Witam,
Jako że dotrzymuję danego słowa, dzisiaj nareszcie, wyczekiwany (może ktoś naprawdę na to czekał…) pierwszy rozdział koloni z Hetaliami. Całą tę serię dedykuję moim znajomym z okolic Międzyrzecza (pozdrawiam: Radka, Olę, Magdę, Martynę, Beatę, Paulinę, Siome i resztę znajomych, których być może nie pamiętam tak dobrze), z koloni 2012, podczas, której wybraliśmy się do Wisły, w góry. Dlatego też bardzo dużo wydarzeń zawartych w tej serii fficków wydarzyła się naprawdę, niektóre (nowe, nie Hetaliowe) postacie wzorowane są na osobowościach moich współlokatorek (z jednego i drugiego pokoju) i innych fajnych ludków z koloni. Zapraszam więc na pierwszy rozdział Ośrodka św. Fafrocha…:
– Kto zabrał moje hamburgery?!
– Zamknij się!
– Doitsu!~ Pasta!~
– Totalnie i generalnie…
– Jestem Kanada…
Gwar w sali konferencyjnej był nie do ogarnięcia. Państwa przekrzykiwały się nawzajem, próbując wypowiedzieć się na jakikolwiek temat. No i oczywiście nikt nie zauważył Kanady. Niedługo miały zacząć się wakacje i koło „opiekunów” musiało ogarnąć tę sytuację.
Ameryka wymachiwał energicznie hamburgerem nad głową Arthura. Francis nadzwyczaj spokojnie siedział przy oknie i obserwował dzieci grające w piłkę, na boisku. Tosiek i Romano rzucali się pomidorami. Panienka Węgry obserwowała Gilberta z chęcią przywalenia mu patelnią. Polska grał z Torisem w szachy, gdzie na mocy Prawa Polskiego wciąż wygrywał. Feliciano uwiesiwszy się na szyi Ludwiga śpiewał cudowną pieśń o paście. A towarzysz Iwan dla odmiany chlał wódkę.
– Uspokójcie się! – nerwy Transylwanii nie wytrzymały i Stolica Wampirów przerwała sielankę. – Jesteście na konferencji!
Krzyki, wrzaski, pijańskie śpiewy, śmiechy, chichy i strzały z karabinu ucichły i wszyscy zwrócili wzrok w stronę Bathory. Lilith rozejrzała się po sali konferencyjnej, a kiedy napotkała wzrok Ameryki, Alfred przeżegnał się z kamiennym wyrazem twarzy. Zaraz później jej czerwone oczy napotkały młodszego z braci Włochów z ręką w górze.
– Słucham cię. – odezwała się nieco spokojniej.
Feliciano zaczerpnął powietrza, otworzył (!) swoje orzechowe oczy, uśmiechnął się i…
– Pasta!~
***
Przed budynkiem gminy zebrała się spora grupka dzieciaków w wieku od 7 do 16 lat. Każde z nich przytachało ze sobą wielkie torby i walizki podróżne wypchane po brzegi.
Słońce grzało niemiłosiernie – w końcu był to początek wakacji.
– Kiedy ten autobus w końcu przyjedzie? – jakaś gimnazjalistka położyła się na swojej torbie w cieniu.
– Aż tak ci spieszno? – mruknęła dziewczyna, która najwyraźniej była jej siostrą bliźniaczką. – Najchętniej wróciłabym do domu.
– Oj, nie przesadzaj, Gośka. – blondynka zsunęła się z torby na chodnik. – Będzie super. Ja Izka, ci to mówię.
Gośka przewróciła tylko niebieskimi oczami i oparła się o ścianę urzędu gminy.
– Bingo! – oczy wszystkich zwróciły się teraz w stronę rudowłosej dziewczyny z wielkimi kwadratowymi okularami na nosie w stroju dość wyszukanym: spodnie ogrodniczki, koszula w kratę i trampki; która robiła coś na swoim telefonie, a kiedy poczuła na sobie wzrok obecnych, zmieszała się trochę i ucichła.
– Jadą! Jedzie autobus! – wykrzyknął siedmioletni Piotrek biegając teraz pomiędzy torbami i uczestnikami koloni.
Autokar zajechał nareszcie przed budynek gminy. Drzwi otworzyły się i wypadło ze środka kilku dorosłych facetów biegnących wprost do gminnej toalety. Na samym końcu wyszedł z autobusu wysoki jasnowłosy mężczyzna w okularach i kowbojskim kapeluszu. Za nim z autobusu wyczołgał się zielonooki blondyn lekko fioletowawy na twarzy.
– Cześć! – zakrzyknął wesoło F. Jones (jak wskazywał napis na plakietce). – Nazywam się Alfred i będę waszym głównym opiekunem na koloni. Bo ja jestem hero!
Koloniści spojrzeli po sobie z bardzo niepewnymi wyrazami twarzy, a ich uczucia zostały całkowicie zmieszane z marmoladą, kiedy reszta opiekunów wróciła z gminnej toalety i skierowała się do autobusu.
Pan Ameryka wyczytał listę uczestników i wszyscy weszli nareszcie do autobusu. Zajęli miejsca. Za „kółkiem” usiadł niski Brytyjczyk, który od razu został nazwany przez dzieciaki „panem Krzaczaste Brwi”.
– Proszę zapiąć pasy! – Francis dorwał się do autokarowego radyjka. – Tak na wszelki wypadek, ale miejmy nadzieję, że Arthur prowadzi lepiej niż gotuje!
– HEJ! – burknął Anglia zdzielając Francję prawym sierpowym. – A ty niby potrafisz prowadzić, żabojadzie!
– Zignoruję cię!~ – stwierdził blondyn siadając na miejscu pilota wycieczki.
Autobus nareszcie ruszył z kopyta (?). Przez dłuższy czas wszyscy koloniści siedzieli w milczeniu, z niecierpliwością wpatrując się w opiekunów. Na szczególną uwagę Gośki zasłużył jasnowłosy mężczyzna o fioletowych oczach, dziecinnej niewinnej twarzy i w dziwnym stroju (z szalikiem? W środku lata?).
– Spójrzcie tam! – po jakichś dwudziestu długich minutach Ameryka poderwał się ze swojego siedzenia i wskazał hamburgerem na okna po lewej. Oczy wszystkich powędrowały w tamtą stronę, a zaraz dało sie usłyszeć ciche westchnięcia bez entuzjazmu. – To las!
– Licia, nudzi mi się. – z końca autokaru doszedł wszystkich głos Polski.
– I co ja ci na to poradzę? – mruknął Toris bez zaangażowania wychylając się zza gazety, którą właśnie czytał.
– Nudzi mi się… – powtórzył Feliks rozkładając się na siedzeniu.
Litwa przewrócił oczami i zaczął grzebać w torbie aby po chwili wyciągnąć z niej gazetę z kucykami na okładce.
– To nowy numer „W siodle”. – oczy Łukasiewicza rozbłysły szczęśliwie i pochwycił w dłonie swoją najukochańszą gazetę o koniach i kucykach.
– Miałem ci to dać dopiero na miejscu, ale skoro twierdzisz, że się nudzisz… – mówił Toris, ale Polska już najwyraźniej go nie słuchał bo czytał kolorowe pismo dla dzieci w wieku od 7 do 12 lat.
Bliźniaczki siedziały razem na trzecim miejscu w autobusie, bacznie obserwując jak Francja robi papierowe samolociki, które kończą swój żywot gdzieś na terenie autobusu.
– O, a to będzie Tupolew. – Francis nabazgrał coś na jednym z samolocików i rzucił go.
Samolocik poszybował w siną dal, przeleciał nad głową Polski i zatrzymał się w jasnych włosach Braginskiego. Iwan zorientowawszy się, że coś wylądowało mu na głowie, z ciągnął papierowego Tupolewa i przeczytał po cichu napis na jego skrzydle. Po czym rozejrzał się a w jego ręku zmaterializowała się gałązka brzozy. Wypuścił samolocik do ponownego lotu i wystawił przed niego gałązkę, która po zderzeniu się z papierowym Tupolewem przełamała się a samolocik zakończył lot katastrofą lotniczą.
– Iwan, co ty robisz? – Polska odwrócił się w stronę Rosji, który siedział teraz odrywając od samolocika trzy czarne, papierowe kwadraciki. – Ty cholerny… – Polska zerwał się z siedzenia, popędził w stronę Iwana i zaczął wyrywać mu wrak papierowego samolocika z rąk. – Oddaj! To własność Polski! A od czarnych skrzynek wara!
– A idź ty! – fuknął Iwan chowając wrak papierowego Tupolewa za pazuchą. – Nie oddam! Kol!
Polska z obrażoną miną wrócił do czytania swojego magazynu. Tak, z Rosją nie było co się drażnić, bo jeszcze by kolejna wojna wybuchła.
Koloniści z zaaferowanymi minami przyglądali się temu występowi mając w duchu nadzieję, że tajemnica katastrofy Smoleńskiej wyjdzie na jaw, ale niestety spotkało ich rozczarowanie.
Autokar przemierzał polskie ulice (polskie – chodzi o to, że dziurawe, w rozsypce i ogólnie do dupy) co róż to wpadając w dziury, w jezdni.
– Osz, holender jasna! – zaklął Arthur za co został zbesztany przez Francję (który siedział najbliżej kierowcy).
– Kurde! Nie przeklinaj przy dzieciach! – Francis zamachnął się, ale Anglia zrobił wspaniały unik przed jego pięścią i nagle zatrzymał autobus, przez co Francja (a sam mówił, żeby zapinać pasy) wyleciał z fotela pilota i znalazł się na szybie przedniej autokaru. Teraz powoli ześlizgiwał się po niej, zostawiając smugi.
– Ty cholerna franco! Ja ostatnio myłem te szyby! – wykrzyknął Arthur.
Autobus ruszył ponownie, a Francja pamiętał tym razem o zapięciu pasów. Jednakże okazało się, że ktoś lub coś wcześniej podgryzło ów pasy i Francis został zmuszony do posadzenia swojej części ciała, której nie wystawia na widok publiczny, na fotelu obok największego hero w tym autobusie.
– Doitsu~ – odezwał się Feliciano kończąc pizzę.
– Czego? – mruknął Niemcy odrywając się na moment od swojej książki o powszechnie znanej tematyce.
– Doitsu… – zachlipał Włochy. – Pasta mi się skończyła.
Niemcy widząc, że dalej już sobie w spokoju nie poczyta, zamknął książkę i wyciągnął z pod siedzenia przenośną lodówkę, której zawartość doprowadziła młodszego z braci Włochów w stan radości i bezgranicznej miłości do Ludwiga. Albowiem w środku tej lodówki znajdowały się zapasy pasty.
– Oh, grazie mile, Doitsu! – Feliciano uwiesił się na szyi Niemiec i cmoknął go w policzek, a kiedy Ludwig spojrzał na niego w sposób w jaki jeszcze nie patrzył na Włocha, Feliciano zaczął wymachiwać białą flagą, myśląc, że zrobił coś złego. Wywołało to ciche chichoty wśród starszych kolonistów.
– I jeszcze raz… – Ameryka przechadzał się po autobusie nucąc melodię. – Jesteś sterem, białym żołnierzem. Nosisz spodnie, więc walcz!
– Alfred, kurna, zamknij się! – Romano poderwał się z siedzenia i już chciał rzucić w stronę Ameryki pomidorem, kiedy zorientował się, że wszyscy obecni w autobusie wlepili w niego swoje patrzałki z nadzieję, że Włochy Południowe pozwoli dalej wyśpiewywać pieśni wojenne.
– Przepraszam… – odezwała się siedmioletnia Zosia a jej słowa skierowane zostały do Ameryki jako do głównego opiekuna wycieczki.
– Tak?
– Chyba będę żygać. – stwierdziła dziewczynka.
– Nie mówi się „żygać” a „wymiotować”. – poprawił ją Feliks, ale po chwili zrobił się zielonkawy na twarzy, zatkał sobie usta dłonią, porwał Torisowi torbę i z głośnym „BŁE!” stwierdził: – Łosz kurde, totalnie się pożygałem.
– Do mojej torby… – dodał nieco ciszej Litwa z dość niewyraźną miną.
Autobus jechał prawie przez cały dzień, aby w ostateczności zatrzymać się przed hotelem… yyy… no dobra, to nawet nie przypominało ośrodka wypoczynkowego, ale cóż, to tylko kolonia.
Pierwszy z autobusu wystrzelił Gilbert z krzykiem: – Z drogi śledzie, muszę do kibla! – na co Feliks przewrócił oczami i pokręcił głową. A zaraz za Prusami wyleciała połowa kolonistów z podobnym okrzykiem bojowym.
Ameryka wyprowadził dzieciaki, młodzież i państwa z autobusu, i wszyscy skierowali się do ośrodka (jak wskazywał szyld) imienia św. Fafrocha.
– Słucham. – recepcjonistka spojrzała na Alfreda zza okularów – połówek.
– Nazywam się Alfed F. Jones. – powiedział Ameryka szczerząc zęby. – Nasza kolonia miała tu rezerwację.
– Tak, tak. Proszę, to kluczę. – recepcjonistka podała Alfredowi klucze, a on wtedy po raz kolejny obwieścił światu jaki to on jest hero.
Po rozdzieleniu pokoi, pozostawieniu bagażu, nasi koloniści wraz z opiekunami wyruszyli na kolację.
– Jak już zjecie… – zaczął Ameryka, ale widząc co niosą kucharki, poczuł zakłopotanie. – …to coś… zjawicie się w głównym korytarzu na jako takim apelu. A teraz życzę smacznego.
Koloniści dość niechętnie zaczęli konsumować wieczorny posiłek, który pierwotnie miał być ich kolacją.
– Ja tego nie będę jeść. – mruknęła Gośka mieszając łyżką w niezidentyfikowanej brei.
– Daj spokój, siostra. Chociaż spróbuj. – Iza wsuwała tę nieokreśloną paciaję tak szybko, że jej siostra nie nadążała jej nalewać.
– Heh, te dwie kogoś totalnie mi przypominają. – kilka stolików dalej siedziały państwa.
– Kogo, Feliks – san? – zapytał Kiku, a Polska w odpowiedzi skinął głową w stronę braci Włochów.
Romano obrażony na cały świat siedział obok swojego młodszego braciszka Feliciano, który z ogromnym zacieszem pałaszował nie zidentyfikowany obiekt podany przez kucharki.
– Braciszku, zjedz chociaż trochę. – Veneziano usiłował wepchnąć bratu do ust łyżkę z szemraną zupą. – Smakuje jak pasta.
– Kurna… – Romano otworzył usta, co wykorzystał Włochy i wepchnął bratu łyżkę do ust. – Ło kurna, serio jak pasta.
Zaraz po jako takiej „kolacji” koloniści posłusznie zebrali się w głównym korytarzu i na rozkaz Alfreda podzielili się na wiekowe grupki, i do tego jeszcze rozdzielili się na chłopców i dziewczyny. W rezultacie powstało 6 grup: dwie pierwsze to dzieci w wieku 7 – 10 lat, kolejne dwie to osoby w wieku 11 – 13 lat, a ostatnie dwie to młodzież.
– A więc. – zaczął Ameryka. – Teraz każdej grupie przydzielę opiekuna. Wy! – wskazał na najmłodszych. – Waszymi opiekunami będą Japonia i… – zamyślił się na moment widząc Francisa napalonego na tę posadę, ale wskazał palcem w stronę jakiegoś faceta, który przypominał go samego z wyglądu. – Ty będziesz ich opiekunem!
Alleluja! Alleluja! Alleluja! Kanada został zauważony!
– Waszymi opiekunami. – teraz Alfred zwrócił się do grup drugich. – Będą Niemcy i Feliciano.
– Doitsu!~ Słyszałeś? Ale supcio! – Włochy Północne uwiesił się Ludwigowi na szyi.
– A waszym… – teraz jego palec powędrował w stronę młodzieży. – Chłopcy będą pod moją opieką, a dziewczyny pod opieką Rosji.
W te słowa i koloniści i państwa spojrzeli w stronę wejścia gdzie stanął Iwan z flachą w dłoni. Powiało chłodem.
– Ameryko, jesteś pewny, że to bezpieczne? – Polska rzucił mimochodem, widząc, że Braginski jest (trochę) pijany.
– Heh… Polsko… – westchnął Ameryka. – Ta dzisiejsza młodzież jest…
Nie dokończył bo przerwało mu głośnie „ŁUP!” wydobyte z torebki Gośki, która waliła Iwana po głowie, bo ten chciał „przywitać” podopieczne.
– …młodzież teraz jest bardzo agresywna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz