Armii Czerwonej. Stuki, póki, muzyka. Nic nie pozwalało mu się skupić na tym co zamierzał robić. Co prawda próbował to ignorować, ale do czasu…
– Co wy do cholery tu robicie?! – Tosiek wpadł do jednego z pokoi niczym huragan Irena, a pokój ten zajmowały: Patrycja, Marlena, Karolina, Julia i druga Patrycja, Pyśką zwana.
– Nic. – stwierdziły równocześnie lokatorki apartamentu prezydenckiego, a oczy Hiszpanii dokładnie omiotły rozgardiusz pokoju.
Wszędzie walały się ciastka, serpentyny i konfetti (ciekawe skąd?). A dziewczyny zamiast spać urządziły sobie (pijańską) balangę.
– To już się boję pomyśleć co spotkam w drugim pokoju… – wymamrotało państwo słońca. – Jesteście nieodpowiedzialne.
– Że co proszę? – zbuntowała się dama nazywana przez tutejszych kolonistów Pyśką. – Sam jesteś nierozgarnięty i nieodpowiedzialny, ćwoku, ty!
– Wyrażaj się, młoda damo. – odfuknął Hiszpania, ale w tej chwili pod jego adresem posypała się przepiękna, długa wiązanka przekleństw wszelkiej maści.
– Zabieraj rzeczy, pościel i chodź za mną. – rozkazał Antonio. – I to w trymiga!
Pyśka wykonała polecenie z dużą liczbą sprzeciwów, przekleństw i innych tego pochodnych. Ruszyła za opiekunem do drugie pokoju Armii Czerwonej. Hiszpania otworzył drzwi. Panował tam jeszcze większy burdel niż w sąsiednim pokoju.
– Ty. – wskazał w stronę Jagody, która już na wpół spała i na pół pisała, była też chyba jedyną niewinną tego chaosu jaki panował wszem i wobec. – Bierz rzeczy, pościel i zasuwaj do tamtego pokoju.
– A co ja zrobiłam? – Jadźka przebudziła się w sekundę ale widząc złowrogi wyraz twarzy Hiszpanii, zaprzestała buntu i spakowała swoje rzeczy (między innymi nóż, scyzoryk i latarkę, które trzymała pod poduszką), wzięła pościel i wyniosła się do sąsiedniego pokoju Armii Czerwonej, a Pyśka zajęła jej miejsce.
Nowa lokatorka odprowadziła iwanowym wzrokiem Tośka do drzwi.

– Co ty, kurna, robisz, jełopie? – mruknął niezbyt zadowolony Romano (tak, a kiedy on ma dobry humor?) podczas śniadania, kiedy twarz Hiszpanii dryfowała w mleku wydając raz po raz odgłosy przypominające „bul, bul, bul”.
– Odsypiam… bul… – zabulgotał Tosiek, który nie zmrużył w nocy oka nawet na chwilę pilnując porządku.
Dzień zapowiadał się świetnie. Słonko świeciło, ptaszki śpiewały, wszyscy koloniści byli żywi. Ah, jak cudownie…
Francis usiłował nakarmić tchurzofredkę imieniem Cichacz (która co prawda była patronem tego ośrodka, ale mniejsza z tym, dla Francji było to jego kochane futrzaste zwierzątko). Anglia ze stoickim spokojem pił Liptona i czytał Times’a. Ameryka powróciwszy z KFC zażerał kubełek skrzydełek, na co Gilbert prychnął coś w rodzaju:
– Jak tak można?
Północna połówka Włoch wesoło wierzgając pod stołem pożerała misie – żelki, które otrzymała od Ludwiga w prezencie. Toris (już normalny. Choć…) zajadał z uśmiechem bułki z marmoladą, a Feliks wcinając paluszki (firmy „Felix” oczywiście) przypatrywał mu się. Białoruś uczepiona szalika brata, konsumowała go wzrokiem. A Austria dla ciekawej odmiany zamiast umilać wszystkim czas Chopinem, umilał czas Mozartem.
Cóż, tego dnia śniadanie wyglądało dość zjadliwie, nawet było smaczne. Albo kucharki zaprzestały prób pozbawienia życia kolonistów albo dostały objawienia i zaczęły dobrze pichcić. Choć kto je tam wie…
– Ja tego nie tknę. – mruknął Ameryka wskazując na kanapkę przygotowaną przez Arthura, za to kolejny hamburger zniknął w jego przełyku.
– Daj spokój, Amerika. – Anglia spojrzał na niego zza gazety.
Spiorunowali się spojrzeniami. I już obaj panowie zerwali się z krzeseł aby skoczyć sobie do gardeł. I zapewne tak by się stało, gdyby nie topór Danii, który przeleciał im przed nosami i zatrzymał się w przeciwległej ścianie powodując w niej dość spore pęknięcie.
– Spokój! – ryknął Matthias, który wkurzył się zaistniałą sytuacją, bo od samego rana Norek wcisnął go w strój japońskiej pokojówki.

– No dobra dziatki, dzisiaj zrobimy coś totalnie zafelistego! – oznajmił Polska podczas dzisiejszego, porannego apelu organizacyjnego. – Nie będzie żadnego wyjazdu, ani nic z tych rzeczy. Albowiem…
– Matko, Feliks do rzeczy. – stwierdził Anglia dając wrażenie zniecierpliwionego.
– Empirycznie, paradoksalnie, twierdzę gdyż, iż ponieważ… – Łukasiewicz zparodiował parodię „Rancza Wilkowyje”, którą oglądał ostatnio na youtube. – Dzisiaj będziecie mieć prawie wolne. Będziecie mieć zajęcia z opiekunami grup, takie integracyjne gdzie będziecie musieli wykminić jak zaprezentować swoją grupę. Wasze prezentacje wieczorem będzie oceniać jury. Dla najbardziej kreatywnych będą nagrody. Ale zanim to, Matthias sprawdzi czystość.
Jak na rozkaz zza drzwi wypadł wściekły Dania wymachując toporem na wszystkie strony. Z zawrotną prędkością odwiedził wszystkie pokoje kolonistów, potykając się co róż w swoich wysokich szpilkach. Po czym ponownie pojawił się w holu głównym, z głośnym „SRU” zrzucił z siebie strój japońskiej sprzątaczki i w samych gaciach i podkoszulce (damskiej co prawda) zniknął na piętrze gdzie znajdował się jego pokój.

– Dlaczego nie możemy po prostu zaśpiewać piosenki? – zapytał Zdzichu na zebraniu Hirołsów McDonalda, podczas którego Ameryka ukazał im przewspaniały plan zaprezentowania ich grupy.
– Ale co ci w tym nie pasuje, mój drogi Zdzisławie? – Ameryka wskazał BigMcem na tablice (co prawda był to kwadratowy kształt narysowany na ścianie, ale trzeba sobie radzić w dziczy, prawda?) gdzie widniał jako taki plan działania.
– Wszystko. Taniec w obcisłych strojach supermana przy akompaniamencie McRapu. – wyjaśnił chłopczyna. – To absurd.
Poparło go głośno kilku kolegów, ale widocznie dla USA nie było to wystarczające tłumaczenie, bo w jego rękach pojawił się kosz z przebraniami super bohatera, które zaczął rozdawać podopiecznym.

Podopieczne Rosji zebrały się w jednym z pokoi grupy Armii Czerwonej, zamieniając przy okazji z powrotem zameldowanie Pyśki i Jagody. Ich wyrazy twarzy wskazywały na to, że żadna z nich nie jest zachwycona uczestnictwem w takim konkursie z Rosją jako opiekunem. Normalką było to, że brakowało Gośki.
– Już się boję pomyśleć co ten Rusek wykmini pod wpływem alkoholu. – mruknęła Debora i wszystkie jednocześnie mimowolnie spojrzały w stronę Jagody, która notowała coś zawzięcie w swoim zeszycie.
– Jadźka, co ty robisz? – zapytała Izka lecz szybko tego pożałowała.
– Komponuje reczital. Zaprosimy Chada, żeby z nami zaśpiewał. Wtedy wygramy a ja stanę się panią Kroeger. – psychopatyczny śmiech jagody był tak… psychiczny i zalatywało od niego mrokiem, że jej koleżanki przeszedł lodowaty dreszcz.
Wtem drzwi od pokoju otworzyły się i do środka weszła Gośka wraz z (lekko) spitym Iwanem.
– Zdratwujtie towarisze. – mruknął wesoło Rosja i padł plackiem na pierwsze wolne łóżko, roznosząc wokół siebie przyjemny zapach rosyjskiego trunku, znanego wszystkim powszechnie jako wódka.
Dziewczyny spojrzały pytająco w stronę Gośki. Coś tutaj nie grało tak jak powinno i wcale nie chodziło im o upitego Iwana (choć, rzeczywiście, ponoć nie da się upić Braginskiego).

– To wspaniały pomysł! – zawołali radośnie chłopcy z drugiej grupy podrzucając Feliciano aż do sufitu.
– Ve Ve Veee… – radował się Veneciano lądując na podłodze, bo chłopcy wyczerpali swoje pointy życiowe.
Włochy Północne powstał dzielnie na nogi, wskazał widelcem od makaronu bliżej nieokreślony kierunek i rzekł uroczyście:
– Albowiem tak rzecze prorok nasz najświętszy Boloneze przez braci swych wiernych zwany, że gdy tylko okazja się nadarzy czcijmy boga naszego jedynego Latającego Potwora Spagetti.
Chłopcy, z Radkiem na czele, za wiwatowali radośnie.

– No dobra żołnierze. – Ludwig maszerował po pokoju swoich podopiecznych niczym żołnierz (no w końcu nim był). – Musimy zrobić coś oryginalnego, aby zwyciężyć jak prawdziwi towarzysze broni… Tak? – skinął głową w stronę Agnieszki, która już dobre 10 minut czekała z podniesioną ręką.
– Mam pomysł. Zatańczmy poloneza.
– Nein! Nie ma mowy. – Niemcy przecząco pokręcił głową. – To musi być coś naprawdę kulturowego.
– Polonez?
– NIE!

– Ja już zaproponowałem co możemy zrobić. – oznajmił Japonia siedząc na dywanie w środku koła utworzonego przez jego milusińskich.
– Ale… czy to na pewno dobry pomysł, Kiku – sensei? – zapytał cicho Piotrek. – Jak każdy będzie robić to co chce, to będzie chaos.
– Oczywiście. Każdy jest inny i ukarze swą inność. – odrzekł Japonia i po krótkiej chwili ciszy jego podopieczni poparli go głośno, ale jednak cicho.

– Khem, khem. – odchrząknął Kanada wchodząc do pokoju grupy, której był opiekunem. – Jestem już.
Dziewczynki czując zdezorientowanie (bo przecież na wstępie nie zauważyły państwa) rozejrzały się wokół i nareszcie orientując się, że ich opiekun jest w pokoju utworzyły wokół niego i misia kółko na dywanie.
– Tak… – mruknął brat Alfreda czując sie dość nieswojo, przecież w końcu zauważyło go bardzo dużo osób naraz, co przydarzyło mu się pierwszy raz w jego jakże długim życiu. – Co proponujecie?
Dziewczynki rozejrzały się wokół, spojrzały po sobie po czym odezwała się Zosia:
– Żeby wziął pan Rutinoscorbin, bo jakoś pan niewyraźnie wygląda…

Feliks siedział u siebie w pokoju. Myślał. Obok na krześle kiwał się Prusy. Tak, to było dziwne. Polska i stary Zakon Krzyżacki są w jednym pomieszczeniu i (jak na razie) nie skaczą sobie do gardeł (chyba naprawdę zbliża się koniec świata – pomyślał czytelnik).
– No, pruska mendo. – odezwał się Łukasiewicz (a czytelnik odetchnął z ulgą utrwalając się w przekonaniu, że koniec świata tak szybko jednak nie nadejdzie). – To musimy wykminić coś na nagrodę.
Gilbert zastanowił się na moment, podrapał się po głowie po czym chciał już coś powiedzieć, lecz w słowo wszedł mu Polska:
– Nie możemy dać piwa… ani granatów…
Niemcy Wschodnie westchnął zrezygnowanie i z powrotem zaczął się kiwać na krześle, które z głośnym „ŁUP!” zwaliło się na podłogę, a wraz z nim Prusy.
– Scheiße!
– Gilbert! Co ty wyprawiasz?! – fuknął Feliks odwracając się w drugą stronę chciał zdzielić prusaka paluszkami, lecz zorientowawszy się, że ten leży na podłodze z dziwnie wykrzywioną głową wybuchł niekontrolowanym śmiechem.
– I czego rżysz jak ten koń, Polen? – burknął Gilbert wstając z podłogi. – Zajmij się lepiej wymyślaniem nagrody.
– Oj tam. Oj tam…
– A niech cię szlag, Poland! – dobiegł ich głos Arthura, którego pokój znajdował się za ścianą. – Zabiłeś mi jednorożca!

Ogólnie w środku św. Fafrocha panował chaos. Po korytarzu walały się farbki, papiery, pędzle, kredki, serpentyny, konfetti, resztki ciasteczek, niedopałki bliżej niezidentyfikowanych przedmiotów i puste butelki po wódce. A wśród wszystkich tych klamotów, odpadków i… fafrochów dryfował Francja z zwierzątkiem na ramieniu. A jego misją było… no dobra nic nie było, chciał po prostu podglądać prace kolnistów.

– Czy wam też się zdaję, że ten obiad wygląda całkiem przyzwoicie? – mruknęła podejrzliwie Gośka spoglądając na swój talerz z kartoflami (wielka radość Ludwiga!) sałatką i schabowym.
– Oj, nie marudź. Nareszcie mamy coś zjadliwego, a tobie znowu wszystko nie pasuje. – stwierdziła Izka i wszystkie jednomyślnie zaczęły konsumować TO co nareszcie przypominało posiłek zwany potocznie obiadem.
Nagle wszystkich obleciało dziwne uczucie mające na celu zmusić wszystkich obecnych na spojrzenie w kierunku drzwi, w których stał znerwicowany Romano. Na twarzy południowej połówki Włoch malowała się złość, nerwy i coś co zapewne w prostym tłumaczeniu oznaczało: Tosiek, ty jełopie, zaraz cię zabije! Tak też nie zdziwi nikogo fakt, że Hiszpania zerwał się ze swojego siedzenia, odczekał chwilę aby sprawdzić co dalej zrobi jego włoski koleżka, po czym chwycił za pierwszego lepszego pomidora do ewentualnej obrony przed napastnikiem.
– Grrrr… – mruczący Lovino ruszył pewnym krokiem w stronę byłego szefa, szczerząc przy tym swoje białe ząbki myte codziennie Colgeitem.
– Rrromano… c… co ty chcesz zro… – mamrotał Antonio naprawdę wystraszony zaistniałą sytuacją.
Wyżej wspomniany osobnik będący południową Italią stanął przed Tośkiem i z całej siły jaką posiada przy grzmocił mu w zęby, a w tle dało się słyszeć coś w stylu:
– I żebym już nigdy nie widział od ciebie kwiatów!
Nastała chwila ciszy…
– Wolę pomidory…

– Witam na… konkursie! – oznajmił wieczorem Austria, który z niewiadomych względów przejął dowodzenie nad kolonią. – Za moment zaprezentujecie swoje grupy, ale za nim to poznajcie jury.
Roderich wskazał kulturalnie w stronę ławki gdzie siedziały cztery osoby: panienka Węgry, Białoruś, Litwa i Holandia. Cóż za zróżnicowanie. Jury pomachało radośnie do wszystkich.
– Grupa która zaprezentuje się najciekawiej otrzyma wspaniałą nagrodę niespodziankę ufundowaną przez Polskę i Prusy.
Tutaj oczy wszystkich powędrowały na stolik gdzie znajdował się wielki pakunek zawinięty w kolorowy papier, ale nigdzie nie było sponsorów. Lud zebrany spojrzał nieco niżej. Ah, i są sponsorzy nagrody. Co prawda tarzali się po ziemi w zaciekłej walce z próbą mordu na tym drugim, ale to nie robiło zbytniej różnicy.
– Pierwszych zapraszam… – Austria przyjrzał się napisowi na kartce, poprawił okulary i dokończył. – Drużyna Trzecia, proszona na scenę.
Na scenę wysunął się nieśmiały Japonia ubrany w kimono. Ukłonił się i zaczął opowiadać:
– Opowiem wam starą japońską legendę o smoku mieszkającym na dalekiej, dalekiej północy kraju, gdzie na pewno nie leży śnieg i wieje halny wiatr. Ojczyzna smoków. Ich wygląd i siła budzą strach i grozę bowiem nie wiedziano co zaraz wymyślą…
W czasie opowieści Kiku jego podopieczni skakali po scenie. Jeździli rowerami. Robili fikołki. Strzelali z procy. Rysowali. Śpiewali. Krzyczeli. Chaos konkretny. Jury zapisało coś w notesach i na tym zakończył się występ.
Następnie na scenę zaproszono grupę Toronto. Jednakże na samym wstępie wyszły tylko dziewczynki.
– A gdzie wasz opiekun? – zapytała panienka Węgry rozglądając się, ale dostrzegła tylko lewitującego białego misia.
– Widzi pan, mówiłam, żeby wziąć Rutinoscorbin. – Zosia podeszła do niewidzialnego czegoś i podała temu czemuś paczkę tabletek.
Po chwili dało się słyszeć ciche pstryknięcie i dwie żółte tableteczki poszybowały w górę znikając nagle. W ten czas na scenie między dziewczynkami pojawił się Kanada w pełni widzialny i czkający, bo dostał czkawki z nerwów.
– Kim jesteś? – zapytał ktoś z tłumu, zapewne Alfred.
– Jestem Kanada. Alfredzie jestem twoim bratem. – oznajmił Williams używając Lordowo Vaderowego tonu głosu, gdy ten oznajmiał, że jest ojcem Lucka.
Kolejne na scenę wyszły podopieczne Ludwiga z niezbyt zadowolonymi minami. Rzeczywiście nazwę grupy miały prześwietną – Wursty Niemieckie, a sądząc po ich minach występ dorównywał nazwie.
– Jol lio lili chu! – zajodłował Niemcy, a jego podopieczne zaakompaniowały mu resztę jakże ciekawej melodii.
Jury nie wyglądało na zachwycone.
Nadeszła kolej Feliciano i jego paścianych chłopców. Włochy Północne wyszedłszy na scenę otworzył starą księgę napisaną sosem boloneze i zaczął śpiewać psalm, a chłopcy po chwili dołączyli się:
– Dziś nowina wesoła,
Dla naszego kościoła,
Prorok nasz powrócił z podróży,
Stanął on bowiem w sosu kałuży,
Wewnętrzną pastę osiągnął, co wielu się nie udało,
Bo w pastę wiary mieli za mało.
Latający Potwór Spagetti zbawi nas!
I da nam w paścianym niebie nowy czas. –
Pieśń zasłużyła na gromkie brawa, i szczerze mówiąc jak na razie był to jako taki występ, który można było uznać za… występ?
Kolejni, i już przed ostatni na scenę wysunęli się nasze Hirołsy. Co prawda była to najmniej liczna grupa, ale było widać, że bardzo napracowali się nad swoim występem w szczególności z powodu wciśnięcia się w obcisłe stroje super bohaterów.
– Tak jak Bolek i Lolek, Tytus, Romek i A’Tomek. Dzieci Supermana. Tak jak Batman, Spiderman i Harry Potter! – Ameryka śpiewał swą pieśń o bohaterach a Zdzichu i reszta tańczyła tańce połamańce (Gangam Style?).
No i nadszedł czas na ostatni występ. Występ Armii Czerwonej. Iwan lekko wychylił głowę zza kurtyny, co nie uszło uwadze Białorusi, która z głośnym – Iwan pobierzmysiępobierzmysiepobierzmysię – wpadła na scenę kiedy tylko występ miał się rozpocząć. Rosja wyleciał zza „kulisów” z piskiem (Mateczko Słowiańszczyzno, uratuj mnie wreszcie!). Podopieczne Braginskiego nie wiedząc co robić ruszyły biegiem za Białorusią, oczywiście prócz Jagody. Jadźka albowiem próbując ocalić występ wyciągnęła jakąś pomiętoloną kartkę z kieszeni i zaczęła śpiewać reczital skomponowany dla Chada. Oczywiście i ten występ okazał się być wielką klapą.
Jury (bez Białorusi, ona miała ciekawsze zajęcie – dla odmiany oświadczyła się po raz dwudziesty tego dnia Rosji) zniknęło na moment w gmachu ośrodka aby się naradzić. Kiedy wrócili głos zabrała panienka Węgry:
– Otóż, po długich dyskusjach. Zdecydowaliśmy wręczyć nagrodę główną osobie, która prezentowała się najlepiej podczas konkursu. A jest nią Roderich!
Nagle wszyscy biorący udział w konkursie zwrócili głowy w stronę Austrii, który wydawał się być zadowolony z siebie. Cisza ogarnęła wszystkich na moment. Feliks i Gilbert spojrzeli po sobie po czym ich wzrok powędrował na nagrodę.
– Nie oddam TEGO, temu bufonowi. – mówiły zielone ślepka Felcia.
– Ja też nie, zbyt ciężko TO wymyślaliśmy. – na czerwonych tęczówkach Gilberta pojawił się ten zaborczy wyraz.
Oba państwa w zgodzie (o nie, a jednak koniec świata nadchodzi – czytelnik wzniósł ręce ku niebiosom i zaczął prosić o łaskę) porwały pakunek ze stolika i wyrywając go sobie (moja prośba została wysłuchana – ucieszył się czytelnik) zniknęli w budynku ośrodka.
– Iwan nie wygrał? – zbulwersowała się Natasha a jej ciemne oczka przybrały psychopatyczny odcień granatu.
Pochwyciwszy za pogrzebacz (ciekawe skąd on sie tam wziął?) zaczęła gonić Rodericha, który postanowiwszy jeszcze trochę pożyć wziął nogi za pas.
Wtem wszyscy chwycili się za brzuchy. Dało się słyszeć odgłosy przypominające stękanie z bólu. Jedyny rześki pozostał Ameryka.
– A mówiłem, że lepiej nie wierzyć kucharką. To jedzenie było podejrzane. – stwierdził F. Jones, który jako jedyny dzisiejszego dnia nie tknął niczego z ośrodkowej kuchni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz