Witam (o ile ktoś to czyta)…
Przed wami krótki ffick z cyklu „Litwa w domu Rosji”. Nie jest to śmieszne czy coś, ale natchnęło mnie jakiś czas temu żeby napisać takie… coś. Przed państwem „Coś tutaj było nie tak”.
Słońce wpadało przez uchylone okna jeszcze lekko zasłonięte fioletowymi zasłonkami, które powolutku falowały czując na sobie wiosenny wiaterek. Jednakże kiedy wyjrzało się na dwór, dom nadal otaczał biały puch. W tym dość odosobnionym miejscu na Ziemi śnieg leżał cały rok.
Brązowowłosy Litwin właśnie się obudził. Leżał w błękitnej, jedwabnej pościeli w swoim łóżku. Co prawda nie do końca swoim, bo znajdowało się w willi Braginskiego, ale to nie to samo co Litwa, prawdziwy dom.
Toris przewrócił się na drugi bok aby nie widzieć drzwi. Westchnął głęboko i wreszcie zdecydował się wygramolić z łóżka. Ubrał spodnie, białą koszulę, zawiązał zielony krawat i wsunął na nogi wojskowe buty. Dzień jak co dzień. Kolejna doba pod rosyjskim zaborem, nic więcej.
Litwin rozsunął zasłony i spojrzał na śnieg, który aż raził oczy swoją białością. Ujrzał Iwana, radosnego, uśmiechniętego. Lepił bałwana? Ah, jak słodko wyglądał. Całkowicie jak małe dziecko radujące się każdą chwilą spędzoną na śniegu. O dziwo nie było z nim ani Łotwy ani Estoni. Coś tutaj było nie tak.
Laurinaitis zarzucił na siebie zieloną kapotę i wyszedł z pokoju. Ruszył do kuchni przygotować sobie śniadanie. Mimochodem, z przyzwyczajenia zajrzał do pokoi swoich braci. Jednakże nie znalazł tam żywego ducha. W salonie również ich nie było. W piwnicy także nie. Coś tutaj było nie tak.
– Licia, choć na dwór. – kiedy Toris nalewał sobie herbaty usłyszał za sobą głos Iwana.
Odwrócił się do pana domu i z dość niewyraźną miną odpowiedział:
– Mogę najpierw dokończyć śniadanie?
Rosja skinął głową i z uśmiechem na czerwonej od mrozu twarzyczce wybiegł z powrotem na dwór rzucając tylko słowa „Będę czekać na podwórku”. Tak, coś tutaj było nie tak.
Toris, skończywszy śniadanie, ubrał kurtkę, pamiątkowe rękawiczki w kucyki od Polski i czapkę z puchatym pomponem. Kiedy tylko wyszedł na dwór zadrżał z zimna. Musiało być co najmniej 20 na minusie. Rozejrzał się. Jego braci nie było, tylko Iwan uśmiechający się promiennie stał przed nim ze słonecznikiem w dłoniach. „Ciekawe skąd on wziął ten kwiat?” pomyślał Toris. Coś tutaj było nie tak.
– Licia. – Iwan pochwycił dłoń Litwy i pociągnął go za sobą. – W co chciałbyś się pobawić?
– Pobawić?… – brunet powtórzył cicho a w jego głosie rozbrzmiała nuta zaskoczenia.
– Da~ Pobawić. – Rosja puścił na moment Litwina, kiedy doszli do starej szopy i na moment zniknął w jej wnętrzu aby po chwili wyciągnąć z niej… sanki? Coś tutaj było nie tak.
– Chodź.
Toris posłusznie, bez żadnych sprzeciwów ruszył za „opiekunem”. Nie pytał o nic. Nic też nie mówił. Nigdy nie widział takiego Iwana.
– Będziemy zjeżdżać na sankach, albo porzucamy się śnieżkami, ulepimy bałwana. – mówił zachwycony Iwan, kiedy prowadził Litwę na sporą górkę. – Zobaczysz będzie fajnie.
Rzeczywiście, coś tutaj było nie tak.
Iwan nie używający przemocy, nieobecność Łotwy i Estonii. Litwa zaczął się niepokoić.
– To największa górka w okolicy. – powiedział Rosja, kiedy doszli na szczyt, a widząc Torisa trzęsącego się z zimna zapytał. – Zimno ci, Liciu?
– N-n-nie w-w-wcale. – odrzekł Litwin oczywiście nie zgodnie z prawdą.
– Nie sądzę. Czemu mnie kłamiesz? Chcesz żebym się na ciebie obraził? – Braginski zdjął z szyi swój szalik, nieodłączny atrybut i opatulił nim Torisa. – Proszę. Heh, wyglądasz teraz jak mój młodszy braciszek. Cieplej, prawda?
– O wiele. – bąknął Litwa czując intensywny zapach iwanowych, rosyjskich perfum wydobywających się z szalika. – Gdzie się podziali Edward i Raivis?
– Chodź, zjedziemy. – Iwan zachował się tak jakby nie usłyszał tego pytania, choć nie było to możliwe. Coś tutaj było nie tak.
Rosja usadowił sie na przodzie sanek i jednym ruchem ręki zaprosił Litwę aby usiadł za nim. Toris wykonał polecenie i usiadł na samym końcu sanek.
– Przysuń się bardziej, przecież cię nie ugryzę, a tak to spadniesz.
Mimo iż Litwa nie był do końca pewny słów Iwana na temat gryzienia, bez żadnych sprzeciwów przysunął się bliżej Rosji i chwycił dłońmi za jego kurtkę.
– Chwyć mnie normalnie, w pasie.
– Ale…
– Chcesz spaść? Ta górka kryje wiele niespodzianek.
– No dobrze.
Toris niepewnie objął „opiekuna” w pasie i oparł policzek o jego plecy. Tak, coś tu było nie tak.
Sanki ruszyły. Sunęły po śniegu bardzo szybko co rusz to najeżdżając na wyboje i podskakując, przez co serducho Litwina zaczęło bić szybciej. Ze strachu? Zamknął oczy i mocniej zacisnął ręce, co wywołało na twarzy Iwana pobłażliwy uśmiech. W pewnym momencie sanki oderwały się od podłoża i wyleciały w górę. Iwan stracił nad nimi kontrolę. Chwilę później Rosja i Litwa wylądowali w zaspach białego puchu.
– Licia, nic Ci nie jest? – Braginski poderwał się z ziemi i podbiegł do leżącego obok Litwina, którego twarz przybrała bliżej nieokreślony wyraz. Z nosa zaczęła mu kapać krew. – Och, Mateczko Słowiańszczyzno, co żem narobił! Litwa, dobrze się czujesz? Tylko nie kłam.
– Chyba złamałem nos. – Toris odruchowo przytknął pierwszy lepszy materiał do noska, dopiero po chwili zorientował się, że na ukochanym szaliku powstawała coraz większa czerwona plama, lecz gdy chciał zamienić szalik na rękaw kurtki, Iwan zaprotestował:
– Zostaw. Musimy szybko wracać do domu, trzeba ci lekarza.
– Ale… – Litwa chciał coś powiedzieć, kiedy poczuł straszliwy ból w okolicy ukochanego nośka i wybuchł płaczem. – Ałałał… boli!…
– Będzie szybciej, gdy cię zaniosę. – Iwan odgarnął Torisowi kosmyk włosów z czoła i spojrzał Litwinowi prosto w oczy. Ten tylko przytaknął.
Iwan żałuje swoich czynów? Chce pomoc? Coś tutaj było nie tak.
Rosja wziął Litwę „na barana” i zaczął biec w stronę domu. Plama na szaliku robiła się coraz większa. Toris nie mógł pohamować łez. Ból pulsował. To było straszne uczucie.
– Panie Rosjo, gdzie się podziali moi bracia? – zachlipał Litwa, jednakże odpowiedzi nie otrzymał. Coś tutaj było nie tak.
Litwa spojrzał na szalik. Zaczął już przesiąkać krwią, więc przytkał do nosa jego inną część. Zrobiło mu się głucho a oczy samoczynnie się zamknęły. Stracił przytomność. Obudził się na kanapie w salonie Iwana. Obok na podłodze leżał zakrwawiony szalik i jego kurtka. Z korytarza dobiegały dwa głosy, Iwana i jakiegoś mężczyzny:
– Dziękuje za pomoc, doktorze.
– Nie ma problemu. To mój obowiązek. Ale to był niezwykły przypadek, towarzyszu Braginski.
– Dlaczego?
– Jest to bardzo poważna „kontuzja”, jeżeli nos panny Toris źle się zrośnie, straci węch i nie będzie mogła normalnie oddychać.
– Aha…
„Co takiego? Od kiedy jestem panią Toris?” pomyślał Litwin. Tak bo po co się przejmować złamanym nosem, lepiej się przejmować pomyłką lekarza co do płci. Naprawdę, coś tutaj było nie tak.
– O już się obudziłeś. – Iwan wszedł do salonu z tacą przepysznego jedzonka. – I jak się czujesz?
– Boli. – odrzekł, krótko Laurinaitis a kiedy Iwan podał mu omlety, zapytał. – Ale chciałbym abyś powiedział mi gdzie są moi bracia.
Rosja nie odpowiedział tylko wyszedł z salonu pozostawiając Torisa samego. Całkowicie nie poznawał Braginskiego, co mu się stało, że taki miły i dobry? Przeżył szok osobowościowy, czy co? Coś tutaj było nie tak.
Uwagę Torisa przykuły nagle jakieś dokumenty leżące na stoliku. Podniósł je i skorzystawszy z nieobecności Iwana, przeczytał po cichu: „Łotwa – kraj niepodległy, Estonia – kraj niepodległy, Litwa – kraj niepodległy. Na mocy prawa, pan Iwan Braginski (Rosja) zmuszony jest do wypuszczenia następujących personifikacji: Edward Vonbock, Raivis Galante i Toris Laurinaitis. Wyżej wspomniane personifikacje mogą zostać w domu zaborcy pod warunkiem, że same tego chcą”.
– A więc dlatego nie ma tu moich braci. – wyszeptał Toris i odłożył dokumenty na miejsce. – Iwan myślał, że jeśli będzie dla mnie dobry, to zostanę? Phi… ale w końcu mi pomógł… Ale, gdyby nie on, to by się nie stało.
Litwa wstał zarzucił na siebie kurtkę, wyciągnął z barku Iwana kilka banknotów, stwierdzając, że Rosja nawet tego nie zauważy, i niespostrzeżenie wyślizgnął się z domu. Kiedy był już przy furtce odwrócił się jeszcze, aby ostatni raz spojrzeć na dom zaborcy. W jednym z okien ujrzał Rosję, na którego twarzy malował się smutek. Iwan zasłonił okno jednym szarpnięciem ręki, a Toris bez namysłu ruszył przed siebie, zostawiając przeszłość za sobą.
Tak, naprawdę coś tutaj było nie tak…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz