Muzyka

sobota, 30 listopada 2013

Ośrodek św. Fafrocha - Ognisko na cześć Fafrocha

Kwestia fficków z serii Ośrodka św. Fafrocha. Poruszyłam tam kilka wątków:
- Litwa przeżywa załamanie nerwowe: nie robię z niego psychola. Wbrew wszystkiemu jest to moja ulubiona postać i szykuję tutaj COŚ wielkiego.
- Gośka i jej dziwne zachowanie: udaje jej się obudzić Iwana, dziwnie się zachowuje, znika w nocy. Czy ktoś jeszcze zauważył, że coś tu jest nie tak?
- Jagoda: pewnie każda dziewczyna miała fazę na zakochanie w swoim idolu, prawda? Eh… jak ja dobrze pamiętam czasy, kiedy znałam rozkłady lotów samolotu do Vancover, w pobliże domu Chada…
- Cichy Zabójca, Cichacz lub tchurzofredka Francisa: myślę, że w tym fficku trochę się wyjaśni…
Ta… i to chyba wszystko, więc zapraszam na film:

Po jakże „wspaniałej” pobudce jaką zafundowała wszystkim Białoruś (no i Litwa też…) nasi bohaterowie ruszyli na stołówkę, na śniadanie, które z pewnych przyczyn miało zostać podane o wiele wcześniej. Ku zaskoczeniu i opiekunów i kolonistów to co zostało in podane, wyglądało całkiem zjadliwie.
– Dlaczego nie jesz? – Hanka zapytała Jagodę, kiedy ta popijała tylko herbatkę z cytrynką, i jedną z chusteczek wycierała pozostałości po „nocnej zabawie” Debory.
– Bo to… – Jadźka wskazała na owsiankę, która pierwotnie miała być ich śniadaniem. – To jest podejrzane. Założę się, że może i teraz dobrze smakuje, ale co będzie za godzinę?
Debora, Izka i Hanka w tym momencie odłożyły łyżeczki czując nieprzyjemną atmosferę wprowadzoną przez (psycho)fankę Nickelbacka i z niewyraźnymi minami spojrzały na Gośkę, która jakby nigdy nic dalej pałaszowała mleczną breję.
– Co?
– Nie, nie, nic…

Przy stoliku opiekunów tej jakże zacnej koloni było nadzwyczaj cicho. Co prawda brakowało Litwy, ale on nie robił nigdy hałasu (wiadome też było, że po udanej próbie obezwładnienia Natalii nie szybko pokaże się komukolwiek na oczy), więc ta cisza była szemrana.
Arthur w spokoju, przy filiżance „Minutki” czytał coś z rodzinnej fantastyki (zapewne Harry Potter…). Francja z Cichym Zabójcą na kolanach, próbował karmić tchurzofredkę owsianką.
– No, otwórz pyszczek. Leci samolocik. – łyżeczka Francisa szybowała w stronę Cichacza, który połknął nie tylko ją ale w jego przełyku znalazła się spora część ręki Francji.
Ameryka ze stoickim spokojem czytał („Czytał? Chyba obrazki tylko oglądał!” zbulwersował się czytelnik) jakiś komiks o superbohaterach i zażerał hamburgera. Lovino lustrował swoimi oczkami Ludwiga, który nic nie podejrzewając popijał kawę. Włochy Północne wcinał wesoło śniadanko i machał pod stołem nogami niczym pięcioletnie dziecko.
– Mrrr… – mruczał cicho Feliciano. – Zebrałem opór pasty. Latający Potwór Spagetti będzie ze mnie dumny…
– Co? – mruknął Hiszpania, który właśnie ocknął się na moment z swoich rozmyślań i spojrzał pytająco na młodszego z braci Włochów.
– Ve? – Feliciano chcąc ukryć swoją „tajemnicę” przed światem „udawał” głupa.
Gilbert siedział w kącie i majstrował coś przy rakietach do tenisa stołowego (Co tym razem wybuchnie?). Japonia i Kanada (Kto?) prowadzili cichą konwersację podczas której Kiku objaśniał Kanadzie (Komu?) istotę twierdzeń Newtona. Austria dla odmiany denerwował się Chopinem. Polska usiłował szukać pocieszenia (bo on to już tracił nerwy do Torisa…) w kieliszku Rosji, który nie zwracając na to uwagi co róż to zmieniał okłady lodu na głowie Białorusi, która to wręcz płonęła ze złości po porannych wydarzeniach.
– A tak właściwie, to gdzie ty w nocy byłaś, siostra? – zapytała w pewnym momencie Izka posyłając siostrze spojrzenie godne prokuratora w „Annie Marii Wesołowskiej”.
– Ja? – Gośka na moment oderwała się od owsianki. – Nigdzie.
– To dlaczego nie było cię w łóżku?
– Poszłam się przewietrzyć…

– …zaraz po sprawdzeniu czystości w waszych pokojach i zajęciach wybierzemy się na miasto. – podczas apelu Anglia obwieścił wesołą nowinę, na której cześć zostało obiecane wzniesienie pomnika w parku narodowym. – Wieczorem odbędzie się ognisko i różne konkursy z nagrodami.

Dania w swoim przeuroczym stroju japońskiej pokojówki i mrucząc pod nosem jakieś podejrzanie brzmiące duńskie słowa, zaczął penetrować pokoje kolonistów. Jako że był żołnierzem to i porządek musiał być taki jak w wojsku. Ubrania złożone w kant, łóżka pościelone dokładnie co do milimetra a ściany i sufit bez dżemu. Wszystkie punkty były odnotowywane w specjalnym zeszyciku.
– Co za bajzel!!! – wrzasnął Generał Czystości kiedy wszedł do jednego z pokojów grupy Hirołsy McDonalda.
Pokój prezentował się dość… ciekawie. Na ścianach, suficie były przylepione hamburgery i inne tego pochodne zapożyczone z Happy Meal’ów. Podłoga była wręcz zalana litrami kolorowe i gazowanej cieczy („czy aby chodzi o oranżadę lub colę?” pomyślał niespokojnie czytelnik).

Po straszliwej rozgrzewce jaką zafundował im Prusy, grupy drugie resztkami sił doczołgały się do sceny (na podwórku, taka z desek) gdzie ustawiono stół do tenisa… stołowego.
– Nie będziemy grać w nogę?… – pisnął ktoś niezadowolony.
– Czy wy nie znacie czegoś innego niż piłka nożna?! – fuknął Gilbert na co kilka osób wręcz podskoczyło ze strachu.
– To w co będziemy grać? – z szeregu wysunęła się jedenastoletnia Agnieszka, która najwyraźniej lubiła droczyć się z opiekunami, i z Kirklanda przerzuciła się na stary Zakon Krzyżacki.
Albinos uśmiechnął się przebiegle, zatarł rączki i wyciągnął zza siebie dwie rakietki do gry oraz COŚ co miało ponoć być piłeczką do ping-ponga. Kilka osób westchnęło bez entuzjazmu.
– Będziecie dzisiaj grać w grę, którą wymyśliłem dziś w nocy. A nosi ona tytuł pong-ping. – oznajmił Prusy wielce z siebie zadowolony.
– A nie ping-pong?
– Nein. Ty! – wskazał na jakiegoś bladego chłopczynę, imieniem Karol i podał mu jedną z paletek. – Chodź. Stań po drugiej stronie. Pokaże wam na czym ta gra polega.
Prusy jako pierwszy odbił paletką to, co wyglądało jak piłeczka, która poszybowała w stronę podopiecznego Feliciano. Karol odbił. Gilbert także. I przez chwilę na podwórku dało się słyszeć tylko stuki piłeczki. Prusak jednakże w końcu i to z ogromnym zacieszem na twarzy uderzył piłeczkę z całej siły. Kulka uderzyła w nos Karola, przewracając równocześnie chłopca na trawę. W tym momencie piłeczka zmieniła swoją konsystencje na lekko glutowatą i z głośnym „Glu! Glu! Glu!” rzuciła się na rudowłosego chłopca. Karol zaczął się szamotać próbując zrzucić to COŚ z twarzy, lecz na marne.
– Widzicie? Tak to właśnie działa! – zakrzyknął radośnie Gilbert, kiedy biedny chłopczyna zaczął biegać w kółko i przeraźliwie do tego krzyczeć aby ktoś TO z niego zdjął.

Pierwszą rzeczą, którą zrobił Anglia po wejściu do sali do zajęć magicznych to zamknięcie drzwi na cztery spusty. Tym razem ta „cholerna franca” nie mogła zniszczyć mu zajęć. Tak więc obleciał nową „klasę” zielonymi tęczówkami, zarzucił teatralnie białą pelerynką, należącą niegdyś do Gandalfa i stuknął laską w podłogę aby uciszyć wszystkich obecnych.
– Ale proszę o ciszę, proszę o ciszę. – zalecił Anglia, ale najlepsze było to, że nikt nie odzywał się już od co najmniej dziesięciu minut. – Na tych zajęciach będę przygotowywał was do bardzo ważnego egzaminu jakim są sumy. – kilku kolonistów grup trzecich wymieniło pytające spojrzenia.
– Standardowe Umiejętności Magiczne. – Anglia machnął różdżką a na tablicy pokazały się białe litery.
– Aż tak trudno użyć kredy i napisać samemu? – mruknął ktoś z końca sali.
Anglia znał ten głos, i to aż za dobrze. Nie możliwe? Jak on tu wszedł? Przecież Arthur zamknął wszystkie okna i drzwi!
– Witaj, Artusiu. – uśmiechnął się Francis i z nonszalanckim uśmieszkiem stanął obok Kirklanda, jednakże nie było z nim jego futrzanego przyjaciela.
– A gdzie twój gryzoń? – zapytał Anglia zaskoczony tym faktem i rozejrzał się niespokojnie myśląc, że ten może zaraz na niego wyskoczyć.
– Sam chciałbym wiedzieć. – Francja wzruszył ramionami. – Myślałem, że jest u ciebie. Przecież tak bardzo się lubicie.
– Yyy… – Arthur już chciał temu zaprzeczyć gdy dostrzegł w oczach Francji łzy.
– A co jeżeli coś mu się stało? – zachlipał. – A co jeśli ktoś go dopadł? J-już go nigdy nie zobaczę… buuu… Ciszek… buuu…
– F-francjo…
– Znalazłem go w moim pokoju zaraz po zakwaterowaniu… buuu… tak jakby tam na mnie czekał… buu…
Francis siedział na podłodze, chlipał i co jakiś czas wycierał nos w białą pelerynkę Anglii.
Kirkland westchnął głęboko, przewrócił oczami, skrzyżował ręce na piersi i powiedział półgębkiem:
– No dobrze… pomogę ci go poszukać. – po czym zwrócił sie do „klasy”, której podobał się taki pomysł. – Dobra czarodzieje mamy zajęcia w terenie. Trzeba znaleźć Cichacza.
– Och, Angleterre, mersie! – Francja rzucił mu się na szyję i mimo iż został odepchnięty dalej był uchachany.

– Przepraszam, Feliks-san, co ty wyprawiasz? – bąknął Japonia podczas zajęć z psychologami, kiedy to Polska z siekierą w dłoniach kierował się w stronę pokoju Torisa, który ponownie zamknął się na klucz.
– Chcę go z tam tond wyprosić, siedzi tam i użala się nad sobą jak jakieś emo, a to jest totalnie jakby żałosne. – odrzekł Łukasiewicz z obłędem w oczach i już zamachnął się swoją bronią gdy drzwi otworzyły się i stanął w nich Litwin z zacieszem na twarzy.
– Licia?
– Hej, Feliks! – przywitał się radośnie Litwa. – A co ty chciałeś zrobić z tą siekierą? – Toris wskazał niekulturalnie na broń, którą Polska nadal trzymał w rękach, a miłośnik paluszków został całkowicie zdezorientowany bo na twarzy jego przyjaciela gościł psychiczny uśmieszek, całkiem w stylu Białorusi.
– Toris-san, wszystko w porządku?
– Ależ oczywiście, Kiku. – zaśmiał się nerwowo Litwa, co wywołało na twarzach Kanady (kogo?), Japonii i Polski wyraz politowania.
– Toris, jeżeli jest coś o czym chciałbyś ze mną totalnie pogadać… – Polska położył dłoń na ramieniu przyjaciela lecz ten totalnie go zignorował i pobiegł do dzieciaków:
– Mam pomysł. Pobawmy się w Indian! – mówił radośnie Liciek. – My będziemy ci dobrzy a tamci. – wskazał na Kiku, Feliksa i Metthew (Kanada?). – To będą ci źli.
– Oj, Licia, co się z tobą dzieję? – Feliks zwrócił głowę ku niebiosom kiedy kilku siedmioletnich Indian przywiązywało go do krzesełka.

W ucieczce przed „obiadem” opiekunowie zebrali kolonistów przed ośrodkiem w celu wybycia w miasto na pogoń za zdobyczą wojenną. Po przeliczeniu ilości osób (tak, opiekunów także) i wykonaniu rozkazu założenia czerwonych chust, nasza kolonia wyruszyła w podróż pokemon. Tym razem nikomu się nie spieszyło więc Ludwig został wysłany na koniec „ogonka”.
– Ve~ Ve~ Ve~ – Feliciano przeszedł na tryb monologu. – Potwór Spagetti powiedział, że będzie na mnie czekać na deptaku…
– Hę? – Tosiek zamrugał szybko oczami słysząc szept Włochów.
– Ve? O co ci chodzi, braciszku Hiszpanio? – Veneciano zakręcił palcem swojego loczka i poprawił plecak, który wypchany był czymś co miało za zadanie uszczęśliwić Potwora Spagetti (w tym zdaniu nie było podtekstu).
– Hej, zaśpiewajmy coś! – zaproponował podejrzanie radosny Litwa, na którego policzkach widniały jeszcze indiańskie znaczki, które powstały w czasie zajęć. – No! Gdy strumyk płynie z wolna, rozsiewał zioła maj, stokrotka rosła polna a nad nią szumiał gaj!
Kilku kolonistów dołączyło się do wesołych śpiewów Litwy, a Białoruś wychyliła się zza Iwana i spojrzała na niego w sposób, którego nie powstydziłby się sam Kuba Wojewódzki.
– Jemu naprawdę stało się coś złego… buuu… – zachlipał Francja, który nadal nie odnalazł swojej futrzanej zguby potocznie zwanej Cichaczem.
– Nie martw się, znajdzie się. – mruknął Arthur, którego bluza przesiąkła francisowymi łzami.
– Dobra, zanim się rozpierzchniecie po sklepach i innych tego pochodnych. – zaczął mówić Alfred. – Musicie wiedzieć, że nie wolno kupować wam niczego z monopolowego, dyrekcja ośrodka tego zabrania. Prócz pamiątek kupcie sobie też coś co można smażyć na ognisku, przyda się wam na dzisiaj. Macie dwie godziny…
Koloniści jak i opiekunowie rozpierzchli się w cztery strony świata. Celem wszystkich były pianki na ognisko, a celem Ludwiga były kiełbaski, które można sobie porządnie wysmażyć. Jednakże kiedy Niemcy powrócił ze zdobyczą Feliciano zniknął mu z oczu. Dosłownie jakby rozpłynął się w powietrzu. Jednak nie musiał się o niego martwić, śladem młodszego z braci Włochów podążył Hiszpania, który pozostawił Lovino na moment w lodziarni.
Veneciano rozglądając się nerwowo bez przerwy zniknął w ciemnym zaułku. Hiszpania zajrzał tam. Północna połówka Włoch stała przez moment wpatrując się w ścianę z plecakiem pełnym pasty na ramieniu. Wtem ku zaskoczeniu Tośka przed Felicianem zmaterializował się bliżej nieokreślony potwór z dwóch klopsików i dużej ilości makaronu.
– Oto pasta. – uśmiechnął się Włochy wręczając Potworowi Spagetti plecak, a bóstwo uśmiechnęło się na swój makaronowy sposób i pogłaskało Włocha po głowie pozostawiając mu we włosach sos do makaronu.
– Gdzie ty, kurna, łazisz? – warknął Lovino kiedy Tosiek lekko oszołomiony wrócił do niego, do lodziarni.
– N-nigdzie, Pomidorku…
– Jak się, kurna, dowiem od mojego brata, że…
– Popatrz, prezent dla ciebie. – Antonio przysunął Włochom Południowym małą paczuszkę, którą ten od razu otworzył.
– Tu, kurna, nic nie ma.
– Ta… bo nie ma nic cenniej… – jednakże Hiszpania nie dokończył bo zaliczył gonga w nos z pięści Lovino, który wyczuł co chce powiedzieć Tosiek, a jednakowoż nie był w nastroju do amorów.
– Który by wziąć? – zastanawiała się Natalia stojąc przy straganie z bronią białą.
– O, hej, Natasha! – nagle obok niej pojawił się Litwa, a ona aż wzdrygnęła się i chwyciła za pierwszy lepszy nóż celując nim w Torisa.
– N-nie podchodź! – fuknęła Białoruś nadal czując ból głowy po porannym zagraniu siekierą.
– No dobra. Skoro wszyscy już jesteśmy… – zakomunikował Ameryka, kiedy koloniści ponownie ustawili się grupami gotowi do powrotu do ośrodka.
– Ale nie ma jeszcze Felicia…
– Ve?
– A nie, to jesteśmy wszyscy…
– Co ty masz do diabła na włosach, Włochy? – zapytał Niemcy kiedy zorientował się, że włosy Feliciano usmarowane są sosem do makaronu.
– Ve? O co ci chodzi, Doitsu?

– Piecz się… piecz się… poddaj się płomieniom… – nucił Anglia trzymając swój patyk i patyk Francisa nad ogniskiem, no bo w końcu Francja był w rozpaczy i nie mógł nic zrobić sam.
Podczas gdy Anglia, Chiny, Austria i Niemcy smażyli kiełbaski i piekli pianki, Ameryka i Prusy zorganizowali konkurs na najlepszego hero. Białoruś urządziła zabawę pod tytułem „Nożem do Celu”, gdzie celem (zgłosił się sam) był Litwa (nie bójcie się, siedmioletnie dzieci nie mają tak dobrego celu co Natalia i żadne ostre narzędzie nie trefiło w Torisa). Rosja zapraszał wszystkich do rosyjskiej ruletki. Feliciano, Romano, Tosiek i kilku kolonistów z Hirołsów kręciła się z ogromnym zacieszem na podwórkowej karuzeli, która była tutejszą jedyną dobrą atrakcją. Kanada (Kto?) siedział w piaskownicy robiąc babki z piasku a Kiku przyglądał się jak półprzezroczyste państwo kopie w piachu nowy Kanał Sueski.
– BUUUU… – Francja wybuchł tak głośnym płaczem, że głowy wszystkich zwróciły się w stronę drewnianego tipi. – Ciszek! Gdzie jesteś? Buuuu…
– H-hej, Francjo… – mówił Arthur, a wszyscy opiekunowie i koloniści zebrali się wokół Francisa, który dalej wył w niebogłosy.
– Ja chcę mojego Ciszka… buuu…
Wtedy nagle powiało chłodem. Niebo zasłoniły chmury i zerwał się wiatr. Ogólnie zrobiło się nie przyjemnie. „To dementorzy” pomyślał Arthur, ale jego wnioski były bezpodstawne.
– Patrzcie tam! – ktoś się odezwał i wskazał na boisko do piłki nożnej, które przemierzało małe futrzane zwierzątko zwane przez wszystkich Cichaczem.
– Ciszek! – Francis wystrzelił jak z procy, i z szeroko rozłożonymi ramionami biegł w stronę gryzonia.
Tchurzofredka podniosła się (co wyglądało jakby zwierzątko siedziało) i zlustrowała wszystkich swoimi ślepkami. Francja zatrzymał się i spojrzał pytająco na zwierzątko. Cichy Zabójca prychnął i nagle zniknął w fioletowym kłębie dymu, aby po chwili w tamtym miejscu pojawił się mężczyzna w liliowej szacie z rodu filmów o Harrym Potterze. Z szpiczastym kapelusikiem na głowie z którego zwisał pająk i trzewikach z podejrzanie zaostrzonymi czubkami. Wszyscy byli zaskoczeni, prócz Anglii, który zaczął kląć pod nosem.
– WAS? – wyrwało się bracią Niemcom.
– Jam jest… – zaczął facet, ale Arthur bezczelnie wszedł mu w słowo:
– Jesteś patronem tego ośrodka, jesteś świętym Fafrochem!
Pośród kolonistów dało się usłyszeć odgłosy zdumienia, zaskoczenia i podziwu. Ale zaraz później oczy wszystkich zatrzymały się na Anglii.
– Skąd wiesz?
– To jasne. Że wcześniej na to nie wpadłem, przecież święty Fafroch potrafił zmieniać się w tchurzofredkę! – stwierdził Arthur z nutą radości w głosie. – Zawsze chciałem go poznać, bo jest wspaniałym czarodziejem!
– Ta… – mruknął Fafroch. – A kto na mnie użył zaklęć obronnych? Kto użył zaklęcia niewybaczalnego? Co?
– N-nie miałem pojęcia. – zmieszał się Arthur, a chwilę później musiał brać nogi za pas bo święty Fafroch (choć święty) z przekleństwem na ustach i maczugą Herkulesa nad głową zaczął gonić Anglię po podwórku w rytm „Zośka izbę zamiatała” które ktoś zapuścił z telefonu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz