Ffick pisany jest raczej z perspektywy Prus, i to mój pierwszy ffick pisany w taki sposób, więc nie wiem czy będzie najlepszy. A podczas czytania (bitwy) włącz sobie najlepiej Linkin Park – Castle Of Glass, bo ffick powstawał podczas tej muzyki i niektóre sceny pasować będą do melodii. Niektóre fakty mogą się niezgadzać z rzeczywistymi. Życzę miłego czytania.
30 VI 1410 r. Piętnaście dni przed bitwą Grunwaldzką.
Niedawno wysłano do Polski posłańca z dwoma mieczami. Król Feliksa miał wezwać wojska polskie i litewskie do bitwy. Co za tchórze! Nie obchodzi mnie czy zdążą się przygotować do wojny. I tak zwyciężymy. Mamy o wiele większą armię, jesteśmy bardziej uzbrojeni. Jesteśmy Zakonem Krzyżackim, do cholery! Pokonamy tych słowian w kilka nędznych minut!
1 VII 1410 r. Czternaście dni przed bitwą Grunwaldzką.
Moje ogromne wojsko zatrzymało się we wsi niedaleko naszego głównego celu – Grunwaldu. Zeskoczyłem z mojego białego rumaka Fridericha. Poprawiłem pas z mieczem i ruszyłem powolnym krokiem do gospody. Zdjąłem z głowy kapelusz i usiadłem przy jednym ze stolików. Czułem na sobie wzrok kilkunastu mężczyzn. Wieśniacy, nikogo szczególnego tam nie można było zastać. Cóż, taki marny urok dziury na końcu świata. Patrzyli na mnie z wielką pogardą. Chyba wiedzieli po co moje wojska przybyły do ich kraju. Na wojnę. Phi, co mnie oni obchodzą? Już niedługo ich ziemie będą w naszym posiadaniu. Zamówiłem sobie piwo.
– Przepraszam. – zwróciłem się do gospodarza. – Chciałbym wynająć tutaj pokój.
Widziałem w jego oczach czystą nienawiść. Nie cierpiał mnie od pierwszej rozmowy. Nie dziwię się mu, on był Polakiem a ja personifikacją Zakonu Krzyżackiego.
– Na jak długo? – zapytał chłodno.
– Na dwa tygodnie. Dobrze zapłacę.
Tak, dla nich liczył się każdy grosz, więc wiedziałem, że mimo wszystkiego zgodzi się i tak też się stało. Podałem mu sakiewkę ze sporą sumą dukatów.
Moi żołnierze porozstawiali namioty blisko wioski, mimo iż to moi podwładni nie będę każdemu fundował noclegu. To żołnierze, niech sobie radzą.
2 VII 1410 r. Trzynaście dni przed bitwą Grunwaldzką.
Od samego wschodu słońca siedziałem na dole w gospodzie. Poprosiłem o piwo i coś do jedzenia. Ci mężczyźni co byli obecni tu wczoraj, dzisiaj siedzieli przy swoim stoliku. Słyszałem jak rozmawiają. Nie oszukujmy się, potrafiłem mówić w języku Feliksa. Mówili o mnie. Skarżyli się na to, że gospodarz przyjął pod swój dach, jak to oni ładnie ujęli, „pomiot szatana”.
– To mój gość. – gospodarz podszedł do nich w pewnym momencie. – Nie życzę sobie…
– No już dobrze, dobrze. – odezwał się wysoki, wąsaty facet z szczerbatym mieczem przy pasie. – Tylko uważaj na swoją córkę.
– Właśnie. – dodał drugi nieco niższy i grubszy. – Tacy jak on lubią takie młode, ładne…
„Tacy jak on”. Czyli jacy? Personifikacje czy po prostu Prusacy? Z resztą co mnie obchodziła jakaś córka wieśniaka? Miałem własne sprawy na głowie.
– Już wy się o to nie bójcie. – odrzekł gospodarz. – Nawet nie wiecie co potrafi moja Alicja.
– Haha! Na pewno… Uważaj na nią. – trzeci mężczyzna wstał od stolika. – Pamiętaj, że jest obiecana mojemu synowi. A ja nie chciałbym mieć w rodzinie kogoś związanego w jakikolwiek sposób z tymi diabłami.
– Bądź spokojny, na razie nie ma jej we wsi.
Spojrzałem się w tamtą stronę. Moja twarz pozostała kamienna. Chciałem dać im do zrozumienia, że rozumiem ich język na tyle dobrze, aby wiedzieć o czym mówią. Podziałało, do wieczoru nawet nie odezwali się na mój temat, ani na temat Zakonu Krzyżackiego.
3 VII 1410 r. Dwanaście dni przed bitwą Grunwaldzką.
Nastał kolejny dzień. Założyłem na siebie tylko spodnie, buciory i białą koszulę. Zapiąłem jeszcze pas z mieczem i zeszedłem na dół do gospody. Siedziałem sam. W pomieszczeniu był jeszcze tylko gospodarz. Zajęty był wycieraniem barku. Postanowiłem więc przejść się po wsi.
Wyszedłem. Wiocha jak każda inna. Piach, błoto i domki z drewna. Jedna iskra wystarczyła aby wioska pogrążyła się w ogniu.
Kobiety, które mnie mijały wraz z dziećmi patrzyły na mnie jak na śmierć przemierzającą przez korytarze ich domostwa. Nie dziwiło mnie to. Byłem ich wrogiem, którego najchętniej poćwiartowali by i spalili na stosie. Było widać, że mężczyźni, których blisko mijałem, byli gotowi do ataku. Nie paliłem się do tego, musiałem zbierać siły na wojnę.
I pewnie szedłbym tak dalej myśląc o niebieskich migdałach, ale… Nagle usłyszałem kobiecy głos. Spojrzałem w tamtą stronę. W kierunku wioski pędził rozjuszony koń z młodą dziewczyną na grzbiecie. Wołała o pomoc. Kasztanowy koń wpadł wściekły do wioski. Białowłosa kurczowo trzymała się uprzęży aby nie spaść ze zwierza. Była przerażona. Strach malował jej twarz. Koń zatrzymał się nagle i zaczął przeraźliwie wierzgać w miejscu. Nikt nie kwapił się żeby jej pomóc. Patrzyli się tylko i gadali między sobą:
– To córka gospodarza.
– Tego co gości u siebie Krzyżaka?
– Tak, właśnie o tym mówię.
Nadal żadnego odzewu pomocy ze strony tutejszej ludności. Ale plotkować mogli by na potęgę. Przecisnąłem się przez tłum i podszedłem spokojnie do konia. Zacząłem go uspokajać. Wiedziałem jak obchodzić się z takimi zwierzętami. Chwyciłem za uzdę i pociągnęłem ku ziemi. Teraz jego głowa znajdowała się na wysokości mojej, a on sam przestał już wierzgać i szamotać się. Zaufał mi i się uspokoił. Dziewczyna siedziała na jego grzbiecie z położoną głową na karku zwierzęcia. Trzymała się jego grzywy i trzęsła się ze strachu.
– Już wszystko w porządku. – powiedziałem po polsku, aby nie wystraszyć jej do końca. – Możesz zejść.
Tłum gapiów oglądał to niesamowite przedstawienie. Usłyszałem przelotem kilka niestosownych słów o mnie a także ciche okrzyki podziwu. Tak, nie spodziewali się, że Prusak pomoże.
Białowłosa spojrzała na mnie. Miała takie piękne, zielone oczy, teraz zaszklone łzami. Kosmyki włosów opadały jej na piękną twarz. Nie była wcale podobna do swojego ojca, gospodarza. Widocznie musiała odziedziczyć wszystko po matce, nie po ojcu.
Zeskoczyła z konia wprost w moje ramiona. Czułem jak drży ze strachu.
– Odprowadzę Cię do domu. – powiedziałem nadal trzymając w lewej dłoni uzdę konia.
Alicja, bo tak było jej na imię, posłusznie skierowała się ze mną w stronę karczmy jej ojca. Szła przede mną a ja prowadziłem jej konia. Była ubrana w długą sukienkę w kolorze hebanu z różowymi koronkami. W tali miała przypasaną lawendową kokardę. A w białych włosach wpiętą czarną spinkę z kameom. Musiała wracać z miasta, ten ubiór nie pasował do stroju wieśniaczki.
Szedłem bez słowa nie chcąc się narażać dość dużej grupce mężczyzn, która wodziła za nami wzrokiem. Myśleli za pewne, że mam jakieś złe zamiary względem dziewczyny. Nie, nie miałem takowych ani żadnych innych.
– Jak się nazywasz? – zapytała w pewnym momencie zatrzymując się na chwilę abym dotrzymał jej kroku.
– Gilbert, Gilbert Beilschmidt. – odpowiedziałem z czystym niemieckim akcentem nawet nie próbując imitować Polskiej mowy.
Myślałem, że dziewczyna ponownie mnie wyprzedzi o kilka metrów, ale nie zrobiła tego. Ufała mi?
– Ja nazywam się Alicja.
Zaprowadziłem ją pod same drzwi gospody jej ojca. Weszła do środka a ja zająłem się jej koniem. Przywiązałem go przed karczmą obok mojego białego rumaka. Po czym także skierowałem się do gospody. Nie zrobiłem może jednego kroku a już pod gardłem zalśnił mi lekko szczerbiony miecz jednego z trzech mężczyzn.
– Myślisz, że nie widzieliśmy? – warknął wąsaty.
– Wszyscy Krzyżacy są tacy sami. – dodał drugi, grubszy.
– Trzeba poderżnąć mu gardło. – stwierdził ten, który wspominał coś o małżeństwie swojego syna z Alicją.
– Przestańcie. – Alicja wstawiła się za mną próbując odepchnąć ode mnie mężczyzn. – Nie rozumiecie. On mnie uratował.
– Co takiego? – zdziwili się.
– Mój koń przestraszył się czegoś i zwariował. Gdyby nie on, nie wiem co by się ze mną stało. – dziewczyna zaczęła intensywnie tłumaczyć. – Uspokoił go.
Mężczyźni prychnęli z pogardą, i wrócili do swojego stolika. Tym razem darowali mi życie. Ale gdyby nie ona na pewno teraz bym się wykrwawiał.
4 VII 1410 r. Jedenaście dni przed bitwą Grunwaldzką.
Obudziłem się dość późno. Na pewno było coś po dziesiątej. Strasznie bolała mnie głowa. Wbrew wszystkiemu to na pewno nie był kac. Nie piłem wczoraj piwa. A może to przez jego brak mnie głowa najewaniała. Nie wiem, ale sądząc, że tak faktycznie mogło być zeszedłem na dół do karczmy. Jej gospodarz patrzył teraz na mnie inaczej. Na pewno był wdzięczny za to, że uratowałem jego córkę. Za to stosunek tamtych trzech (nawet ich nazwałem: „Trzej Muszkieterowie”) nie zmienił się absolutnie. Jeszcze bardziej bacznie mnie obserwowali. Ja oczywiście nie chcąc się im narażać udawałem, że nie słyszę ich rozmów.
– Proszę, to Twoje zamówienie. – Alicja przyniosła mi kufel piwa.
– Vielen danken.
No, no ojczulek zrobił z niej kelnerkę. I to do tego taką która najwyraźniej woli rozmawiać z klientami ojca niż przynosić zamówienia. Usiadła na przeciw mnie. Teraz się uśmiechała. Muszę przyznać tak ładnej dziewczyny jeszcze nie spotkałem
– Skąd jesteś? – zapytała przyglądając się mi.
– Nie zraża Cię to, że jestem Prusakiem? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
Alicja pokręciła przecząco głową.
– Jestem z daleka.
– Po co przyjechałeś?
Pociągnąłem łyk piwa. Po co ona chce to o mnie wiedzieć? Jeżeli ją okłamię straci do mnie zaufanie. Jeżeli powiem prawdę już się do mnie nie odezwie.
– Sprawy służbowe. – odpowiedziałem.
Dziewczyna chyba zrozumiała, że nie chcę o tym mówić. Uśmiechnęła się tylko i zapytała czy coś jeszcze podać. Kiedy usłyszała przeczącą odpowiedź odeszła od stolika i poszła zbierać zamówienia od innych klientów.
5 VII 1410 r. Dziesięć dni przed bitwą Grunwaldzką.
Obudziłem się na dole w gospodzie. Cholera, musiałem się upić do upadłego. Siedziałem przy stoliku z głową na blacie. Naprawdę musiałem wyglądać jak ostatni menel. Głowa mnie najewaniała jeszcze bardziej niż poprzedniego dnia. Wiedziałem, że nie dojdę sam na górę do pokoju, który wynajmowałem, więc przesunąłem się bardziej w stronę ściany. Oparłem się o nią, a głowę ukryłem na blacie stolika, w skrzyżowanych ramionach. Każde słowo, każdy dźwięk, wszystko mnie drażniło.
– Gilbert, wszystko w porządku? – Alicja podeszła do mojego stolika.
Podniosłem na nią wzrok. Wyglądała jakby naprawdę się o mnie martwiła. A może to tylko efekt kaca?
– To tylko kac. – odpowiedziałem najspokojniej w świecie, a ona w te słowa zniknęła w kuchni gospody.
Wróciła po chwili z kuflem pełnego jakiegoś mlecznego napoju.
– To pomoże. – podsunęła mi kufel pod nos. – A jeżeli nie, to zabiorę cię w pewne miejsce.
– A kumple Twojego ojca mnie nie poszatkują? – zapytałem dość poważnie pijąc przy tym maślankę.
– Nie. – odrzekła. – To jak?
– Jeżeli twój ojciec się zgodzi, nie chcę się nikomu narażać. – powiedziałem odsuwając pusty kufel.
Co prawda poprawiło mi się, ale do dalszej podróży zostało mi jeszcze dziewięć dni, a ja chciałem spędzić trochę czasu z Alicją. Chciałem ją poznać. Jako jedyna ze wszystkich mieszkańców tej wsi zaufała mi i próbowała się ze mną zaprzyjaźnić, więc czemu tego nie zmarnować. Tak zaprzyjaźnić, nic więcej nie mógłbym jej dać, nawet jeżelibym chciał. Byłem państwem i musiałem przestrzegać pewnych zasad. Jedną z nich było właśnie brak miłości. Nie mogłem kochać. Nie starzałem się, więc nie mogłem.
– To on zaproponował mi ten pomysł. – wyjaśniła dziewczyna.
A więc on także mi zaufał. Cieszyłem się w duchu.
Alicja poszła na górę i wróciła po krótkiej chwili ubrana w długą, białą sukienkę. Podeszła do mnie i wyciągnęła mnie z gospody. Widziałem jeszcze „Trzech Muszkieterów”, których gesty skierowane w moją stronę oznaczały tyle co: „jeżeli coś jej zrobisz, osobiście Cię zakatujemy”. To nie było potrzebne, i tak nic bym jej nie zrobił.
Białowłosa wyprowadziła mnie za wioskę na zieloną polankę. Słońce grzało niesamowicie a co jakiś czas zaczynał wiać przyjemny, chłodny wiaterek. Tak, teraz głowa już całkowicie przestała mnie boleć a kac zniknął.
Alicja usiadła na kamieniu w najwyższym punkcie polany. Cały czas się uśmiechała. Lecz wiedziałem, że jej radość zniknie, kiedy moja armia pokona wojska polsko – litewskie, a jej dom stanie się częścią Prus.
– No chodź, Gilbercie. – zeskoczyła z kamienia i usiadła na trawię pod potężnym kasztanowcem.
Uśmiechnąłem się lekko i zaraz później usiadłem obok niej w cieniu drzewa. Wiatr rozwiewał jej włosy. Heh… dopiero teraz, w słońcu dostrzegłem, że ma piegi. Ładnie jej w nich było. Byłoby jej ładnie w czymkolwiek.
– Ile masz lat? – zapytałem przerywając długą chwilę ciszy.
– 18. – odrzekła. – A ty?
Westchnąłem głęboko. Ile ja mam lat? Sam nie wiem. Jestem państwem, Zakonem Krzyżackim. Ile mogę mieć lat?
– 19. – powiedziałem, mając nadzieję, że uwierzy bo przecież na tyle mniej więcej wyglądałem.
– Jesteś żołnierzem?
– Tak. – położyłem się opierając głowę o korzenie drzewa.
– Jaki masz stopień?
– Dość wysoki.
– Po co tu przyjechałeś?
Bałem sie tego pytania. Zadała je już drugi raz a ja nie wiedziałem jak na nie odpowiedzieć. Zdobyłem się jednak na odwagę i powiedziałem tak jak było na prawdę. Nie chciałem jej okłamywać.
– Na wojnę. Król Krzyżacki wypowiedział wojnę.
– Rozumiem. – powiedziała kładąc się obok mnie. – Jesteś żołnierzem, musisz wykonywać polecenia króla.
Milczałem. Wolałem nie odpowiadać. Odetchnąłem głęboko patrząc w niebo. Było jasne, błękitne bez żadnej chmurki. Oby takie było podczas bitwy, wtedy na pewno zwyciężymy.
– Powiedz mi, Gilbercie. – odezwała się Alicja. – Czeka w domu ktoś na Ciebie? Jakaś dziewczyna?
Zdecydowanie tego pytania bałem się bardziej niż poprzedniego. W istocie nikt na mnie nie czekał. Nikt. Tylko rząd, który miał nadzieję, że jako personifikacja ich kraju wykonam swoją prace i wrócę zwycięsko.
– Nie, nikt nie czeka. – odpowiedziałem wreszcie przeklinając w duchu te durnowate reguły żywych państw.
– Przyjdziesz ze mną tutaj jutro? – zapytała.
– Jeżeli chcesz.
6 – 10 VII 1410 r. Dziewięć – Pięć dni przed bitwą Grunwaldzką.
Przez najbliższe dni towarzyszyłem Alicji w najprostszych sprawach. Kiedy chciała chodziłem z nią na łąkę, rozmawialiśmy pod kasztanowcem, a wtedy ona za każdym razem pytała dlaczego jestem sam. Czułem z każdym dniem, że moje serce zaczyna się cieszyć kiedy ona jest pobliżu. Czułem, że zakochuje się w Alicji. Nie mogłem tego zatrzymać ani ukrywać.
Przyrzekłem sobie, że powiem jej prawdę. Prawdę o tym, kim jestem i jakie jest moje zadanie. Powiem jej wszystko, kiedy tylko nadejdzie czas.
Dnia dziesiątego lipca siedziałem tak jak zwykle w gospodzie przy stoliku. Standardowo zamówiłem piwo i siedziałem cicho. Co jakiś czas tylko moje oczy wędrowały w stronę Alicji, która błądziła między stolikami zbierając zamówienia.
– Alicja wiele o Tobie mówi, mój drogi Gilbercie. – wtem niespodziewanie dosiadł się do mnie gospodarz.
Spojrzałem na niego bardzo zaskoczony.
- To wspaniała dziewczyna, mądra, ładna, wyjątkowa. – gospodarz mówił dalej. – Nie chciałbym, żeby wiązała się z zwykłym synem kowala. To ją ograniczy. Chciała zostać lekarką. Ma zadatki. Jako dobry ojciec nie chcę niszczyć jej marzeń. Chcę żeby miała dobrego męża. Chciałbym oddać Ci jej rękę, powiedz mi tylko kim jest dla Ciebie moja córka.
Otworzyłem usta ze zdumienia. Co miałem powiedzieć. Czułem zdezorientowanie, w pewnym sensie strach a także byłem pewny, że kocham Alicję. Odpowiedź musiała być natychmiastowa.
– Przepraszam. – wstałem od stołu. – Naprawdę muszę teraz pobyć sam. – i skierowałem się na górę do pokoju.
Nie zatrzymywał mnie. Rozumiał, że musze to przemyśleć, że byłem zaskoczony jego słowami. Rzeczywiście. Byłem też bardzo zmęczony więc kiedy tylko położyłem się do łóżka i zamknąłem oczy, zasnąłem ciężkim snem.
Kochałem ją, ale czy byłaby szczęśliwa z kimś takim jak ja?
11 – 14 VII 1410 r. Cztery – jeden dni/dzień przed bitwą Grunwaldzką.
Obudziłem się rano z gorączką. Nie mogłem zachorować cztery dni przed wojną! To po prostu nie mieściło się w mojej głowie. Nie miałem nawet siły aby podnieść się z łóżka. Patrzyłem na mój mundur leżący na krześle w kącie pokoju. Niech to szlag!
Wtem do pokoju weszła Alicja z tacą. Przyniosła coś do jedzenia i jakieś dziwne ziółka. Położyła swoją dłoń na moim czole sprawdzając temperaturę.
– Nie przeszło Ci jeszcze. – powiedziała co wynikało, że musiała być w moim pokoju już wcześniej.
Alicja położyła tackę na szafce i zaczęła coś z nimi robić. Nie wiedziałem co bo się na tym nie znam.
– To pewnie przez mojego ojca. – powiedziała w pewnej chwili. – Mówił mi o czym wczoraj rozmawialiście…
Odwróciłem głowę w stronę ściany. Nadal nie potrafiłem odpowiedzieć na pytanie zadane przez jej ojca. Chciałem z nią być, kochałem ją, ale zasady nie pozwalały mi na to.
– Nie wiń swojego ojca. – powiedziałem cicho, ale na tyle żeby mnie dosłyszała. – Pewnie złapałem jakiegoś wirusa.
Nie odpowiedziała tylko podała mi jakiś wywar z ziół, który za pewne miał mi pomóc dojść do siebie.
Kolejnego dnia, dwunastego lipca było to samo, a nawet wydawało mi się, że gorzej. Ciągle czułem pulsujący ból w głowie. Nie mogłem przestać myśleć, co doprowadzało do tak silnego bólu, że aż chciało mi się płakać.
Dnia następnego jakby wszystko zelżyło. Nie bolało mnie już nic, mimo to zostałem jeszcze w łóżku. Tym bardziej, że jutro miałem ruszyć już na front.
– Przyniesiesz mi kartkę i pióro? – poprosiłem wieczorem Alicję, kiedy poprawiała mi poduszkę.
– Nie mów, że będziesz pisać testament… – wystraszyła się dziewczyna, ale została uciszona gorącym pocałunkiem.
Tak, Prusacy tacy są. Nie nasza wina, że podobają nam się ładne dziewczyny. Ale też nie nasza wina, że niektóre z nich odwzajemniają te uczucia.
Przyniosła mi to o co prosiłem i bez słowa opuściła pokój. Pewnie ją tym trochę wystraszyłem, a przy najmniej zaskoczyłem. Postanowiłem napisać jej list pożegnalny, bo wreszcie zdecydowałem się co mam zrobić. Serce mi się krajało kiedy myślałem jaka będzie jej reakcja kiedy przeczyta list, ale tak jak już mówiłem, mimo uczucia, które do niej żywiłem, prócz przyjaźni nie mogłem dać jej nic innego. Gdybym był zwykłym człowiekiem już zostałaby moją żoną, ale nie jestem człowiekiem… jestem państwem Pruskim.
Moja ręka kreśliła na pergaminie litery, składające się w słowa. Podczas pisania płakałem. Napisałem kim jestem, po co tu jestem i jaka jest moja rola w Zakonie Krzyżaków. Wyjaśniłem jakie obowiązują mnie zasady. Wyznałem jej miłość, i że gdybym był kimś innym na pewno byśmy byli razem. Zakleiłem kopertę i zostawiłem ją na łóżku. A sam wślizgnąłem się w mundur i opuściłem gospodę tak, że nikt tego nie zauważył. Wsiadłem na mojego konia.
– Hia. – szarpnąłem za wodze, a Friderich ruszył z kopyta w stronę obozu moich żołnierzy.
Dotarłem o wschodzie słońca dnia czternastego lipca.
– Ruszamy na Grunwald! – wydałem rozkaz.
Żołnierze byli gotowi po dwóch godzinach, musieli przecież zapakować wszystkie namioty i inne rzeczy. Byłem wśród swoich, wśród Krzyżaków. Nie spieszyliśmy się. Wojnę mieliśmy rozpocząć kolejnego dnia w samo południe.
Jechałem w milczeniu. Miałem wyrzuty sumienia, że zostawiłem Alicję, ale nie miałem innego wyboru. Ona zasługuje na kogoś kto da jej prawdziwe szczęście i razem się z nią zestarzeje. Ja bym jej tego nie dał. Ona by się starzała a ja nadal miałbym wygląd dziewiętnastolatka.
– Co się stało, przyjacielu? – zagadnął mnie mistrz Zakonu Krzyżackiego Ulrich von Jungingen.
– Nic takiego. – odpowiedziałem.
– Nie musisz się martwić wojną, wygramy. Mamy przewagę, a oni będą błagać nas o litość. – uśmiechnął się Urlich.
Prawda, Feliks i Toris nie dadzą mi rady. Jestem o wiele silniejszy i bardziej wyćwiczony. Obaj będą padać na kolana przede mną i przed całą armią.
15 VII 1410 r. Bitwa pod Grunwaldem.
Nastał ten dzień. Dzień wojny. Przygotowywałem się do tego starcia bardzo długo. A teraz będę miał szansę wykorzystać moje możliwości w walce z Łukasiewiczem i Laurinaitisem. Mój miecz aż prosił się o to, żeby go wykorzystać. Przejrzałem się w jego gładkiej powierzchni a uśmiech zamienił się w smutek.
– Powinienem powiedzieć jej to prosto w oczy… – pomyślałem, ale przerwał mi szef mówiąc, że już z daleka widać polanę, na której miała odbyć się bitwa.
Miałem nadzieję, że to wszystko skończy się bardzo szybko. Obiecałem sobie, że w drodze powrotnej będę musiał się z nią spotkać. Koniecznie!
Słońce znajdowało się w punkcie centralnym nieboskłonu. Grzało niemiłosiernie. Do jasnej cholery, gdzie są wojska polsko – litewskie? Czyżby i tym razem stchórzyli? To do nich nie podobne. Na wojnę stawiali się zawsze. Nasi żołnierze słabli a ciepło wysysało z ich ciał energię.
– Zaraz, zaraz… – powiedziałem dostrzegając w lesie ludzką posturę. – To pułapka! Musimy teraz atakować! Ukryli się lesie!
Wtem z lasu wysypało się całe wojsko polsko – litewskie. Na ich czele ujrzałem Feliksa i Torisa na jasnych koniach. Nasze spojrzenia się spotkały. Popędziłem mojego białego ogiera w ich stronę chcąc dać im porządną nauczkę. Myśleli, że są przebiegli jak lisy, tak? Ja im pokażę!
W mieczach, toporach, kopiach odbijało się słoneczne światło. Dźwięki uderzanego metalu o metal roznosiły się po dzikiej puszczy gdzie ukrywał się wróg. Krew lała się na prawo i lewo. Nikt nad nikim się nie litował. Walka trwała i trwała. Mijał cenny czas, aż wreszcie mój miecz uderzył o miecz Łukasiewicza.
– Ty pruska mendo, myślisz, że uda Cię się nas pokonać? – warknął Feliks.
– Zamknij się, Polen!
Jeszcze bardzo długi czas pojedynkowaliśmy się nie tylko na miecze, ale także na słowa. Na prawdę nie przypominał teraz tego smarkatego dzieciaka. To był żołnierz. Podobnie z Torisem, który całkowicie zniknął mi z oczu. Pewnie walczył z moimi pobratyńcami.
Słońce powoli kierowało się na zachód, a niebo robiło się tak czerwone jak krew lejąca się podczas bitwy.
W oddali dostrzegłem Litwę walczącego na miecze z nieznanym mi żołnierzem. Zwaliłem Polskę z konia i ruszyłem na swoim w ich stronę. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Alicja, ubrana w damską wersję mojego munduru, stała na przeciw Torisa z szerokim, zakrwawionym mieczem. W oczach miała obłęd. Zeskoczyłem z konia i z dzikim pędem ruszyłem na Laurinaitisa. Litwa odskoczył a chwilę później zajęli się nim inni Krzyżaccy żołnierze.
– Alicja, co ty tutaj robisz? – zapytałem, ale w ramach odpowiedzi nasze usta zetknęły się w namiętnym pocałunku.
– Chciałam Cię zobaczyć.
– Tu jest niebezpiecznie, to wojna! – powiedziałem zatroskany.
– Dwa tygodnie temu wróciłam ze szkoły rycerskiej, umiem walczyć. – odrzekła całując mnie ponownie. – Poradzę sobie.
Wskoczyła na swojego kasztanowego rumaka i wymachując mieczem ruszyła w stronę Polski. Zaraz zrobiłem to samo. Feliks to była jedyna osoba, z którą mogła sobie nie poradzić.
– Dwóch na jednego? To nie sprawiedliwe. – stwierdził Łukasiewicz odpierając nasz atak.
Co mnie to obchodzi?! To wojna! Jeżeli nie dajesz sobie rady to uciekaj, albo zginiesz!
Do walki dołączył się Toris na swoim śmietankowym koniu. Alicja na prawdę była wspaniałą wojowniczką. Nie pomyślałbym nigdy, że taka osoba jak ona potrafi tak władać mieczem. Zrozumiałem, że poradzi sobie z Feliksem, więc postanowiłem odciągnąć z tond Litwę. Udało się od razu. Toris szybko wylądował między poległymi błagając o litość. Zostawiłem go, i tak już się nie podniesie. Krwawił obficie i miał złamaną nogę. Zawróciłem konia i ruszyłem na innych litewskich żołnierzy. Zaraz później dowiedziałem się, że Urlich poległ.
Dostrzegłem z daleka, że Alicja to samo zrobiła z Feliksem i siedząc na koniu, patrzyła na niego z góry. Zaraz, zaraz. W tamtą stronę zbliżał się Litwa z mieczem w dłoni. Skierowałem tam konia.
– Alicja, uważaj! – krzyczałem, ale wiatr zagłuszał mój głos.
Spojrzała w moją stronę, ale w tym samym momencie miecz Litwy przebił jej pierś. Spadła z konia. Feliks wskoczył na niego zabierając Torisa i pogalopował w bezpieczniejsze miejsce. Dosłownie sekundę później znalazłem się przy dziewczynie. Jeszcze żyła. Zaciskała lewą dłoń w miejscu gdzie Litwa ugodził ją mieczem. Rękę miała całą we krwi. W oczach miała łzy, z resztą ja też.
– Alicja…
Miałem pustkę w głowie. Alicja była śmiertelnie ranna a ja nie mogłem nic zrobić. Serce waliło mi jak młot.
– Wybacz, że odszedłem bez słowa wyjaśnienia. – po moim policzku spłynęły łzy.
– Nie płacz. – Alicja otarła je prawą ręką. – Proszę Cię, nie płacz. Nie chcę, żebyś płakał.
– Kocham Cię. – wyszeptałem całując ją ostatni raz.
– Nigdy nie zastanawiałam się jak umrę. – powiedziała. – Ale to chyba dobrze umrzeć za kogoś, kogo się kocha…
Po moich policzkach spłynęła kolejna stróżka łez. Żałuję swojej ostatniej decyzji. Żałuję, że nie porozmawiałem z nią wcześniej. Żałuję, że dałem jej walczyć z Łukasiewiczem. Wszystkiego żałuję. Ona umarła… umarła na polu bitwy. To ten kretyński Toris jej to zrobił. Zemsta… Zemsta nic nie da. Zemsta nie zwróci jej życia. Ryczałem jak dziecko trzymając ją za rękę. Usłyszałem za sobą kroki Feliksa.
– Proszę bardzo, zabij mnie! – wrzasnąłem. – Zabij! Dla świętego spokoju!
Poczułem straszliwy ból w prawym boku. Ogarnęła mnie ciemność. Przed oczyma ukazały mi się wszystkie nasze wspólne chwilę. Zaraz później obudziłem się w szpitalnym łóżku należącym do wojsk polskich. Obok niego siedział Feliks. Nie odezwałem się. Dlaczego mnie nie zabił? Było by po wszystkim. Zrozumiałem, że przegraliśmy Grunwald…
– Nie łam się, Gilbert. Życie to największy dar. – mówił Polska i dał mi jakieś małe pudełeczko. – Musisz żyć dalej.
W jego dłoniach dostrzegłem damską spinkę. On też musiał stracić kogoś ważnego. Kogoś kogo kochał.
Otworzyłem pudełeczko. Wyskoczył z niego mały, żółty pisklak. Wypadła też mała karteczka. Przeczytałem:
– „Bądź dumny z ofiary jaką poniosła Alicja, bo umarła w Twoim imieniu. Nie bądź jak zamek ze szkła, który można od tak rozbić. Gabriell, ojciec Alicji”. – spojrzałem na kurczaka, który teraz siedział na moim kapeluszu. – Duma, tak?
Choć od tego wydarzenia minęło już wiele lat, ja nadal się z tego nie podniosłem. Alicja nadal jest w moim sercu i na zawsze w nim pozostanie. Nie wierzę abym jeszcze kiedyś spotkał taką osobę jak ona, ale jeżeli spotkam, dam jej to czego nie zdążyłem dać Alicji. Dam jej bezgraniczną miłość pozbawioną jakichkolwiek zasad.
Gilbert.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz