Hej,
Nazywam się Necomi. Jestem przeciętną nastolatką, która ma swoje własne dziwne życie, które wiodłam sobie spokojnie w mieście, do czasu tego przyjazdu podejrzanie wyglądającego gostka (wysoki, długie blond włosy zaczesane do tyłu – całkiem jak Legolas z Władcy Pierścieni) do mojej szkoły.
Dyrektor twierdził, że facet ten jest ważną osobistością, więc mieliśmy zachowywać się jak przystało na porządną młodzież. A przynajmniej ci, którzy nie zrobili sobie wakacji dwa tygodnie przed ów wspomnianymi dniami wolnymi.
Tego dnia, tak jak zwykle, siedziałam na stołówkowym uboczu czytając mangę i zajadając karpatkę zrobioną przez moją babcię. Ta… uwielbiam karpatkę!
Nagle poczułam, że ktoś sterczy nade mną i przygląda mi się. Naprawdę wkurzające uczucie. Podniosłam więc wzrok na tego osobnika i już chciałam mu wygarnąć co myślę o sterczeniu nad niewinnymi osobami, ale zaniechałam tego stwierdzając, że osobą tą jest ów wspominana ważna osobistość.
– Pomóc w czymś? – zapytałam.
– W zasadzie to tak – odrzekł mężczyzna siadając przy stoliku na przeciw mnie. – Obserwowałem cię trochę czasu i stwierdziłem, że nadajesz się do naszej szkoły.
Podsunął mi ulotkę jakiejś naprawdę dobrze prezentującej się akademii. Przeglądnęłam ją uważnie. To było coś. Ogromna szkoła z internatem, stołówką, biblioteką, trzema salami gimnastycznymi, dużą ilością kółek zainteresowań, salą teatralną. Naprawdę ful wypas. Ale jej odległość od mojej obecnej szkoły, miasta w którym mieszkam była równie duża.
– To międzynarodowa akademia, w której łączymy wszystkie narodowości świata. A z tego co wiem od twoich znajomych i nauczycieli jesteś bardzo specyficzną osobą…
– Co ma pan na myśli?
– Słyszałem, że potrafisz wiele języków, interesujesz się ponoć kulturą innych krajów. Jesteś dla nas idealną uczennicą – odrzekł. – Dlatego też pozwoliłem sobie zaprosić twoich rodziców do szkoły aby przedyskutować tę kwestię. Zgodzili się, ale ostateczny wybór należy do ciebie.
Zamyśliłam się na moment. W końcu owa akademia znajdowała się aż we Włoszech, ale ostatecznie zgodziłam się. Tydzień po odjeździe pana Germanii, bo tak właśnie nazywał się nasz gość, dostałam list z Włoch o potwierdzeniu przyjęcia mnie do szkoły międzynarodowej i zestaw mundurku szkolnego (spódniczka w czarno – białą kratę i czerwony żakiecik).
– I tak właśnie się tu dostałam – zakończyłam opowieść biograficzną, o którą poprosił mnie nowy znajomy, poznany w autobusie, który właśnie przejechał granicę z Włochami.
– Dość ciekawe – uśmiechnął się Roderich poprawiając okulary, które osunęły mu się trochę. – Więc to twój pierwszy rok w akademii Axis Powers.
– Tak. Ty też dopiero startujesz w pierwszej klasie?
– Nie. Kotowanie mam już za sobą. Jestem rocznik wyżej niż ty. Nie masz się czego bać. Początki zawsze są trudne, ale jak się rozkręcisz, wszystko poleci jak z górki – powiedział Austriak.
– Mam nadzieję. Pierwszy raz jestem aż tak daleko i długo poza domem. Nie umiem nawiązywać dobrych relacji z otoczeniem.
– Jak na razie ze mną nawiązałaś bardzo dobrą relację – kolejny raz się uśmiechnął. – Dam ci kilka wskazówek. Widzisz tamtych z przodu? Blondyna i albinosa? – przytaknęłam. – Są braćmi z czystej Niemieckiej krwi. Blondyn, Ludwig jest spokojniejszy, młodszy i jednocześnie apodyktyczny. Drugoklasista. Jego starszy brat, Gilbert, trzecioklasista, zarozumiały egoista z zamiłowaniem do małych, żółtych kurczaków. Dziwak.
– Kurczaki? – zdziwiłam się. – Masz ci los…
– Tamten – skinął głową w stronę chłopaka o blond kręconych włosach. – Czysty Francus. Uważaj na niego, bardzo klei się do dziewczyn, z resztą nie tylko. Nazywa się Francis. Druga klasa.
– Będę pamiętać.
– A tam, to Vash i jego młodsza siostrzyczka Lily. Mimo iż są rodzeństwem, on pochodzi z Szwajcarii a ona z Liechtenstein. Vash jest ze mną w klasie i ma słabość do serów. Lily, fanka swojego brata i wszystkiego co słodkie, będzie zapewne z tobą w jednej klasie. To jej pierwszy rok.
– Fanka?
– Ceni go jako bardzo dobrego przyjaciela, nie to co Natalia i Iwan.
– Natalia i Iwan?
– Tak. Ona wręcz najchętniej poślubiłaby swojego starszego brata. Ale nie jadą tym autobusem. Spotkasz ich na miejscu, a Natalia prawdopodobnie będzie w twojej klasie.
– Aha…
– O, a tamci dwaj to bracia Włosi, młodszy Feliciano i starszy Romano. Miłośnicy makaronu. Są wnukami Dziadzia Rzymu. Nie dogadują się dobrze. Romano jest w drugiej klasie, natomiast Feliciano będzie w klasie z tobą. Obok nich siedzi Hiszpan, Antonio. Najlepszy kumpel Romka, dzielący z nim pomidorową pasję.
– Dziadzio Rzym? – powtórzyłam zdziwiona.
– Jeden z dwóch dyrektorów naszej akademii. Każe mówić na siebie Dziadzio Rzym albo Cesarstwo Rzymskie. Jest trochę dziwny. Ale przywykniesz.
– A mnie nie przedstawisz, Roderich? – nagle doszedł nas dziewczęcy głos i słoneczny blask odbity w czystej patelni.
– A no tak, Necomi, poznaj moją dziewczynę Elizavetę. Węgierkę czystej krwi.
Elizaveta była naprawdę ładną dziewuszką, o zielonych oczach i brązowych falujących włosach. Roderich naprawdę miał szczęście trafiając na taką piękność. Tylko ta patelnia, którą dzierżyła w rękach, przynosiła mi na myśl Kuchenne Rewolucje.
Autokar ostatecznie zatrzymał się przed ogromnym budynkiem szkoły. Naprawdę robił wrażenie. Na ulotce zdawał się być mniejszy. Ale w końcu cztery piętra robią swoje, prawda? Do tego piękny zielony park z wyłożoną kamieniami dróżką.
– Robi wrażenie, prawda? – odezwał się Roderich.
– Niesamowita – skinęłam głową.
Przed szkołą zatrzymały się jeszcze trzy autokary – słowiański, azjatycki i zaoceaniczny. Dowiedziałam się mniej więcej od Rodericha kto jest kim i do jakiej klasy uczęszcza. Okazało się również, że szkoła posiada osiem różnych klas. Ja miałam dopiero chodzić do pierwszej, więc trochę tu posiedzę.
Kiedy tak przyglądałam się wszystkim ucznią międzynarodowej akademii moje oczy napotkały niebieskie oczy jakiegoś brązowowłosego Słowiana. Uśmiechnął się do mnie po czym został zaciągnięty do budynku szkoły przez swojego niskiego, blondwłosego przyjaciela, który jak się później okazało był Polakiem.
Poszłam razem z Elizavetą do gabinetu dyrektorów, gdzie podążyło większość pierwszoklasistów. Tego pierwszego, Germanię, poznałam jeszcze przed wakacjami, gdy przyjechał do mojego gimnazjum. Ten drugi, zapewne Starożytny Rzym, naprawdę przypominał braci Włochów. No może minę miał bardziej rozanieloną i trochę nie ogarniał sytuacji jaka panowała. Germania zajął się wszystkim. Rozdał nam klucze do pokoi i plany lekcji.
Internat czy też akademik, jak kto woli, łączył się korytarzem z budynkiem szkoły. Był naprawdę duży. Podzielony na dwa sektory – dla dziewcząt i dla chłopców. Natomiast pokoje były dwuosobowe, choć trafił się jeden czteroosobowy, który od razu zaklepała Elizaveta. Jak się później okazało w środku rozpakowywały się już dwie dziewczyny z pierwszych klas. Nijaka Białorusinka Natalia i Lily z Liechtensteinu. I jedna z klasy czwartej, Ukrainka Katjusha, starsza siostra Natalii.
Ja natomiast w dalszych poszukiwaniach znalazłam pusty pokój i w ostateczności miałam zamieszkać sama. Cały pokój dla mnie. Jak miło. Ale jednak ktoś wszedł do pokoju taszcząc ze sobą walizkę wypchaną po brzegi. Ów dziewczyna w jasnych włosach i dziwnie podobna do hobbita z Tolkienowskiej powieści, nosiła imię Tsume i pochodziła z dalekiej krainy Shire mieszczącej się na terenie polskiej Łodzi. Również pierwszoklasistka. Dość interesująca osoba z wyobraźnią przekraczająca granicę możliwości. Mam też powody sądzić, że jest spokrewniona z Frodo Bagginsem, gdyż wyciągnęła zza pazuchy Jedyny Pierścień i kazała na siebie mówić Pan Olo. No i tak jak ja – wierna Otaku!
A jak tylko moja głowa zetknęła się z miękką poduszeczką od razu zasnęłam. Zapowiadał się naprawdę interesujący rok szkolny…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz