Muzyka

sobota, 30 listopada 2013

Ośrodek św. Fafrocha - Basen i zemsta Anglii

Ten rozdział powstał w Poznaniu! W pięknym malowniczym mieście jak autobus, którym jechałam stał w korkach:

Ten rozdział dedykuję specjalnie Beacie K., która podczas koloni, na basenie wplątała sobie włosy w szczotkę. Pozdrowienia! A teraz zapraszam na kolejny rozdział „Basen i zemsta Anglii”:

Arthur siedział na kozetce w gabinecie kolonijnej pielęgniarki. Na głowie wyrosła mu poczwórna porcja lodów (takie guzy, które rysuj ą w M&A) podbite oko, spuchnięty policzek, zwichnięte ramię i wybity bark. A kto go tak urządził? Poznany nam w poprzednim fficku święty Fafroch, choć ponoć święty.
– To boli. – syknął Anglia, kiedy Finlandia (robiący za pielęgniarkę. Tak, pielęgniarkę, nie pielęgniarza) dezynfekował ranę ciętą na kolanie Zjednoczonego Królestwa, powstałą w czasie boju.
– Ma boleć. – fuknął Tino i mocniej przycisnął wacik do rany.
Arthur przewrócił oczami i pod nosem zaczął rzucać klątwy na różnych bliżej nieokreślonych ludków.

– No dobra, tęgie koksy! – zawołał wesoło Alfred na apelu, który został zorganizowany tego dnia przed tym co pierwotnie miało być ich śniadaniem, choć niektórzy mieli co do tego całkiem inne zdanie. – Dzisiaj pojedziemy na basen!
W odpowiedzi tłum kolonistów za wiwatował radośnie.
– I zobaczycie drzewo, w które walnęła Farna! – dodał Roderich zagorzały fan wokalistki, a koloniści ucichli natychmiast.
– I niestety pan Kirkland nie pojedzie z nami przez problemy zdrowotne. – oznajmił Kiku, a pośród kolonistów dało się słyszeć ciche szepty po czym ktoś zapytał:
– To kto będzie prowadził autobus?
Ameryka zatarł rączki i uśmiechnął się przebiegle.

– Co ty robisz? – mruknęła Gośka podczas śniadania, widząc jak wpół śpiąca Jagoda wpatruje się w talerz z płatkami śniadaniowymi (Ludzie! Podali normalne śniadanie!) i merda widelcem w mleku.
– Hę? – ocknęła się Jadźka, wyrwana zapewne ze wspaniałego snu o Chadzie. Teraz kiedy zorientowała się co robi odłożyła widelca.
– Powinnaś więcej spać. – stwierdziła bliźniaczka Izki.
– Tak, i kto to mówi? Ta, która znika każdej nocy. – fuknęła zagorzała fanka Nickelbacka i obie panie wymieniły feliksowo – gilbertowe spojrzenie.
Przy stoliku opiekunów brakowało Anglii, którego miejsce zajął św. Fafroch w swojej jako takiej „ludzkiej” postaci. Jak widać czarodziej został bardzo polubiony przez i opiekunów i kolonistów. Francja jak to Francja… widział w nim tylko swoją tchurzofredkę. Ameryka częstował hamburgerem. Iwan z Gilbertem próbowali go upić, ale bez skutku. Dania pokazał swój fantastyczny talent wymachiwania toporem na prawo i lewo. Feliciano zajęty był pochłanianiem pasty. Białoruś dla odmiany siedziała obok brata, ale kontem oka obserwowała jak Polska niańczy Torisa, który tego dnia postanowił zostać… Rosją. Tak też roztaczał wokół siebie dziwną, mroczną, nieprzyjemną atmosferę.

Ale brakowało Anglii, który leżał sobie teraz w ciszy i spokoju przy radosnej nucie Sabatonu, na kozetce u pielęgniarki (jako takiej, co prawda, ale zawsze coś).

– No, tęgie koksy, pokażcie mi swoje czyste pokoje! – żachnął się Dania i pędem szwajcarskiej owieczki podchasał do drzwi jednego z pokoi grupy Pasta, co wywołało na twarzach tamtejszych lokatorów lekki zaciesz owiany nutą tajemnicy. Dania nacisnął klamkę i wszedł…
– CO? TO? JEST? – wskazał niekulturalnie w stronę podejrzanie wyglądającego ołtarzyka wysmarowanego sosem do spagetti.
– To jest ołtarz poświęcony Latającemu Potworowi Spagetti. – z szeregu tamtejszych lokatorów wysunął się Radek.
– What? O czym ty do mnie mówisz, dziecko drogie? – Dania szybko zamrugał oczkami.
– To nasz mistrz, Feliciano, ukazał nam prawdę, o tym, że to Latający Potwór Spagetti stworzył świat i piratów…
– To Arthur był jego wyznawcą?! – wtrącił Francja, który nagle wyrósł w pokoju jak grzyby po deszczu, jednakże został zignorowany a Dania wyruszył na dalsze penetracje pokoi kolonistów.
Znalazł tam między innymi zdechłego chomika, kolekcje zmartwychwstałych pająków, hamburgery (które powoli zaczynały żyć już własnym życiem), zgrzewkę mocnej wódki (którą od razu zarekwirował Rosja) i coś co zapewne kiedyś było plackiem z jagodami. No jeszcze ten dżem na suficie…

– Zabije, zatłukę jak psa… – Anglia wymknął się z gabinetu pielęgniarki po tym jak udało mu się uśpić Finlandię piękną, spokojną melodią Metallici. – Już on mnie popamięta. Cholerny Fafroch…

Tak jak było powiedziane, tak też się stało i zaraz po sprawdzeniu „czystości”, koloniści ustawili się przed ośrodkiem wraz z opiekunami.
– Wszyscy są. – oznajmił Niemcy.
– Ok. Dobra, jako że jestem bohaterem i w ogóle, to pójdę teraz po zastępce kierowcy, a wy pakujcie sie do autobusu. – Ameryka uśmiechnął się tym swoim uśmieszkiem, który doprowadza do chorób psychicznych po czym zniknął w drzwiach ośrodka.
– No, ładować się do środka. – rozkazał Ludwig a wszyscy posłusznie wykonali jego polecenie.
Kiedy wszyscy zajęli miejsca, Alfred powrócił z dalekiej podróży pokemon wraz z zakapturzoną postacią.
– Eeee…. Alfred-san, kto to jest? – zapytał zaskoczony Japonia.
– Jak to? Nie poznajecie? On jest hero, tak jak ja. Uratował całą galaktykę przed Lordem Vaderem. To Luck Skajłoker.
Wśród kolonistów (i opiekunów) dało się słyszeć piski podziwu i ciche westchnięcia fungirlsów (funboyów także?). Rycerz Yedi usiadł za kółkiem i odpalił silniki. Autobus wyjechał jako tako na ulicę i jadąc praktycznie po chodniku toczył się wesoło w siną dal.
– Może jednak zjedźmy na ulicę… – zaproponował Hiszpania, kiedy autobus po raz kolejny najechał na bogu winnego przechodnia.
– Nie! Nie widzisz? Oni wszyscy zostali zesłani przez Sitha ku zagładzie Ziemi i rycerzy Yedi! – stwierdził Luck Skajłoker i wcisnął gazu do dechy kiedy dostrzegł na przejściu dla pieszych zakonnice (no co? Była w końcu podobna do Vadera, co nie?).

– Jak go dorwę to ukręcę mu łeb przy samej dupie… – mruczał Arthur szukając pokoju Francji, gdzie powinien przebywać patron tego ośrodka.
Najpierw jednakże zajrzał do swojego pokoju po potrzebne rzeczy. W ręku Kirklanda zalśniła różdżka a pod szyją zapiął czarną szatę z herbem Griffindoru. Był gotów do boju. Musiał pomścić Lily i Jamesa… Eeee… to chyba nie ta bajka…

– Dobra, to kto chce prowadzić w drodze powrotnej? – zapytał alfredowy pyszczek pożerając przy tym hamburgera, ale w odpowiedzi poczuł na sobie pytające minki uczestników koloni. – Nie myśleliście chyba, że Luck zostanie z nami na dłużej? Musi jeszcze dzisiaj lecieć do „Obi”.
– Ja poprowadzę! – wyrwał się Tosiek widząc, że Litwa (hmmm… a może Rosja?) chce się do tego zgłosić, a lepiej jednak żeby żaden ze wspomnianych panów nie prowadził.
– O, spójrzcie tam! To drzewo, w które walnęła Farna! – Roderich poderwał się z fotela i zaczął pstrykać zdjęcia drzewu, które zaliczyło dość niedawno bliskie spotkanie z wokalistką. Jednakże nikt prócz Austrii nie zwrócił uwagi na mijaną „atrakcję”.

Arthur cicho, na paluszkach skradał się w stronę pokoju Francisa. Chciał pokazać Fafrochowi kto tu żądzi, kto jest lepszym czarodziejem. Już chciał otworzyć drzwi, kiedy one otworzyły się same i stanął w nich św. Fafroch w szlafroku w tchurzofredki hasające po lesie. Obaj panowie wymienili się iwanowym spojrzeniem.
– Arthurze…
– Ziutosławie… (prawdziwe imie Fafrocha!)

Autokar po długich, męczących próbach zajechał nareszcie na parking przed basenem otwartym.
– Niech moc będzie z wami. – pożegnał się Luck Skajłoker po czym odszedł na tle zachodzącego słońca.
– Poustawiajcie się grupami, wraz z opiekunami. – nakazał Polska, któremu przyszło niańczyć Torisa (a może Iwana?).
Koloniści bez żadnych sprzeciwów wykonali wojskowy rozkaz. Po przeliczeniu osób nasza wesoła kolonia powędrowała do budynku, gdzie mieli zameldować swoją obecność a Alfred miał wpłacić gotówkę.
– Ale będzie fajnie. – Francis zatarł rączki a na jego ustach wykwitł trollface, na co w odpowiedzi Jagoda przypomniała mu, że są tutaj osoby posiadające białą broń, przez co zasłużyła sobie na pełen szacunek Białorusi.
– Zanim wskoczycie do wody. – Ameryka wskazał paluchem obsmarowanym Nutellą na ścianę, gdzie wisiały różnej wielkości piktogramy. – Nie wolno wam nikogo topić, podtapiać. Nie wolno wam się topić…
– Ale tu nie ma takiego obrazka…
– Ale jak się potopicie to obetną mi premię… – nastała chwila ciszy, którą przerwał Litwa wskakując na główkę do brodzika:
– Kawabanga!
– Licia, ty kretynie! Co ty robisz?! – Polska ruszył w stronę krwawiącego przyjaciela.
– A można tak skakać? – zapytała Agnieszka.
Alfred popatrzył jak służby ratunkowe zabierają Torisa i stwierdził:
– Pewnie że tak, to super zabawa.

– Czego chcesz, młody? – fuknął Fafroch.
– Rewanżu. – Anglia puknął (obślinionym) palcem w czoło świętego tak mocno, że ten zachwiał się niepewnie.
– Mało ci? Chcesz wylądował na oddziale ratunkowym u mojego kumpla Gregory’ego Hausa?
– Walcz! – Zjednoczone Królestwo wysunęło z rękawa różdżkę i wycelowało nią w nos czarodzieja, po czym wystrzelił z niej srebrno – niebieski snop światła.

– Doitsu! Ratuj! – na „plaży” rozległ się krzyk paniki wydobywający się z ust północnej połówki Włoch.
Niemcy zjawił się obok niego natychmiastowo, ale zaraz zaczął kręcić głową zwróconą ku niebiosom z miną „Za co mnie to spotkało?”. Albowiem Feliciano topił się… w prysznicu…

– Przepraszam… – siedmioletnia Zosia pociągnęła lekko za koszulę Gilberta, który zajęty był malowaniem niezmywalnym markerem po ścianie budynku. – Czy tutaj, pan, też pozostawia coś dla młodego pokolenia?
Prusy spojrzał na dziewczynkę, potem na marker, znowu na dziewczynkę, po czym wręczył jej pisaka:
– Też sobie coś namaluj.

– NA BOMBĘ! – zaraz po krzyku Hiszpanii dało się słyszeć głośny plusk i falę zmierzającą ku nic niepodejrzewającemu, opalającemu się Romano.
Kiedy wreszcie woda dotarła i oblała go, Włochy Południowe zerwał się na równe nogi z miną seryjnego zabójcy. Rozejrzał się wokół po czym jego wzrok zatrzymał się na Tośku, który zaczaił sytuacje i usiłował schować się w wodzie mając na powierzchni tylko zielone oczka.
– Kurna! Jak ja cię dorwę to odechce ci się basenu! – Lovino ruszył w dziką pogoń za Hiszpanią, który w biegu usiłował nie zgubić kąpielówek (niestety… na marne…).

– Francis-san! Co ty…
Nagle oczy wszystkich zwróciły się ku Francji i Japonii w dość dziwnej sytuacji. Kiku usiłował wepchnąć Bonnefoy’a z powrotem do przebieralni i jednocześnie trzymał ręcznik od pasa w dół kraju miłości.
– Ale Japonio, przecież…
– WON! – krzyczał Japończyk. – Załóż na siebie chociaż kąpielówki, to nie jest basen dla nudystów!

– Licia, stój! – „mówił” Polska kiedy trzymał Torisa (tak mimo iż miał ten rosyjski szalik, nadal był Litwą) za ramiona i usiłował go nie wypuścić. – Jak będziesz znowu skakać na główkę, zrobisz sobie krzywdę!
– Puść mnie, Polsko! – Litwin wierzgał wszystkimi kończynami na wszystkie strony dając do zrozumienia Feliksowi, że lepiej z nim nie zadzierać.
Łukasiewicz dalej trzymając Torisa w objęciach rozejrzał się nerwowo, a kiedy jego szmaragdowe oczęta napotkały posturę wysokiego Rosjanina w cieniu drzew, zawołał:
– Iwan! Kuzynie! Pomóż!
Braginski spojrzał w jego stronę i po chwili znalazł się przy Polsce i Torisie, który nie zaprzestał prób wydostania się z objęć Feliksa. Kuzyni wymienili porozumiewawcze spojrzenia po czym Rosja dał Torisowi pstryczka w czoło. Litwa nagle jakby otrzeźwiał. Spojrzał na Feliksa i na Iwana. Potem na swój strój. Zrzucił z siebie iwanowy szalik i płaszcz, westchnął głęboko, spuścił głowę, schował ręce do kieszeni zielonych spodni i zaczął nerwowo jeździć nogą po piasku.
– Chyba nadszedł czas żebyśmy sobie we trójkę coś wyjaśnili. – zaczął Polska i przyciągnął do siebie Torisa, który chciał powoli zniknąć z pola widzenia.
– Co masz na myśli, towarzyszu Feliks? – zapytał spokojnie Rusek.
Polska bez odpowiedzi wyciągnął z tylnej kieszeni kiecki (tak, kiecki. Zdziwieni?) złożony rysunek (tak, ten rysunek). Rozłożył go i przedstawił obu panom.
– Grzebałeś w moich rzeczach. – mruknął niezbyt zadowolony Toris, pod adresem Feliksa.
– Zatrzymałeś mój rysunek? Jak miło. – uśmiechnął się Iwan rozprowadzając wokół siebie dziwną atmosferę.
– Ta…
– Liciu, to przez to ci odbija. – mówił zaangażowanie Polska, a wokół nich zebrała się mała grupka kolonistów. – Nie rozumiem dlaczego. Co jest w tym takiego, że cię zmieniło? Powiesz mi? Licia…
Litwa podniósł głowę i spojrzał Feliksowi prosto w oczy. Dostrzegł w szmaragdowych tęczówkach Feliksa troskę. Uśmiechnął się lekko kiedy zobaczył jak po policzku blondyna spływa łza:
– Felciu… Iwan przypomniał mi jakimi byliśmy kiedyś dobranymi przyjaciółmi. – skinął głową w stronę Iwana, który chyba miał rozpłakać się ze wzruszenia. – Ale to przeszłość. Teraz ty jesteś moim przyjacielem, takim naj…
Polska nie wytrzymał i z płaczem wtulił się w koszulę Litwy:
– Powiedz że teraz będziesz normalny, tak jak dawniej. Brakuje mi dawnego Torisa! Licia! – wydukał, a kiedy Toris przytaknął wśród kolonistów dało się słyszeć westchnięcia, takie jak podczas seansów filmów romantycznych w kinie.
– Tak przy okazji. – Litwa szepnął Felkowi do ucha. – Chciałem się przekonać na ile jeszcze mnie lubisz…
Płacz Polski ucichł. Łukasiewicz podniósł głowę. Spojrzał na Torisa z wyrzutem, który zaraz mimowolnie zmienił się w złość. Po chwili Feliks zaczął gonić Torisa wkoło basenu krzycząc coś w rodzaju:
– Przekonać tak? Ja ci dam, przekonać się!
– No widzisz, Polsko, wszystko wróciło do normyyyy… – śmiał się Litwa ale chyba się przeliczył bo poślizgnął się na czymś i wpadł do basenu ochlapując przy tym Białoruś.
Natasha odwróciła się powoli w jego stronę a jej twarz przypominała teraz „twarz” Buki z Muminków. Torisowi przez moment wydawało się, że nawet słyszał pomruk, który ów Buka wydaje. Przełknął ślinę i z cielęcym wzrokiem uśmiechnął się głupkowato.
– Licia, uciekaj! – wrzasnął Polska, ale było już za późno.
Teraz wydarzenia potoczyły się łańcuchowo. Litwa uciekający przed ostrzami Białorusi wpadł na Hiszpanię, który także usiłował uciec swemu Włoskiemu oprawcy. Lovino doganiając Hiszpanie zahaczył nogą o nogę fortepianu Austrii, który zaliczył szybkie spotkanie z zimną wodą. Na co w odsieczy pojawiła się Węgierka i zamachnęła się patelnią w stronę Romano, ale zamiast niego trafiła bogu winnego Amerykę. Ameryka zgonił wszystko na Rosję, który zrobił przebiegłą minkę i wezwał ducha Generała Mroza. W odsieczy na to ni z gruchy ni z pietruchy pojawili się Ghost Masters, aby złapać ducha Mroza. Pięć minut później wybuch maszyny pogromców duchów zmiótł połowę basenu. Tak też państwa i ich podopieczni szybko spakowali się do autobusu i odjechali.
– Co ci się stało, Małgosiu? – zapytał Rosja, kiedy udało mu się wreszcie spokojnie usiąść obok Gośki.
Dziewczyna trzymała przy głowie szczotkę do włosów, w którą miała wplątane włosy.
– Szczotka mi się… wplątała… – powiedziała czując się za pewnie niezręcznie, bo zrobiła się cała czerwona na twarzy.
– Pokaż, zaraz ci pomogę. – Iwan chwycił za szczotkę i zaczął zmierzać sie z wyzwaniem.
Izka i reszta współlokatorek Gośki oglądały ot wydarzenie z dość wielką ciekawością. Już od samego początku coś tutaj było nie tak. Do tego Gośka nigdy nie lubiła jak mówi się na nią „Małgosia”, a przynajmniej takie informację przekazała Izka.

Po wyczerpującej drodze autokar zatrzymał się przed Ośrodkiem św. Fafrocha. Jednakże zamiast na kolację nasza wesoła kolonia wraz z opiekunami, pobiegła w stronę boiska skąd dobiegły ich dziwne odgłosy. Ku ich (nie) zaskoczeniu ujrzeli Anglię walczącego z św. Fafrochem. Magiczny pojedynek był zacięty. Bardziej zacięty niż ten pojedynek z piątej części Harry’ego Pottera. Arthur z ogromną gracją wymachiwał swoją różdżką na prawo i lewo.
– Jedziesz Ziutek! – wołali co poniektórzy, co wprawiło Anglię w istną furię.
– Fredkus transformus! – warknęło rozwścieczone Zjednoczone Królestwo i w rezultacie z końca jego różdżki wystrzelił fioletowy snop światła trafiając Fafrocha, który w mgnieniu oka zamienił się z powrotem w tchurzofredkę. – I już zostaniesz tchurzofredką. – fuknął Arthur odchodząc z pola bitwy.
– Cichacz, wróciłeś! – w stronę zwierzątka pogalopował Francja i zaczął ściskać futrzaka z radości.
Zwierzątko spojrzało wkurzone w stronę Anglii, który zniknął w drzwiach ośrodka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz