– No, pakować się do autobusu. – Ameryka poganiał kolonistów w stronę autokaru.
Wszyscy bez żadnych sprzeciwów raźnym krokiem wpełzli do pojazdu dwuśladowego i posłusznie zajęli miejsca. Arthur ledwo co usadowił się za kółkiem, a do środka wszedł Francja ze swoją tchurzofretką na ramieniu. Cichacz wymienił z Anglią iwanowe spojrzenie, po czym owinął szyję Francisa imitując szalik.
– Dzisiaj. – zaczął Ludwig rozdając kolonistą czerwone chusty. – Jedziemy na Czantorię*. Na wyciąg narciarski i wycieczkę. Te chusty macie zawiązać na szyi. Tylko ich nie zgubcie! Bo jeżeli wy się zgubicie, możecie powiedzieć, że szukacie takich osób, co miały takie same chustki.
Autobus wystartował z pod ośrodka i wyjechał na ulicę. Jako że w centrum były straszliwe korki – w końcu to Wisła, wielkie miasto – autokar przez połowę podróży stał. Arthur z nerwów walił swoją zdrową ręką w kierownice co jakiś czas naciskając na klakson.
– Kurde, zaraz chyba wyjdę z siebie i stanę obok! – Kirkland warczał jak rozjuszony kocur i wypuścił uroczą wiązankę przekleństw i klątw pod adresem innych uczestników ruchu drogowego.
– Towarzyszu Anglio, może pomóc? – odezwał się Rosja wstając ze swojego siedzenia, które dzielił z jedną z podopiecznych.
– No… czemu nie… – zaskoczony Arthur zamrugał szybko oczami i otworzył drzwi autokaru aby Iwan wyszedł na moment.
W tej chwili w dłoniach Braginskiego pojawił się kran a jego fioletowe oczka rozbłysły tajemniczo. Koloniści jak i inni opiekunowie wyjrzeli ciekawsko przez okienka autobusu.
– VOOOOODKA!
Iwan ze swoim okrzykiem bojowym ruszył dzikim pędem przez środek ulicy wymachując kranem na wszystkie strony. Po chwili samochody zaczęły fruwać w powietrzu, dało się słyszeć przeraźliwe odgłosy trąbienia i krzyki ludzi.
– To na pewno dozwolone? – z tyłu autobusu dobiegł wszystkich przerażony głos jakiegoś chłopca.
Jednakże nie usłyszał odpowiedzi, bo cały autobus zaczął głośno dopingować Iwana. A kiedy państwo powróciło ze swojej misji do pojazdu, a droga była pusta (bo samochody innych uczestników ruchu drogowego paliły się, leżały na poboczu itd.) koloniści za wiwatowali radośnie.
– Wspaniale! – uśmiechnął się Alfred, ale słysząc dźwięk syreny policyjnej, dodał: – Jedźmy dalej.
Arthur dał gazu do dechy, ruszył z piskiem opon i już po chwili zniknął za zakrętem. Autobus toczył się wesoło po polskiej autostradzie (polska autostrada, chodzi o to, że była dziurawa, krzywa i ogólnie do dupy) wjeżdżając co róż pod górę, to zjeżdżając w dół.
– Daleko jeszcze? – mruknął Gilbert opierając głowę o okno.
– Tak. – odrzekł krótko Ludwig.
*5 minut później*
– Daleko jeszcze? – powtórzył Prusy.
– Tak.
Toris siedział sam. Opierał czoło o zimną szybę autokaru. Jego niebieskie oczy bez wyrazu wpatrywały się w mijane krajobrazy. Kolana opierał o plecy siedzenia przed nim. W rękach miał klucz, którym nerwowo sie bawił. Minęli pole słoneczników, a jego oczy naszły łzami.
– Licia, co się dzieję? – nagle obok niego usiadł zmartwiony tą całą sytuacją Feliks.
Litwin nie odpowiedział, tylko zaczął chlipać w pomarańczowy (nie różowy?) sweter przyjaciela. Polska objął go ramieniem i przytulił.
– Co się stało panu Laurinaitisowi? – w stronę psychologów odwrócił się siedmioletni Piotrek.
Feliks wzruszył lekko ramionami, z ust wyrwało mu się nieme „nie wiem” a jego dłoń powoli gładziła włosy Torisa.
– Proszę pana… – Piotrek wyciągnął łapkę w stronę Litwy, a ten podniósł na niego zapłakane oczka.
– T-tak? – Licia pociągnął nosem.
– Pan nie płacze. – powiedział troskliwie chłopiec i wyciągnął ze swojego plecaczka w samochody, batonika. – Pan zje i już nie płacze, dobrze?
Licia wziął batonika, przytaknął a na jego twarzyczce zagościł uśmiech. Wszystkie ludki z autobusu wtedy wydały z siebie dźwięk przypominający „Ooooooo”, które przebiega przez salę kinową podczas seansu filmów romantycznych.
Pół godziny później autokar kolonijny zaparkował na parkingu przed atrakcjami turystycznymi góry Czantorii. Koloniści wyszli, ustawili się grupami. Po przeliczeniu ich ilości i niestwierdzeniu żadnych ubytków, Alfred zaczął prowadzić wszystkich w stronę wielkich schodów prowadzących do wyciągu narciarskiego.
– Zanim skorzystamy z wyciągu, pierw musicie znać kilka zasad bezpieczeństwa. – Ameryka wskazał palcem na białą tablicę z piktogramami. – Jak widzicie, nie wolno wstawać w czasie jazdy. Zeskakiwać z wyciągu. Wnosić rzeczy łatwopalnych, alkoholu. – Iwan westchnął niezadowolony. – I nie wolno zrzucać innych uczestników z wyciągu. Zrozumiano?
Nie słysząc żadnych sprzeciwów nasi bohaterowie ruszyli ustawić się w kolejce do jazdy. Jak się okazało, każde siedzonko miało za zadanie pomieścić cztery osoby. Pierwszymi i ostatnimi krzesełkami mieli pojechać wyznaczeni opiekunowie: Ameryka, Niemcy, Włochy Północne, Polska, Litwa, Kanada, Holandia i Japonia. Francja i Anglia niefortunnie znaleźli się na tym samym krzesełku wraz z Iwanem i Gośką.
– Żabojadzie, nie trzęś tym! – Arthur kurczowo trzymał się rury, która uniemożliwiała im upadek.
– Ale ja nic nie robię. – Francja uśmiechnął się przebiegle i ponownie lekko zakołysał krzesełkiem.
Z ust Anglii wydostał się wtedy babski pisk przerażenia, a z pobliskich drzew wyleciało stado czarnych wron.
– O czym tak myślisz, towarzyszko? – zapytał Iwan widząc, że Gośka przygląda się ziemi, która znajdowała się jakieś trzydzieści metrów pod nimi.
– Myślę co by się stało, gdyby ta kolejka nagle się urwała. – odrzekła dziewczyna, a twarz Kirklanda wygięła się w nieokreślony wyraz przerażenia.
– Zapewne byśmy spadli. – powiedział Francis widząc reakcję Anglii, i ponownie zakołysał krzesełkiem.
– I jak? Trup na miejscu?
– Zapewne tak. Ewentualnie ból nie do opisania i paraliż do końca życia. Jak nic. O ile spadniesz na nogi, bo jeśli…
– Przestań! – pisnął Arthur, a w odpowiedzi Fransja ponownie zakołysał krzesełkiem.
– Panie Gilbert, co pan robi? – zapytała jakaś siedmioletnia dziewczynka, której przyszło siedzieć z Prusami i dwiema innymi koleżankami w jednym krzesełku.
– Ja? – Prusy wzdrygnął się i na moment odciągnął się od swojego jakże przewspaniałego zajęcia dzióbania scyzorykiem w krzesełku różnych dziwnych znaczków. – Ja pozostawiam swój ślad na pamiątkę dla młodego pokolenia.
– My też możemy zostawić tutaj coś na pamiątkę?
– Jasne. – Gilbert wzruszył ramionami i podał dziewczynką scyzoryki.
No i kiedy wreszcie cała kolonia dotarła szczęśliwie na koniec wyciągu, nasi przewspaniali opiekunowie zebrali ich i przeliczyli. Nie dopatrzyli się żadnych ubytków więc Alfred z okrzykiem „I’m hero!” zaczął prowadzić wycieczkę na szczyt Czantorii.
– Chcesz cukierka? – Izkę zaczepiła rudowłosa dziewczyna, której ostatni epizod miał czas w pierwszym fficku z tej serii.
– Yyyy… no dobra… – przytaknęła blondynka i została poczęstowana.
Od koleżanek z sąsiedniego pokoju słyszała bardzo dziwne plotki na temat Jagody, bo tak zwała się ów okularnica. Przerażał ją fakt, że ruda spała z nożem pod poduszką i… w ogóle prawie nie spała. Na dodatek mówiła ciągle o jednym i tym samym…
– Słyszałaś o zespole Nickelback? – zapytała.
– Eeeee… no tak, słucham ich muzyki, a co? – odrzekła Izka z dość niewyraźną miną.
– Bo ich wokalista jest… – i tutaj Jagoda uraczyła koleżankę długą wzruszającą historią biograficzną, budżetem, liczbą samochodów, listą byłych dziewczyn, ilością mandatów, planem lotów za granicę w pobliże domu wokalisty zespołu Nickelback.
„To jakaś psychofanka” taka oto myśl przemknęła przez głowę Izce, kiedy ruda opowiadała właśnie o swoim szczegółowym planie poznania grona jej (jak to ujęła) „przeukochanego zespołu”.
– No to jesteśmy w Czechach! – oznajmił Alfred kiedy wreszcie dotarli na szczyt Czantorii.
Koloniści padli na trawę ledwo zipiąc. Ci co jeszcze mieli jako tako sił popełzli w stronę sklepiku z pamiątkami.
– O, ale fajna fajka. – Holandia przeglądał wystawę sklepiku, a jego oczy powędrowały w stronę pięknej góralskiej fajki z kolorowymi żłobieniami, ale kiedy zobaczył jej cenę odwrócił się na pięcie i odszedł na tle zachodzącego słońca.
– Orzesz! – uwagę Feliksa przykuł mały brązowy kucyk, z którym można było sobie zrobić zdjęcie, oczywiście za „drobną” opłatą. – Jest totalnie słodki. Hej, Licia zrobisz mi z nim zdjęcie?!
Jednakże Litwa jak na przekór postanowił znowu spuścić głowę i najwyraźniej użalać się nad sobą. Dlatego też Feliks poprosił o to Gośkę, która równie niechętnie wzięła od Polski aparat i zaczęła cykać mu zdjęcia.
– Panie, co pan robisz z moim koniem?! – nagle obok kucyka pojawił się jego właściciel z wielce wredną miną i czarnym wąsem.
– Co?! Jakim koniem?! To kucyk!!! – warknął Feliks odrywając się od zwierzaka, a w jego ręku zmaterializowała się ciupaga.
– Kucyk, koń. Co za różnica? – mruknął wąsacz, czego bardzo pożałował, bo Polskę zalała gorąca krew i zaczął za nim biegać z góralską laską, zwaną także ciupagą krzycząc coś w rodzaju:
– Ty nieuku! I ty się uważasz za Polaka?! Hańba ci! Nawet konia od kucyka nie potrafisz odróżnić!? Niech ja cię tylko dorwę… ty już mnie popamiętasz!
Gośka nie mogąc takiej akcji nie udokumentować, włączyła kamerę w aparacie Łukasiewicza i zaczęła nagrywać tę jakże wspaniałą pogoń stulecia.
– Dobra, moi drodzy, czas wracać. – odezwał się Ameryka kiedy wszyscy jako tako wypoczęli, nakupowali niepotrzebnych pamiątek i po przedrzeźniali się z tym dziwnym facetem z lasu, który naśladował ich głos, a nie miał odwagi się pokazać.
Tak też po ponownym przeliczeniu, nasza kolonia zaczęła schodzić w dół na wyciąg aby zjechać na dół.
– Ja nie będę siedział z tym żabojadem! – Arthur wskazał niekulturalnie w stronę Francji, który lustrował go swoimi niebieskimi oczętami. – On trzęsie krzesełkami!
– Arczi, nie przesadzaj. – stwierdził Ameryka ładując się do pierwszego siedzenia wraz z Niemcami, Włochami Północnymi i Holandią.
– I nie wymyślaj niestworzonych historii, Angleterre. – Francis uśmiechnął się strasznie a jego futrzak warknął, przytakując swojemu właścicielowi. Tak na marginesie, ciekawe skąd Bonnefoy go wytrzasnął?
Chwilę później ponownie po lesie rozniósł się babski pisk wydobyty z gardła Anglii.
* Czantoria, góra na granicy Polski i Czech. Była to pierwsza z atrakcji jakie miałał z moją kolonią. Drażnienia Francisa z Anglią są na podstawie prawdziwych wydarzeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz