specjalnie dla Tsume i za jej pozwoleniem, patronatem i takie tam- rozdział Liceum, mojego autorstwa. Jest dla mnie wzorem godnym naśladowania. Więc oto i ten rozdział:
Przed budynkiem liceum na ul. Międzynarodowej zebrała się mała grupka osób z plecakami wypchanymi po brzegi wszystkim tym, co można dostać w monopolowym. Czekali na kogoś, kto najwyraźniej znajdował się w liceum.
-Witam obecnych uczniów! – zakrzyknął Ameryka otwierając drzwi główne szkoły.
Na głowie miał kowbojski kapelusz a przy pasie dwa hamburgery, które miały za zadanie imitować rewolwery. Przez ramię przewiesił sobie torbę, z której wystawały papierowe torebki z McDonalda.
– Mimo, że są wakacje. – Alfred mówił dalej. – Dzisiaj udamy się na leśny biwak. Będziemy spać pod namiotami i takie tam! – grupka obecnych tam uczniów za wiwatowała radośnie. – Tylko musimy zaczekać na kilku opiekunów.
W te słowa, jak na rozkaz, z budynku wybiegł Rosja goniący za Torisem, Polska próbujący uratować Litwę przed towarzyszem Iwanem, a także Niemcy, któremu przyszło nieść Feliciano, który podczas ostatniej imprezy u Gilberta złamał nogę.
– Toris, zatrzymaj się! – zawołał Feliks, kiedy Litwa zmierzał ku ruchliwej autostradzie.
Litwa jak na rozkaz stanął w miejscu. Braginski nie zdążył wyhamować przed krawężnikiem i zatrzymał się dopiero na środku jezdni. I nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że w kierunku Rosji nadjeżdżał rozpędzony tir.
– Psorze Iwan! – krzyknęli zaniepokojeni uczniowie.
– O, witam, towarzysze! – Iwan odwrócił się w ich stronę i z ogromnym uśmiechem na twarzy zaczął do nich machać.
Kierowca tira widząc człowieka na drodze, zaczął trąbić i gwałtownie hamować. Niestety ktoś rozlał na jezdni oliwę z pierwszego tłoczenia i ciężarówka z głośnym „ŁUP!” uderzyła w Rosję. Wszyscy uczniowie zamknęli oczy, żeby na to nie patrzeć, ale ciekawość w końcu zwyciężyła i spojrzeli w stronę „niedoszłego wypadku”.
Na ulicy stał Braginski, cały i zdrowy, a obok w rowie leżała ciężarówka, z której się dymiło.
– No, towarzysze, w drogę! – w dłoniach Iwana zmaterializował się kran, którym zamachnął się jak pałeczką na paradzie wskazując wycieczkowiczom drogę.
– Yyyy… Iwan, nasz kierunek jest z drugiej strony. – stwierdził Łukasiewicz.
Iwan obrócił się na pięcie w stronę, którą wskazał mu Feliks i udając, że się nie pomylił powtórzył gest z użyciem kranu:
– Towarzysze, w drogę!
Może i Rosja nie ucierpiał cieleśnie w zderzeniu z tirem, ale na pewno wszystko to rzuciło mu się na głowę, a przynajmniej na zmysł orientacji w terenie.
Ameryka wraz z Rosją prowadzili wesołą wycieczkę z pieśnią na ustach. Za nimi dreptali uczniowie wraz z Ludwigiem i Feliciano na jego grzbiecie. Na szarym końcu wlókł się Polska, i zapewne gdyby Litwa nie ciągnął go za plecak, to już dawno odłączyłby się od wycieczki.
– I śpiewamy! – zakrzyknął wesoło Alfred. – Parabole tańczą, tańczą, tańczą, tańczą!
Po lesie rozbrzmiała melodia wyśpiewywana przez nauczycieli i uczni z liceum im. Rzymu i Germanii.
– Licia, ja już dalej nie mogę… – Polska upadł na piach pod ciężarem swojego różowego plecaka w kucyki hasające po łące.
– Felciu, nie wygłupiaj się. – powiedział Litwa zatrzymując wycieczkę.
– A… ale, ja nie dam rady… – Łukasiewicz kasłał tak jakby miał zaraz wypluć płuca. – Pomórz…
– Iwan! – Toris w ostateczności spojrzał w stronę Rosji, a ten słysząc swoje imię wypowiedziane przez Litwina, przychasał do niego a jego oczy rozbłysły nadzieją. – Iwan, weź Felcia na barana, bo ten tu ledwo zipie.
– No dobrze… – zgodził się Rosja, ale kiedy podnosił truchło Łukasiewicza (spokojnie, Polska jeszcze żył) zaklął pod nosem.
Teraz tępo wycieczki zwiększyło się dwukrotnie. Ameryka na przodzie wymachiwał BigMcem śpiewając przy tym „Każdy Ziom Zbiera Złom”. Uczniowie przyśpiewywali mu wesoło.
– Doitsu… – odezwał się Feliciano zajadając spagetti z puszki firmy „Winiary”.
– Słucham cię, Iciu. – odrzekł Ludwig.
– Dziś w nocy objawił mi się Latający Potwór Spagetti.
Ludwig poczuł zakłopotanie, ale nie ze względu na słowa młodszego z braci Włochów, ale ze względu na to, że jeden z klopsików Feliciano wylądował na jego czole i teraz powoli zsuwał się w dół.
– Wiesz co mi powiedział?
Niemcy przecząco pokręcił głową.
– Pasta!~ – Feliciano wycelował widelcem przed siebie.
No tak, bo cóż by innego taki potwór powiedziałby naszemu Feliciano, prawda?
– Towarzyszu Feliks, proszę nie kruszyć. – odezwał się Iwan, który dźwigał teraz Łukasiewicza na plecach.
– Ale totalnie jestem głodny. – odpowiedział Polska chrupiąc głośno słone paluszki firmy „Felix”. – Jeżeli się nie pożywię, to generalnie wykituję.
Okruszki od paluszków nie byłyby złe, gdyby nie fakt, że wpadały za kołnierz Iwana i zaczynały go drażnić.
– Licia, chcesz burgera? – Ameryka nie czując już muzycznej weny zaczepił szkolnego psychologa.
– Nie, dziękuję, panie Ameryko. – odrzekł Litwa, ale Alfred i tak wepchnął mu w dłonie tłustą bułkę z przeróżnymi dodatkami.
– Hej ho, hej ho, do lasu na biwak by sie szło. – Feliciano dyrygował widelcem rozrzucając na pobliskich uczniów i innych tego pochodnych, zawartość spagetti w puszce.
– Tak, bo ty na pewno idziesz. – mruknął Niemcy czując, że młodszy brat Włochy robi się coraz cięższy.
– Oj, Doitsu… – Vargas pogłaskał go po głowie. – Śpiewaj razem ze mną.
Nasza wycieczka przemierzała najciemniejsze zakątki galaktyki… a nie, sorry… Nasza wycieczka przemierzała najciemniejsze zakątki lasu aby w ostateczności dojść do ogromnej, zielonej polany.
– No, to jesteśmy na miejscu. – oznajmił Ameryka.
Rosja zrzucił z grzbietu Feliksa, który prawie rozsypał paluszki. Niemcy usadził Feliciano na kamieniu a sam padł na trawę jakby właśnie zakończył wędrówkę po Saharze. Toris zajął się podziwianiem widoków.
– To teraz niech każdy znajdzie sobie jakieś miejsce do rozstawienia namiotu. – pan dyrektor wszedł na korzeń z ciętego drzewa. – Ludwig pójdzie po drzewo. Rosja zajmie się przekąskami na ognisko, a Polska i Litwa. – spojrzał na Feliciano. – Zajmą się wicedyrektorem.
Uczniowie posłusznie zaczęli rozstawiać swoje namioty. Ludwig powędrował w głąb lasu rozejrzeć się za jakąś rozpałką. Iwan zaczął rozpakowywać swoją torbę: wyciągnął stolik z całą zastawą i przeróżnymi przysmakami (jak mówił napis na kartonie) „na wszystkie okazję”. Alfred wyciągnął kolejnego w tym dniu hamburgera i oglądał jak radzą sobie inni.
– Psorze Iwan, a Helena zabrała mi śledzie do namiotu!
– Kabel!
– Wspaniale, towarzyszu! – uśmiechnął się Iwan. – Po powrocie do liceum będzie mała wycieczka na Sybir.
Kiedy już wszystko było gotowe, a słonce zaszło Ludwig rozpalił ognisko. Uczniowie wraz z nauczycielami oblegali teraz jedyne źródło ognia na tej polanie i smażyli kiełbaski, pianki i … makaron? A no tak, przecież Feliciano nie spożywa niczego innego.
Ameryka zniknął na moment w swoim namiocie po czym wybiegł z niego z dzikim rykiem:
– AAAAAAA!!!!
– Co się stało? – zapytał Ludwig, który właśnie posłużył za tarczę Alfreda.
– T-t-tam k-k-k-ktoś j-j-jest! – Jones wskazał niekulturalnie w stronę swojego namiotu.
Feliks podszedł tam i zajrzał do środka, po czym wybuchnął śmiechem:
– Alfred, idioto, to Kanada, twój brat!
– Ja mam brata? – Ameryka podrapał się po głowie. – Nie pamiętam.
Kiedy już wszystko jako tako zostało ogarnięte, wszyscy się najedli, a Rosja zaprzestał nareszcie prześladowania Torisa (bo Polska zagroził po raz tysięczny, że jeśli się do niego zbliży, to jego stolicą stanie się Warszawa), nasi bohaterowie opatuleni w koce, śpiwory i inne tego pochodne, ponownie zebrali się wokół ogniska.
– A teraz czas na straszne opowieści. – Alfred świecił sobie latarką od dołu na twarz, dając przy tym przereklamowany, ale nadal działający efekt straszenia ludzi.
Najpierw Polska opowiedział jak to Prusy, Austria i Rosja zgotowali mu najgorsze lata jego życia. Rzecz jasna nikt nie przejął się jego historią, nie tylko dlatego że straszna wcale nie była, ale dlatego że Łukasiewicz wcale nie potrafił opowiadać.
Kolejny głos zabrał Toris, snując historię o chłopcu uwięzionym podczas zaborów rosyjskich. Z pewnością nie była to straszna historia, ale została uznana za wzruszającą bo kilka uczennic popłakało się wraz z Iwanem.
– Buuu… – chlipał Rosja. – Biedny towarzysz… Buuuu….
Polska spojrzał w jego stronę dając mu do zrozumienia, że historia opowiada o Litwie pod zaborami Rosji. Ale najwyraźniej siła tira, który rano zderzył się z Braginskim była na tyle duża, że Rosja pozbył się kilku szarych komórek. Hmm… a może to rezultat ciągłego żłopania wódki przez Iwana?
Na sam koniec Alfred uraczył wszystkich przerażającą opowieścią o ogromnym potworze z ostatniego kręgu piekła, o galaretowatej egzystencji, który pożerał wszystkie dzieci, hamburgery, państwa i licealistów. Potwór ten nosił imię, imię tak straszne, że nawet Iwanem zaczęło trząść ze strachu. A jego imię brzmiało: Witold. Otóż, Witold budził strach i grozę, bowiem nie wiedział co to litość.
Feliciano chował się za Ludwigiem i panicznie trząsł się ze strachu. Niemcy zachował jednakże kamienną minę i słuchał dalej. Feliks siedział Torisowi na kolanach i trząsł się jak to coś do robienia koktajlu. Kilka uczennic piszczało ze strachu.
– I jeżeli nie będziecie grzeczni, to on po was przyjdzie. – mówił Ameryka. – Bo Witold wie gdzie wy mieszkacie. Witold was dorwie, i na co…
– BU! – nagle jakiś cień krzyknął Alfredowi prosto do ucha.
Feliks zaczął się drzeć wraz z uczennicami. Rosja pochwyciwszy jakiegoś ucznia wymachiwał nim jak szabelką. Ameryka wpadł w panikę wykrzykując coś w rodzaju:
– To Witold! Ratuj się kto w Świętego Monitora wierzy!
W obozie zapanowała totalna panika. Przekrzykiwano się i chowano do namiotów. Tylko Litwa pozostał nie wzruszony.
– Uspokójcie się! – krzyknął Litwin a całe towarzystwo nagle zatrzymało zbiorową ewakuację przeciw potworowi Witoldowi i ich patrzałki zwróciły się ku Torisowi. – To tylko Kanada.
– Kto?
– Kanada, twój brat, Alfredzie.
– Ja mam brata? Nie przypominał sobie.
TYE ENDIE, KONEC, KONIEC I TAKIE TAM INNE TEGO POCHODNE…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz