Muzyka

sobota, 30 listopada 2013

Młodej Parze

Tam tam ta dam! Tam tam ta dam! – marsz weselny
Zanim cokolwiek, chciałabym złożyć najszczersze gratulacje młodej parze – Krysi i Zenkowi. Życzę Wam wszystkiego co najlepsiejsze, dużo zdrowia, szczęście pomyślności, bardzo dużo też miłości. Idealnego ślubu. Wspaniałej potańcówy na weselu. Wspaniałego i kochanego syna. I czego tam jeszcze chcecie, a ja na to nie wpadłam.

Życzy bratanica Agata

I w ramach takiego małego prezenciku ode mnie oto obrazek ślubny (który w oryginale został dołączony do prezentu ślubnego):
– Giń ty Krzyżacki pomiocie! – darła się Tsume wymachując przed nosem „Pana Zagilbistego” laską Gandalfa, którą wytrzasnęła… no nie wiem skąd.
Nie zapominajmy, że blondynka stała na szkolnej ławce a na sobie miała Frodową pelerynkę, którą dostała w prezencie od Iwana. Cóż, muszę przyznać, że wyglądała jak prawdziwy hobbit. Przed nią, na podłodze leżał Prusak. Albowiem dosłownie przed chwilą jeszcze oboje szarpali się na ławce i traf chciał aby to miłośnik kurczaków zleciał na podłogę.
– W imię Wielkiego Frodo Bagginsa, Harry’ego Pottera i Latającego Potwora Spaghetti przeklinam cię, pruska mendo! – moja Tolkienowska współlokatorka dźgnęła Gilberta kijem Gandalfa prosto w nos. – Nikt nie będzie obrażać Necomi w mojej obecności! – i wskazała laską w moją stronę.
Tak, poszło im o to, że Gilbo nazwał mnie swoim Kurczakiem. Nie mówię, że mi to się podobało, ale ja na pewno nie rzuciłabym się na niego z bronią, bynajmniej nie białą (choć, ta laska Gandzialfa miała taki kolorek). Z resztą nie wiem jak Tsume namówiła mnie żeby zapisać się do tego kółka teatralnego. Za to wiem jakie były jej intencje. Taurys należał do tego kółka. Nie wiem… ona chyba przybrała syndrom swatania.
– Zabieraj mi ten brudny badyl sprzed mojej zagilbistej twarzy! – warknął Prusak zrywając się na równe nogi.
– On nie jest brudny!
Tsume zeskoczyła z ławki, na której stała i pochwyciwszy za jakieś grube tomisko, będące zapewne „Encyklopedią PWN”, zaczęła gonić Gilberta po całej klasie w rytm szalonej muzyczki z Benny Hilla, którą Feliks (ku uciesze wszystkich) zapuścił głośno z różowego telefonu.
– Ale… CO SIĘ TUTAJ DZIEJE?! – do klasy wszedł Dżardżamel (nowy przydomek Germanii, zgadnijcie kto go wymyślił).
Obleciał nas lodowaty chłód. A Tsume zaprzestała mordu na Gilbercie i usiadła grzecznie obok mnie w ławeczce. Feliks z nerwów nie mógł wyłączyć telefonu, co uczyniła Elizaveta za pomocą patelni, a w ślepkach Polaka pojawiły się łzy. Minka paluszkojada mówiła „Mój biedny telefonik”. Gilbert ukrył się za rozkładaną tablicą. Wspominałam, że on nie należy do kółka teatralnego? On wpadł do nas aby „zaszczycić nas swą zagilbistą obecnością”. A Taurys? Taurys nawet na moment nie oderwał się od okna podziwiając widok na park.
– Khem, khem… – odchrząknął teatralnie dyrektor. – Jak pewnie wiecie, a może i nie, wasza grupa ma za zadanie przedstawić w grudniu, na balu świątecznym jakąś sztukę. Decyzję pozostawiam wam…
– Ja chcę napisać scenariusz! – Tsume nagle poderwała się z siedzenia celując laską Gandalfa w stronę Dżermanii.
– Eeee.. No dobrze. Macie być gotowi do połowy grudnia – stwierdził po czym skierował się do wyjścia. – Aha, Gilbert, i tak cię widzę.
Zaraz po wyjściu Dżermanisztyca z klasy, Tsume zatarła rączki z klasycznym trollface na twarzy. Mogę się już zacząć bać. Jak ona coś wymyśli, to apokalipsa przyjdzie szybciej, niż ktokolwiek by się tego spodziewał.
– A ty, moja droga Necomi, zagrasz główną rolę – Pan Olo poklepał mnie po plecach.
Łupnęłam głową o ławkę. Ludzie nadchodzi koniec świata! To koniec! W testamencie zapisuję wszystko na Taurysa.

Do naszego pokoju nagle ktoś zapukał. Jako, że Tsume była obecnie niedysponowana z powodu pisania scenariusza, wstałam z łóżka i podreptałam do drzwi aby je otworzyć. Naszym niespodziewanym gościem okazał się być, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, Heracles wraz ze swoim wiernym kompanem – Kapralem Kotem.
– Co cię tu sprowadza? – zapytałam zapraszając Greka do środka.
Heracles spojrzał najpierw w stronę Tsume, która na moment wychyliła się zza sterty papierów aby zgromić spojrzeniem gościa, a później z powrotem zwrócił wzrok na mnie.
– Bo… Germania kazał ci zjawić się w jego gabinecie – odrzekł nieśmiało Grek.
– WHAT?!
– Germania kazał ci…
– Necomi! – Tsume nagle zjawiła się obok mnie i uwiesiła mi się na szyi. – Ty nie idź tam! Nie wrócisz z tam tond żywa! I co ja powiem Lićkowi?!
– On się nazywa Taurys. T – A – U – R – Y – S – przeliterowałam i strzepnęłam ją z ramienia. – Nie bój się, wrócę.
– No nie byłabym taka pewna – Pan Olo chwycił za telefon i wysłał wszystkim uczniom wiadomość, tak też nie zdziwi was fakt, że gdy szłam do gabinetu dyrcia, wszyscy towarzyszyli mi w tej ostatniej drodze. Brakowało tylko Taurysa.
Nie wiem co mu się stało, ale od dyskoteki szkolnej unika mnie. Z resztą o sobie mogę powiedzieć to samo.
Przełknęłam głośno ślinę i zapukałam do drzwi. Po usłyszeniu dość głośnego „Proszę”, weszłam do środka.
– Wujek?! Ciocia?! – wykrztusiłam na wstępie zamiast się ładnie przywitać jak na kulturalną osobę przystało. – Co wy tu?!…
– Oh, przyjechaliśmy w odwiedziny i z niespodzianką – uśmiechnęła się moja ciocia, która razem z wujkiem, siedziała przy biurku dyrektora.
– ?
– Ja i twój wujek, postanowiliśmy wreszcie wziąć ślub.
– NARESZCIE! – wręcz wykrzyknęłam i zwróciłam się do wujka. – Zenek, wreszcie się żenisz! Gratulejszyn! Ale zaraz, zaraz… wy się tutaj ożenicie?!
W odpowiedzi dostrzegłam na ich twarzach uśmiechy od ucha do ucha. Nie no, oni chyba sobie żartują. Gdzie odbędzie się ceremonia? W klasie od fizyki?
– Twoje wujostwo poprosiło o udostępnienie naszego szkolnego parku – wyjaśnił Germania. – Przygotowaniami zajmie się kółko cateringowe. Starożytny Rzym załatwił już dobrego księdza. Czym tu się martwić? – stwierdził beztrosko.
– Moment, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam. Moja cała rodzina tu się zjedzie? – zapytałam niepewnie.
– No tak.
– A kiedy to?
– W tę sobotę.
Z gabinetu Dżermanii wyszłam oszołomiona. Całe szczęście, że przed nim czekało na mnie kilka osób, bo inaczej moja twarz zaliczyłaby nieprzyjemne spotkanie z tym, co potocznie ludzie zwą podłogą. Nie żebym się nie cieszyła z ich ślubu. Byłam wręcz szczęśliwa do szpiku kości, że Zenek wreszcie postanowił wziąć ślub i to z osobą, ciocią Krysią, z którą tak do siebie pasowali. Przerażona byłam natomiast przyjazdem kuzynostwa. O zgrozo, co to będzie?
– Jestem już – rzuciłam niedbale w stronę mojej współlokatorki kiedy weszłam do pokoju.
– Necomi, ty żyjesz! – uchachana Tsume zaczęła podskakiwać na łóżku robiąc dziwne akrobacje w powietrzu, a kiedy jej opowiedziałam po co zostałam wezwana do dyrektora, opanowała swe emocje i usiadłszy po turecku na podłodze, po raz kolejny w tym dniu zaśmiała się potwornie i zatarła rączki ukazując przy tym trollface.
Już miałam złe przeczucia. Ślub + ona i jej pomysły + ja + Taurys, to zła kombinacja. Cóż, koniec świata przybliżył się o pół roku.

– Efff… chodźcie już – mruknęłam cicho, stojąc przed sporej wielkości sklepem z sukniami na śluby, bale i inne tego pochodne.
Pragnę wspomnieć, że w środku siedziały Elisaveta, Lily, Natalia ze starszą siostrą (którą wszyscy zwą Kathy – w skrócie) i… Feliks, co już osobiście przestało mnie dziwić.
– Necomi, spójrz totalnie na tę kieckę. Myślę, że jest generalnie zafelista na ten ślub – Feliks wyszedł z przymierzalni w długiej, balowej, różowej kiecce z różami. Dam sobie rękę uciąć, że wtedy dziewczyny spojrzały na niego z zazdrością.
– Emmm… Feliks, sądzę, że chociaż ten jeden raz powinieneś… ubrać zwykły garnitur. W końcu jesteś facetem – wydukałam za co zostałam zgromiona jego szmaragdowymi oczętami.
– Jak nie masz generalnie co robić, to idź poszukaj Lici. Pewnie totalnie szwenda się gdzieś pomiędzy sklepem z butami a męską odzieżą – fuknął Polak.
– A żebyś wiedział, że pójdę! – odwróciłam się na pięcie teatralnie zarzucając przy tym szalikiem od Iwana. – Aha, i on się nazywa Taurys!
Tak więc ruszyłam na piętro gdzie bodajże Litwin podróżował pomiędzy sklepem obuwniczym a męską odzieżą. Wjechałam na górę ruchomymi schodami i rozejrzałam się. Po brunecie ani widu ani słychu. „Pewnie wrócił do akademiku” pomyślałam. „Przynajmniej jeden co się nie cacka na zakupach”.
– Hej, Kurczaku!
Nie no, ja chyba kiedyś pożyczę od Tsume laskę Gandalfa i przełożę Prusakowi nią przez łeb. No ewentualnie mogę też użyć patelni Elisavety.
– Czego? – przystanęłam na moment i spojrzałam w stronę, z której dobiegał głos albinosa.
– Mam coś, co ci się na pewno spodoba – uchcahcany Prusak to kombinujący Prusak, upity Prusak to nieobliczalny Prusak, a ja ewidentnie czułam od niego piwo.
– Hę?
– Zagilbisty ja zrobiłem to dzisiaj w nocy moim zacnym aparatem fotograficznym Nikon. Niech twe oczy nacieszą się tą zdobyczą – wycedził Gilbert wytykając mi przed nos jakieś zdjęcia.
– Co do?! – wyrwałam mu zdjęcia z rąk i przyjrzałam się im dokładniej, a zaraz zrobiłam się czerwona, co nie uszło uwadze fana żółtych kurów.
Na zdjęciach, które zrobił Gilbert widniał śpiący Taurys. Z… z moim białym tygryskiem… który zginął mi pewnej niefortunnej nocy, kiedy to towarzyszył mi i Tsume, kiedy zachciało jej się podglądać Arthura gdy ten trenuje swoje magiczne zdolności. Nie no… TOTALNIE mnie zatkało (jakby to powiedział Feliks).
– Skąd wiedziałeś o tygrysku? – zapytałam podejrzliwie.
– Jakim tygrysku? Myślałem, że się ucieszysz ze zdjęć twojego bajkowego księc…
– Jaki jest haczyk?
– Daj dwie dychy na piwo a zdjęcia są twoje.
Westchnęłam, przewróciłam oczami po czym Gilbert otrzymał gotówkę. Czasami taki Prusak się przydaje. Chyba dam mu się nawet nazywać „kurczakiem”, tylko tak na marginesie… po co mi te zdjęcia?

Czwartek i piątek były dniami, które zleciały pod wielkimi znakami zapytania. Cała szkoła przeżywała ślub mojego wujostwa tak jakby to co najmniej Germania żenił się ze Starożytnym Rzymem. Kółko cateringowe okazało się być przydatne, i ludki w składzie Ludwig, Feliciano, Antonio, Francis, Kathy i Tsume (ona to chyba należy do każdego kółka zainteresowań), spisały się wspaniale.
W sobotę rano miało być już wszystko gotowe, choć cała ceremonia miała mieć swój „finał” dopiero po południu. Tak też miałam w planach długi sen, co najmniej do dwunastej. Lecz niestety, moje plany zostały zniszczone przez pewną grupkę człowieków, zebranych w pokoju moim i Tsume.
– Jebudka* Kocie – Tsume prawie tarzała się po podłodze, ze śmiechu oczywiście.
– Dajcie mi spać, wy szatana pomioty – warknęłam nakrywając kołdrą głowę, bo ktoś tak „miły” zechciał odsłonić ciemne rolety, które dawały temu miejscy mhrocznej atmosfery.
– Ale, Liciek lata jak opętany po korytarzu w samych gaciach i krzyczy twoje imię – zachichotała Tsume.
– ON SIĘ NAZYWA TAURYS! Tak trudno to zrozu… – usiadłam nagle na łóżku orientując się, że w pokoju siedzi również moje zacne kuzynostwo. – O shit…
– Cześć Neco – kuzyn pomachał ręką na powitanie, a zwał się Maciek.
– Cześć?
– Nie ma cię u nas ledwo trzy tygodnie a ja już się nudzę – rzuciła kuzynka, imieniem Agnieszka, zwana, przez siostry swe wierne, wyznające wiarę w chłopców z One Direction.
– I tak propos… co to za Taurys? Twój chłopak? – mruknął kuzynek a w jego kierunku poleciały wszystkie przedmioty, które nawinęły mi się pod rękę.

Godzina piąta nadeszła szybciej niż się spodziewali wszyscy. Chyba ktoś majstrował przy zegarach. Mniejsza z tym. Wszyscy uczniowie naszej jakże zacnej szkoły zebrali się w parku. Nie wspominając już mojej epickiej rodzinki, która przyjechała tutaj aż z dalekiego kraju, Polską zwanego, specjalnie na ten ślub.
Kółko cateringowe przygotowało wszystko na ostatni guzik. Ołtarz, do którego prowadził długi czerwony dywan. Krzesełka poustawiane niczym ławki w kościele. A wszystko ozdobione było jasnoróżowymi kwiatami. Nie brakowało też stołów z konkretną wyżerką i… trunkami procentowymi, które ponoć załatwił Iwan z Ludwigiem i Francisem.
Ksiądz też był. „Zaraz, zaraz, czy to aby nie przypadkiem ksiądz Natanek?” pomyślałam zaniepokojona „Uff… na całe szczęście nie. Chyba będę potrzebowała okularów”.
Brakowało tylko naszej młodej pary. No a była już siedemnasta. Trochę się spóźniają…
– Co wy na to, żeby ożenić Necomi z Lićkiem? – zawołała radośnie Tsume, za co została zgromiona spojrzeniem godnym Natalii, Germanii i Godzilli razem wziętych. Litwin jednakże pozostał niewzruszony tym komentarzem. Podziwiam jego spokój.
Poczekaliśmy może jeszcze z pięć minut i nadjechała wreszcie biała, długa limuzyna z parą młodą. Roderich zagrał na pianinie dla nich marsz weselny. Jak to wszystko pięknie się komponowało. Cud miód. Albo jakby to powiedział Gilbert: Zagilbiste.
Ksiądz zaczął czytać tą swoją formułkę co księża zawsze wygłaszają na ślubach. Później było to powtarzanie po księdzu. Tak jak to na ślubach bywa.
– A więc ogłaszam was mężem i żoną.
Widziałam, że kilka dziewczyn ociera łezkę wzruszenia. Nie mówiąc już o Feliksie, który zaczął beczeć jak baba i wycierać nos w nowy garnitur Maćka. Nie jestem pewna, czy kuzyn wiedział, że siedzi obok faceta w kiecce. Ale cóż, jak na razie nie miałam zamiaru mu tego uświadamiać. Z resztą, Feliks przypominał dziewczynę.
No i później jak to zawsze po ślubach bywa odbyło się weselicho. Również na dworze, bo dzień był piękny i słoneczny. Podczas gdy nasz szkolny zespół rockowy, w składzie Arthur, Alfred, Roderich i Gilbert, grał setną już z kolei skoczną piosenkę Disco Polo, Tsume wywinęła niesamowitego kozła i znalazła się w centrum oczka wodnego. Większość tańczyła, skakała i po prostu bawiła się wspaniale, podczas gdy ja siedziałam na krzesełku jak ten ostatni osioł. Ja nie tańczę. I tyle.
– Koszka, tańcz! – wołał Iwan, który tańczył właśnie ze swoją młodszą siostrzyczką w rytm Kaczuch (choć to chyba piosenka Gilberta).
Przecząco pokręciłam głową. Wspominałam może, że tylko ja siedziałam? Nawet ksiądz, który udzielał ślubu porwał się w dziki taniec (zatańczył Gangam Style, a dj, który to puścił został zgromiony spojrzeniem Zenka, który nie przepada za tą piosenką, więc ktoś nowy trafił na miejsce muzyko – daja).
I zapewne siedziałabym tak jeszcze długo, dopóki wesele by się nie skończyło, gdyby ktoś nagle nie zasłonił mi widoku na ołtarzyk. Podniosłam wzrok. Taurys. Przymrużyłam oczy.
– Zatańczysz? – wyciągnął w moją stronę dłoń.
– Ja nie tańczę…
– Jeden taniec.
– Nie.
– Jeden i dam ci spokój.
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo ja nie tańczęęęęę… – Litwin chwycił mnie i zarzucił na plecy jak worek kartofli. – Puść mnie!
– Nie – zaśmiał się cicho.
– Puść!
– Ani mi się śni.
Taurys podreptał ze mną na plecach na sam środek tańców i dopiero tam postawił mnie na ziemi. Stanęłam twardo na trawie krzyżując ręce na piersi i z miną „fochforever” spojrzałam na Taurysa.
– I czego szczerzysz te ząbki? – fuknęłam. – Jeżeli liczysz, że z tobą zatańczę, to się grubo mylisz.
– Te, patrzajcie, Necomi tańczy! – wydarła się Agnieszka i wszystkie oczy obecnych tutaj ludków zwróciły się w stronę moją i Taurysa.
– No dobra… zatańczę… – powiedziałam cicho do Litwina, no innego wyboru za bardzo to nie miałam.
Nie umiem tańczyć i zapewne wszyscy zorientowali się gdy tylko próbowałam zatańczyć. Nie lubię tańczyć i nie lubię Disco Polo, a w połączeniu tych obydwu rzeczy tworzy się armagedon. Nie no, niby było dobrze, bo po chwili nikt już nie zwracał na nas uwagi, ale ktoś nagle zmienił piosenkę z W Stronę Słońca (która o dziwo była tą z niewielu piosenek nie Disco Polo) na Nie Zawiedź Mnie (strasznie wolna piosenka, która potrafi wyciskać łzy). Spojrzałam w stronę dj-a aby zamordować go spojrzeniem. Przy sprzęcie stała Tsume z zacieszem i trollface’m na twarzy. Kiedy zorientowała się, że patrzę w jej stronę, pokazała dłońmi kształt serduszka i skinęła głową na mnie i Taurysa. Kiedyś naprawdę ją zamorduję. Wiedziała, że będzie mi głupio tak nagle odejść od tańca z Taurysem, więc puściła taki kawałek, który uznała za „romantyczny”.
– Taurys? – zapytałam, kiedy piosenka doszła do drugiej zwrotki a my nadal tańczyliśmy, wooolnooo tańczyliśmy, zbyt blisko tańczyliśmy…
– Taip?
– Nie widziałeś może nigdzie takiego małego, białego, pluszowego, tygryska?
– Yyyy…. eeeeee….. a co?
– Zgubił mi się jakiś czas temu i się zastanawiałam czy być może ktoś nie ma z tym nic wspólnego – w moich oczkach pojawił się triumf. Tak Necomi, trafiłaś w czuły punkt.
– No… być może wiem gdzie on jest – uśmiechnął się tajemniczo.
– Jaki jest haczyk?
– Nie ma haczyka.
– To wiesz, gdzie jest mój tygrysek? – zapytałam trochę wkurzona.
– Ne.
Kłamie w żywe oczy. Zastanawia mnie tylko po co mu do licha mój tygrysio!?

*jebudka – tak mówiła kiedyś moja kuzynka, zamiast słowa pobudka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz