Muzyka

sobota, 30 listopada 2013

Ośrodek św. Fafrocha - Dzień Pierwszy

Koloniści zostali bezczelnie zbudzeni o wschodzie słońca… czyli 5:30. Podzieleni już na grupki, z opiekunami ustawili się przed ośrodkiem. Jednakże brakowało podopiecznych Rosji i jego samego także. Ameryka niespokojnie spoglądał na zegarek.
– Dlaczego go jeszcze nie ma? – Alfred pomyślał głośno.
– Z tego co mi wiadomo, w Rosji jest inna strefa czasowa. – stwierdził Feliks ciamkając już od rana swój „Przysmak Dla Dzielnych Feliksów”.
Wtem od strony drzwi ośrodka dobiegły ich niepokojące odgłosy. Zaraz potem drzwi otworzyły się. Grupa „Armii Czerwonej” (jak została nazwana przez Iwana) wymaszerowała wojskowym krokiem z Braginskim, który był jeszcze ubrany w nocną koszulę, szalik (no bo jakże by inaczej) i futrzane papucie króliczki. Wyglądał tak, jakby się jeszcze nie wybudził.
– Melduję, że opiekun Iwan Braginski zaspał, co przedłużyło czas naszej zbiórki. – zasalutowała Gośka dając Alfredowi kartkę w kratkę.
Ameryka zajął się czytaniem, a Polska zaglądał mu przez ramię, aby zobaczyć co napisała Gośka.
– Zaraz, zaraz.. – Alfred poprawił okulary. – Udało wam się obudzić Rosję, wyprowadzić go tutaj, wyszykować się i jeszcze napisać z tego raport?!
– A co w tym takiego dziwnego? – stwierdziła blondynka.
– Towarzyszu… – Iwan powędrował w stronę Torisa z szeroko otwartymi ramionami.
Litwa widząc, że Rosja jeszcze do końca się nie obudził zdzielił go teczką w kucyki, wyrwaną z rąk Polski. Braginski odwrócił się na pięcie (nareszcie rozbudzony) i stanął przy swoich podopiecznych.
– Pierwsza sprawa, którą omówimy na dzisiejszym apelu to nazwy grupy i plan dnia. – zakomunikował Alfred a pośród kolonistów rozbrzmiały ciche szepty.
– Moi podopieczni uzgodnili, że będą się zwać Drużyna Trzecia. – pierwszy wystąpił Japonia bardzo zadowolony ze zgodności chłopców.
– A my będziemy Toronto! – odezwał się Kanada.
– Kto to powiedział? – zdziwił się Ameryka a jego brat lekko się skrzywił. – Ale nazwa super!
– Moje chłopaki zgodzili się na nazwę Pasta! – zakrzyknął wesoło Feliciano rozdając podopiecznym białe flagi, a Niemcy przewrócił oczami i dodał od siebie:
– Moja drużyna to Wursty Niemieckie.
Kilka kolonistek z grupy Ludwiga westchnęło bez entuzjazmu.
– Wspaniale. – zakomunikował F. Jones. – Ja wymyśliłem dla moich chłopaków przewspaniałą nazwę Hirołsy McDonalda. Co o niej myślicie? Aha, i nie uznaję sprzeciwów.
Chłopaki (ci z drużyny Alfreda) zgodzili się twierdząc, że lepsze to niż Wursty Niemieckie.
– Armia Czerwona. Kol. Kol. – zakolkował Iwan ziewając przy tym.
– Ok. – Arthur zabrał głos. – Dzisiaj, zaraz po śniadaniu, grupy Drużyna Trzecia i Toronto będą mieć zajęcia sportowe z opiekunem Gilbertem. W tym czasie Pasta i Wursty Niemieckie odbędą zajęcia magiczne ze mną, a Hirołsy McDonalda i Armia Czerwona będą mieć zajęcia z naszymi psychologami Polską i Litwą. A później może gdzieś pojedziemy.
Teraz koloniści wraz z opiekunami wyruszyli na stołówkę. Ameryka modlił się w duchu o jakieś normalne jedzenie – a myślał, że to Anglia gotuje świństwa. Po ustawieniu się w kolejkę przy „szwedzkim stole” okazało się, że śniadanie wyglądało dość… hmm… zwyczajnie. Bułki, chleb, masło, różne rzeczy do chleba itd.
– Aaaa! – nagle na stołówce rozległ się przerażający pisk Veneziano. – Doitsu!
– Co się stało? – Niemcy wystrzelił od swojego stolika wprost w stronę młodszego z braci Włochów, jak torpeda. W końcu się o niego martwił.
– Doitsu!~ – Feliciano siedział na podłodze i chlipał. – Nie mają tutaj pasty!
Niemcy jednakże ocalił towarzysza z opresji dając mu jego najukochańszy Włoski przysmak, który udało mu się przywieść na „czarną godzinę”.
– A nie mówiłam, że będzie dobrze. – Izka dosiadła się właśnie do stolika, gdzie siedziała jej siostra pałaszująca bułkę z serem.
– Nie jest tak źle. – stwierdziła Gośka posyłając tajemnicze spojrzenie bliźniaczce, na co Izka odwróciła głowę w stronę stołu opiekunów.
Arthur właśnie popijał Earl Gray’a z filiżanki, którą dostał ostatnio na urodziny od Alfreda. Francis jedząc francuskiego bajgla czytał magazyn, którego treści nie zacytuję ze względu na młodszą siostrę, która czyta moje fficki. Polska wpatrzony w Torisa, zajadającego owsiankę, nawet nie zauważył, że paluszki, które maczał w kawie, całkowicie rozmiękły i pływały w kofeinie. Ameryka pożerał ogromne ilości hamburgerów, które udało mu się zmajstrować, i popijał je colą. Feliciano z zacieszem (bo gdyby nie Ludwig…) pałaszował pastę, a Niemcy przyglądał mu się z lekkim uśmiechem. Gilbert z buciorami na stole, rzłopał lokalne piwo, a Duma najwyraźniej spała. Romano udawał, że nie widzi Antonia, podczas gdy ten próbował rozśmieszyć Lovino dość interesującym sposobem spożywania pomidorów. Iwan próbował poczęstować Kiku wódką, ale na marne. A w tle do tego wspaniałego przedstawienia Austria (skąd on się tam wziął?) umilił wszystkim śniadanie, koncertując na swoim pianinie.
– Nie uważacie, że nasi opiekunowie są dość… dziwni? – rzucił w pewnym momencie Zdzichu, który siedział przy tym samym stoliku co bliźniaczki.
– Po prostu są jedyni w swoim rodzaju. – stwierdziła Izka. – Każdy ma swoje dziwactwa. Propo dziwactw, siostra, jak udało ci się obudzić tego Rosjanina?
– Też chciałbym wiedzieć. – Zdzichu spojrzał podejrzliwie na koleżankę.
– Mam swoje sposoby. – zarumieniła się dziewczyna krzyżując ręce na piersi.

– No dobra skazańcy! – zawołał Gilbert, kiedy najmłodsi koloniści ustawili się posłusznie w szeregu. Ale zaraz potem zorientował się, że chyba się „przejęzyczył”. – To znaczy, dzieciaki… Czas na zajęcia sportowe.
Jego czerwone oczy prześwietliły nowych żołnierzy od stóp do głów. Przez chwilę maszerował przed nimi niczym SS-man za czasów II wojny światowej. Kiku i Kanada siedzieli na ławce obok i przypatrywali się „treningowi wojennemu” jaki miał przeprowadzić Prusy.
– W co chcielibyście zagrać? – zapytał albinos.
Otrzymał jednogłośną odpowiedź brzmiącą „piłka nożna”. Nie zachwycony tym faktem, Gilbert postanowił przyjąć inną strategię.
– Grał któryś z was kiedyś w wybuchającego padminktona?
Dzieci jednakże przecząco pokręciły głowami.
– W takim razie będziecie mieli okazję zagrać. – uśmiechnął się przerażająco Prusy i zaśmiał się maniakalnie.
Gra polegała na tym aby odbijać paletkami przez siatkę (zabezpieczony na szczęście) granat. Nie mógł upaść na ziemię bo wtedy wybuchał więc koloniści mieli przewspaniałą motywację, nieprawdaż? W rezultacie dwóch podopiecznych Japonii wylądowało u pielęgniarki z poparzeniami trzeciego stopnia.

– Gryffindor. – Arthur założył kolejnemu koloniście dziwną, starą na dodatek czapkę bejsbolówkę, której ktoś przyszył oczy.
Chłopiec w okularach, na którego głowie jeszcze przed chwilą gościła „Bejsbolówka Przydziału” opuścił krzesełko i przyłączył się do reszty Gryfonów.
– No, to wszyscy już zostali przydzieleni do domów Hogwartu. – uśmiechnął się Arthur rozdając podopiecznym Niemiec i Feliciano, plakietki z herbami magicznych domów.
Sami opiekunowie drugich grup zniknęli w mieście. Ich podopieczni wysnuli dość ciekawe przypuszczenie mówiące, że Ludwig zabrał Włochy Północne na pizzę.
– Panie Kirkland. – odezwała się jedenastoletnia Agnieszka, która najwyraźniej była przerażona faktem samych zajęć magicznych.
– Tak?
– To głupota. – powiedziała brunetka ale w odpowiedzi zamiast słów doznała na sobie wzroku przypominającego bazyliszka.
– Żadna głupota! – warknął Arthur.
– Sprzeciw. – do sali wszedł Francja trzymając w rękach coś co było chyba tchurzofretką.
– A ty co tu robisz, żabojadzie? – Anglia teatralnie zarzucił pelerynką. – I co to za padalec? – wskazał na, bogu winne, zwierzątko.
– To? – Francis spojrzał na burego futrzaka z którego pyszczka ciekła pijana a oczka stawały się intensywnie czerwone. – Ach, to mój nowy przyjaciel. Nazywa się Cichy Zabójca.
– Cichy Zabójca? Dlaczego? – usta Kirklanda wykrzywiły się w grymas.
Francis najwyraźniej czekał na to pytanie, bo wskazał niekulturalnie w stronę Anglii a zwierzak zeskoczył na podłogę.
– Wybieram cię, Cichaczu. – powiedział. – Atakuj tego dżentelmena od siedmiu boleści.
Tchorzofretka warcząc, ruszyła dzikim pędem w stronę Zjednoczonego Królestwa. Z pyszczka toczyła jej się teraz różowa pijana a oczka nabrały złotego odcieniu. Cichy Zabójca skoczył na Arthura i wbił w jego ramię pazurki i zęby. W tym momencie po klasie dało się słyszeć babski pisk a państwo zaczęło wymachiwać ręką aby zrzucić futrzaka. Na marne. To jeszcze bardziej rozwścieczyło gryzonia. Cichacz teraz drapał gryzł i w końcu wpełzł Anglii pod koszulę. Arthur zaczął przeraźliwie krzyczeć i krzątać się po całej sali. Wyginał się w różne strony co przypominało jakieś dziwne wygibasy w rytm Gangam Style, które ktoś zapuścił z telefonu.
Cała ta sytuacja wywołała mimowolny zaciesz wśród kolonistów. A kiedy wreszcie Anglia padł na podłogę pół przytomny i cały poharatany przez Cichacza, zwierzątko wypełzło na świeże powietrze przez jeden z rękawów koszuli Kirklanda.
Koloniści okrążyli zwierzątko, które teraz domagało się pieszczot.
– Ale słodziak. – odezwała się Agnieszka drapiąc zwierzątko pod bródką.
Cichacz zamruczał wesoło i na moment zwrócił swój straszny wzrok w stronę Arthura, który usiłował wstać z podłogi.

– Usiądźmy sobie w kółko. – polecił Toris, kiedy dwie najstarsze grupy przybyły wreszcie na piętro.
Alfred i Iwan zajęli miejsca na beżowych fotelach przy stole, podczas gdy ich podopieczni usadowili się w kółko na dywanie. Polska rozdawszy wszystkim (Ameryce i Rosji także) kartki i pisaki usiadł obok Litwy.
– Po co nam to? – mruknęła niezbyt radośnie Gośka.
– Aby się lepiej poznać narysujcie teraz co czujecie. – oznajmił Litwin, czując w głębi duszy, że już dawno powinien zostać psychologiem. – Wasi opiekunowie i my także to zrobimy.
Teraz na moment wszyscy ucichli. Dało się słyszeć tylko wnerwiające piszczenie pisaków i ciche pomruki, brzmiące raczej jak ciche „Kol”. Dla lepszej atmosfery pracy, Austria (A ten tu czego?) umilił im te chwilę grą na pianinie.
Kiedy już wszyscy skończyli głos zabrał Toris:
– Teraz po kolei wyjdziecie na środek, pokażecie co narysowaliście i opowiecie o tym.
Jako że nikt nie był za bardzo chętny do wystąpienia, na odwagę zdobył się Zdzichu. Blondyn wyszedł na środek, stanął pomiędzy Polską a Litwą i pokazał wszystkim obrazek. Jego arcydzieło zawierało bardzo dziwne znaczki pochodzące zapewne z dalekiego Egiptu… a nie, to po prostu były zwykłe gwiazdki, serduszka i kwadraciki.
– Jestem szczęśliwy, że mogę brać udział w tak interesującej koloni. – powiedział. – A ten obrazek pokazuje jaki jestem zadowolony.
Kolejni koloniści już nieco chętniej występowali i opowiadali o swoich obrazkach, na których znajdowały się kwiatki, klocki lego, lody czekoladowe, różne zwierzątka, jakiś trup i bliżej nieokreślony kształt nazwany przez wszystkich amebą. Ameryka stworzył portret prezydenta Obamy z hamburgerem w dłoni i nazwał swoje arcydzieło „Prezydent Hamburger”. Ostatni wyszedł Rosja. Iwan rumienił się lekko a obrazek pokazał najpierw Litwie. Toris zrobił się czerwony na twarzy, wziął od Braginskiego obrazek i niczym torpeda zniknął w drzwiach swojego pokoju zamykając się na klucz.
– Licia, kretynie, co ty wyprawiasz? – Łukasiewicz zaczął walić w drzwi, jednak odpowiedzi nie otrzymał.
Toris usiadł skulony na swoim łóżku i jeszcze raz, ze łzami w oczach, spojrzał na obrazek Iwana. Na kartce widniała piękna łąka słoneczników pośród których bawili się młodzi Licia i Rosja. To było jeszcze sprzed czasu tego jak Iwan stał się taki jaki jest teraz, więc do Torisa powróciły wzruszające wspomnienia dawnych lat. Złożył obrazek na pół i schował pod poduszkę.

Kucharki podały obiad. Lecz niestety to co znajdowało się na talerzach bynajmniej do jedzenia nie służyło. A nawet jeśli, to nikt nie próbował tego sprawdzić.
– Chyba się zatrudnię w tej kuchni. – stwierdził Francis widząc, że nawet Cichacz brzydzi się tutejszego jedzenia.
– Nareszcie mądrze mówisz, żabojadzie. – stwierdził Arthur z głową zawiniętą w bandaż i zadrapaniami na całym ciele. A przecież jemu smakowała wczorajsza kolacja.
– Zarządzam jak najszybszy wypad na miasto. Trzeba kupić coś normalnego do jedzenia! – Ameryka poderwał się ze swojego siedzenia i jedną nogę założył na stół, a kiedy koloniści za wiwatowali na taką informację, dodał. – Wiem, że jestem przewspaniałym hero! Nie musicie mi dziękować.
Tak więc po pseudo obiedzie nasza jakże wspaniała kolonia z ośrodka św. Fafrocha ustawiła się przed drzwiami gotowa do wypadu na miasto. Po przeliczeniu osób i sprawdzeniu kompletu opiekunów, Alfred zarządził start w miasto.
– Raz. Dwa. Raz. Dwa. – aby było szybko, małym „wojskiem” przewodził Ludwig. – Równo.
– Licia, co ci jest? Od zajęć jesteś jakiś inny… – Polska zwolnił kroku i zaczepił Torisa, który dla nowości wlókł się na szarym końcu.
– To nie twoja sprawa. – burknął Litwin udając, że ktoś do niego zadzwonił i zaczął prowadzić jako taką „rozmowę” przez telefon.
Po dojściu do centrum miasta, ludki rozpierzchły się po sklepach, choć i tak większość skierowała się do zwykłych monopolowych. Inni zaś, hazardziści, zaczęli oblegać automaty poustawiane na obrzeżach chodników.
– Oddawaj moje pieniądze, ty złodzieju! – trzynastoletni Mietek kopał z całych sił w „Jednorękiego Bandytę” kiedy po raz dziesiąty nie udało mu się wyciągnąć pluszowego Smerfa. – Niech cię krew zaleje i piorun trzaśnie!
– Proszę się hamować, młody człowieku. – mruknął Niemcy, ale jego reakcja była podobna kiedy chciał spróbować swoich sił na tym automacie. W rezultacie machina zepsuła się a nasi bohaterowie co sił w nogach wrócili do ośrodka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz