Nie mam zielonego pojęcia po co Dżermańsztyc zwołał tę dziwną zbiórkę przed szkołą w piżamach o piątej rano i to w niedzielę, ale cóż, trzeba było iść. Szczerze mówiąc to nawet nie miałabym nic przeciwko gdyby nie fakt, że wszyscy mieli być w piżamach podczas gdy Francis biega na wolności. Nie sądzicie, że to trochę (czyt. bardzo) niebezpieczne? Do tego się nie wyspałam, bo grałyśmy z Tsume do północy w bierki.
RETROSPEKCJA
– Haha. Widzisz? Przegrałaś! Otwierasz to pudełko! – uradowała się Tsume, kiedy po raz kolejny udało jej się zebrać sporą ilość bierek.
Nie mając innego wyboru, przysunęłam do siebie prezent od Iwana i powolutku zaczęłam je otwierać. Uchyliłam wieczko i zajrzałam do środka. Moje zdziwienie po chwili zmieniło się w śmiech.
– Pokaż mi to – Pan Olo zajrzał do kartonu.
Ku naszemu zaskoczeniu prezentem od Iwana okazał się być… nie, nie była to żadna człekożerna małpa niedokarmiona specjalnie po to aby nas zaatakować.
– Zwykły szalik – uśmiechnęłam się, wyciągając z pudełka różowy materiał.
– O rany, rany – oczka Tsume rozbłysły radośnie. – To peleryna Frodo!
KONIEC RETROSPEKCJI
A teraz stoimy sobie na dworze podzieleni na klasy wraz z naszymi wychowawcami i innymi nauczycielami. Miałam nadzieję, że dyrektor ni wymyślił sobie, że niedziele będzie zwykłym szkolnym dniem i zaraz będziemy musieli zasuwać na lekcję.
– Szanowni nauczyciele, droga młodzieży – zaczął Germania. – Zebraliśmy się tu aby…
„Nie no, gada jak ksiądz na kazaniu” pomyślałam.
– Do rzeczy, Germanio, do rzeczy – pośpieszył go Starożytny Rzym najwyraźniej też nie wyspany.
– A więc. Dzisiaj jest pierwsza niedziela od rozpoczęcia roku szkolnego w naszej akademii. Tak więc dzisiaj wieczorem odbędzie się bal powitalny, przez was zwany dyskoteką. Macie czas do osiemnastej żeby pójść na miast i coś kupić – uczniowie zawiwatowali radośnie. – Ale ostrzegam. Jeżeli zobaczę alkohol lub innego tego pochodne już nigdy, powtarzam NIGDY nie będzie żadnej dyskoteki. Zrozumiano? – wszyscy pokiwali głowami. – To wszystko. Rozejść się.
Po powrocie do pokoju od razu rzuciłam się na łóżko, aby pospać jeszcze z godzinkę. Rany, dałabym wszystko żeby pospać tak co najmniej do południa. Ale niestety mój wspaniały plan został udaremniony przez nijaką Tsume, która od tygodnia zajmuje drugie łóżku w tym pokoju.
– Wstawaj kocie, to nie czas na spanie. Idziemy na miasto – zakomunikowała i jakby na potwierdzenie jej słów do pokoju weszli Elisaveta i Roderich przyszykowani na wybycie w świat galerii handlowych i sklepów.
– Jeszcze godzinkę, mamo – nakryłam głowę kołdrą.
– Wstawaj! – Tsume jednym ruchem zrzuciła moja kołdrę na podłogę i już nie miałam wyboru, musiałam im towarzyszyć.
Tak też wywlekłam się z łóżka. Wcisnęłam na siebie krótkie spodenki, czerwone buciki i moją ulubioną koszulkę z Latającym Potworem Spaghetti. Zarzuciłam na ramię torbę w kratę, schowałam gotówkę do kieszeni i wpół śpiąca wyszłam z przyjaciółmi.
Przez większość drogi Elizaveta i Tsume dyskutowały na temat kupna jakiejś wystrzałowej kreacji na dzisiejszy wieczór. Ja jakoś nie przepadałam za takimi imprezami. Zawsze na nich trzeba było tańczyć. A ja tańczyć nie umiem i nie lubię. Wszystko ogranicza się jedynie do poloneza, którego tańczyłam z przymusu w szóstej klasie podstawówki.
– A naszemu kotkowi, kupimy coś takiego, że Lićkowi szczena opadnie – nagle Tsume objęła mnie ramieniem. – Co nie?!
– Nie – fuknęłam strzepując ją z ramienia i odsuwając się na bezpieczną odległość. – I on się nazywa Taurys!
O matulu, tak wielkiego centrum handlowego jeszcze nie widziałam. Trzy piętra zapełnione wszystkim tym, co uszczęśliwi dosłownie każdego… tak, Francisa również. W końcu był to Rzym, prawda? Stolica Włoch. Nie dość, że miasto wspaniałe, to jeszcze galeria dorównująca miastowym atrakcją. Było nawet kino. Ale Elizaveta i Tsume najpierw postanowiły poszukać czegoś dla Rodericha, który najpierw zgubił się gdzieś w sklepie muzycznym, a później w przymierzalni. On i jego orientacja w terenie. Z resztą nie była gorsza od mojej. W końcu to nie on zgubił się na korytarzu w akademiku w pierwszy dzień szkoły, tylko ja.
– A ja sądzę, że różowa bardziej do niego pasuje – zastanawiała się Elizaveta trzymając w rękach dwie męskie koszule: różową i niebieską, i co rusz to przykładając je na zmianę do Rodericha.
– Rzeczywiście, też wzięłabym różową – stwierdziła Tsume drapiąc się po brodzie. – Co o tym sądzisz, Necomi?
– Moim zdaniem, to Roderich powinien wybrać.
– To była odpowiedź warta 100 punktów w milionerach! – uśmiechnął się Austriak. – Bierzemy niebieską!
Następnie uwagę dziewczyn przykuł sklep z butami. Ta… buty… Nawet ja lubiłam szwendać się pomiędzy pułkami z butami. Jak to mówią: buty to najlepszy przyjaciel kobiety. Bez wyjątku. Nawet ja musiałam to przyznać. Glany, trampki, to jest coś co uwielbiam.
– Roderich – zwróciłam się do chłopaka kiedy dziewczyny tachały ogromną górę ubrań do przymierzalni. – Idę poszukać czegoś dla siebie. Będę czekać na was w kawiarni na pierwszym piętrze.
– Nie ma problemu, ale ona cię za to zamordują – stwierdził Austriak.
– Trudno.
Tak więc wyszłam ze sklepu i zaczęłam powoli przechadzać się po galerii. Nie mogłam znaleźć niczego dla siebie. Wszystko było albo za małe, albo za duże, albo nie było nic w moim guście. Z resztą po co mi coś na tańce, skoro ja nie tańczę. To trochę bez sensu.
Po drodze minęłam braci Włochów, którzy usiłowali wybrać idealne garniaki. Natalię ze starszą siostrą, którą zaciągała do sklepu ze sukniami ślubnymi. Naszego szkolnego Hero, Alfreda, który z drugoklasistą Arthurem wybrał się na lody w czasie zakupów. I Kiku, który nosił zakupy swojego przyjaciela Wanga. Pierwszy, Japończyk uczęszczał do trzeciej klasy. A drugi, Chińczyk, był już w klasie piątej.
Moje rozmyślania przerwała wystawa w sklepie „Fantasma”. Sklep, w którym można było znaleźć także odzież alternatywną. Styl gothic, emo, punk. Dla mnie raj na ziemi. Co prawda tylko połowa sklepu była „alternatywana” ale byłam pewna, że znajdę coś dla siebie. Buty z serii Alice in Wonderladn, do tego super sukienka z czarno – czerwoną kratę była prawdziwym zbawieniem i nadawała się także na zwykłe dni. W końcu trzeba być uniwersalnym.
– Hej Necomi – usłyszałam za sobą głos Feliksa, odwróciłam się w jego stronę. – Nie widziałaś może totalnie Torisa?
– Nie widziałam – zaprzeczyłam kręcąc głową. – Zgubiłeś go?
– Generalnie to tylko na moment się odwróciłem i totalnie kiedy spojrzałem za siebie znowu, żeby zapytać go która koszula lepsza, on jakby rozpłynął się w powietrzu – wyjaśnił Polak mocno przy tym gestykulując.
– Kiedyś na pewno się znajdzie – uśmiechnęłam się a Feliks wyruszył do sąsiedniego sklepu na dalsze poszukiwania Taurysa.
Zrobiłam może nawet nie trzy kroki w stronę gdzie jeszcze przed chwilą stał maniak paluszków, a coś lub ktoś chwycił mnie od tyłu, zatkał usta dłonią i zaciągnął do przymierzalni. „Jeżeli to ta franca…” pomyślałam lecz moje myśli zostały przerwane przez znajomy głos. I bynajmniej nie był to głos Francisa.
Litwin wyjrzał na moment i stwierdzając, że nie ma w pobliżu Feliksa zwrócił się do mnie:
– Szukał mnie?
Przytaknęłam, zauważając, że chłopak ma zafelistą bluzę z króliczymi uszami przy kapturze. Kurde, też taką chcę!
– A dlaczego się chowasz?
– Też byś się chowała gdyby chcieli wcisnąć cię w różową kieckę.
A no tak, słyszałam, że Feliks gustuje też w ubraniach damskich, ale nie sądziłam, że to prawda. Biedny ty, oj biedny Taurys.
– Tą bluzę też wybierał Feliks? – zapytałam bawiąc się króliczymi uszkami od bluzy Litwina.
– …
– Fajna jest – uśmiechnęłam się. – Pasuje do ciebie, wiesz…
– Dobra, droga wolna – Taurys wychylił głowę zza kurtyny i oboje opuściliśmy sklep.
Cała czerwona na twarzy szłam obok Litwina, który wolnym krokiem kierował się w stronę cukierni, gdzie miałam czekać na Tsume, Elizavetę i Rodericha. O rany, rany, co to będzie jak zobaczą mnie z Taurysem. Wtedy Tsume i Eldzia już w ogóle nie dadzą mi spokoju.
Wtem ktoś od tyłu uwiesił się nam na ramionach.
– Gilbert, co ty robisz? – zdziwił się Taurys kiedy zorientował się kim jest ów jegomość.
– Zagilbisty ja, dam wam ten zaszczyt pobycia ze mną trochę czasu i radowania się światłością mojej chwały – odrzekł Prusak a ja z wielkim znakiem zapytania spojrzałam na Taurysa. – A ty, Neco, czemu się czerwienisz? Wiem, że jestem zagilbisty, przystojny i w ogóle, ale nie rób scen.
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, kiedy uprzedził mnie Taurys:
– Lepiej nic już nie mów.
Nie wiem co sobie wtedy pomyślał, ale jego wyraz twarzy nie sugerował niczego przyjemnego. Nawet trochę wyglądało to na obrażenie się. Ale za co? Ja nic do Gilberta nie mam.
– Gilbert, nie masz co robić? – fuknęłam dostrzegając Elisavetę, Tsume i Rodericha.
Kiedy tylko Węgierka zorientowała się, że idę razem z Taurysem i Gilbertem, chyba dostała wścieklizny. Nie wiem skąd wzięła patelnie, ale ruszyła z tym jakże przydatnym garnkiem, w stronę „Pana Zagilbistego”, który z głośnym „West, ratuj!” zaczął uciekać. Elisaveta krzyczała coś w rodzaju:
– Ty pawianie! Jak śmiałeś niszczyć piękne chwile tej dwójki! Zatłukę cię jak psa!
Ogólnie rzecz biorąc zakupy udały się wszystkim. Tylko Taurys nic nie kupił, bo większość czasu chował się przed Feliksem, który chciał wcisnąć go w kieckę.
Dyskoteka zaczęła się równo o dziewiętnastej. Niestety z powodu nagłej wizyty w naszym pokoju Feliciano, moja nowa kiecka została upaćkana sosem do makaronu i nadała się do prania, więc na imprezkę poszłam w zwykłych ubraniach, które miałam na sobie na zakupach. Z reszta nie tylko ja przyszłam zwyczajnie ubrana. Kilka osób z drugich klas też przyszło zwyczajnie ubranych. Między innymi Taurys w tej swojej zajefajnej bluzie z króliczymi uszkami. Wspominałam, że też taką chcę? Chcę taką!
Imprezka została zorganizowana na sali gimnastycznej. Nie no, ale d-ja mieliśmy po prostu zafelistego. Nie, nie był nim Roderich, bo ten puszczałby tylko Chopina, no może ewentualnie Mozarta. Specjalnie na naszą dyskotekę przyjechał najsławniejszy zespół z Polski – Mroczni Bracia Grom. Nie sądziłam, że Germania ich zaprosi. Ale jak widać cuda naprawdę się zdarzają. Bracia Grom zaczęli od swoich największych hitów takich jak „Tanie Wino”, „Goriewa” i „Wódka”. Później posypały się klasyki „Śródziemie 2k7” (podczas którego Tsume dostała jakiejś marsjańskiej głupawki i zaczęła skakać po stolikach), „Kapitan Pietruszka vs Harry Potter” a nawet uraczyli nas piosenką pod tytułem „Przejechał nas tramwaj”.
Ludki uczęszczające do akademii międzynarodowej radowały się tak wielką ilością dobrej muzyki, że głowa mała. Tańczyli, śpiewali, prosili o bisy. To wyglądało bardziej jak jakiś koncert. Ale co tam. Wystarczy, że nie musiałam tańczyć.
– Necomi! Necomi! – wołała Tsume. – No chodź tańczyć!
Pokręciłam głową na znak, że mnie nie da się wyciągnąć na parkiet. Za żadne skarby świata!
– Liciek, pomórz mi! – pan Olo sięgnął po największy kaliber broni i zwrócił się o pomoc do Taurysa. – Musimy ją wyciągnąć do tańca, bo siedzi taka sama.
Jednakże kiedy z powrotem oboje zwrócili wzrok na mnie, mnie już tam nie było. Opuściłam salę gimnastyczną w zawrotnym tempie i pobiegłam do pokoju w akademiku. Było ku temu kilka powodów a) chciałam sie wcześniej położyć, żeby się wreszcie porządnie wyspać, b)nie lubię tańczyć, i nikt nic na to nie poradzi.
Tak więc zaraz po wciśnięciu się w piżamkę w białe tygryski położyłam się do łóżka. I zapewne bym zaraz zasnęła gdyby jakiś jegomość nie zapukał bezczelnie do pokoju.
– Proszę…
Do środka wszedł Taurys.
– A więc tutaj się wyniosłaś…
– Dajcie mi spać – mruknęłam nakrywając się kołdrą na głowę. – Jestem padnięta…
– Heh… no dobrze, to dobranoc – westchnął chłopak i już chciał wyjść, gdy…
– Taurys…
– Tak?
– Dzisiaj w galerii… to nie ze względu na Gilberta… Bo było mi głupio iść z…
– Wiem. Rozumiem.
– Na prawdę? – wyłoniłam się zza kołdry a przed sobą ujrzałam parę niebieskich oczu.
– Taip – Taurys cmoknął mnie w czoło po czym skierował się do wyjścia. – Dobranoc Neco. Słodkich snów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz