Muzyka

sobota, 30 listopada 2013

Ośrodek św. Fafrocha - Dzień trzeci i zwykłe zajęcia

Gośka bez entuzjazmu merdała swoją łyżką w niezidentyfikowanej lekko fioletowawej brei, którą kucharki podały na śniadanie. Jej siostra natomiast z „wielką” uwagą wysłuchiwała jakże cudownej historii o tym jak Chad (wokalista Nickelback) jechał po pijaku i sprzątnęły go gliny, opowiadanej przez Jagodę.
– … i wtedy jego adwokat stwierdził, że wprowadzanie tej sprawy do sądu jest bez sensu i musiał zapłacić mandat. – ruda zakończyła opowieść i pociągnęła łyk herbaty.
– Ta… i co dalej…? – Izka rzuciła ironicznie, ale najwyraźniej Jadzia nie znała definicji słowa „ironia”, więc zaczęła mówić kolejną „ciekawą” historię z życia wokalisty.

– Dzisiaj wieczorem odbędzie się powitalna dyskoteka! – oznajmił Ameryka na jako takim porannym apelu zaraz po śniadaniu. – Zaraz także odbędą się zajęcia…
– Tak. – Anglia wszedł mu w słowo. – Grupy pierwsze będą miały zajęcia ze mną. Grupy drugie zajęcia z psychologami. – wskazał niedawno obandażowaną dłonią w stronę Feliksa zajadającego paluszki i Torisa, który z ciemnymi okularami na nosie miał zwieszoną głowę. – A grupy trzecie odbędą zajęcia sportowe na świeżym powietrzu.
Jako że nikt zbytnio nie żywił sympatii do Prus, kilka osób z grup Hirołsy McDonalda i Armia Czerwona westchnęło bez radości. W odpowiedzi Gilbert uśmiechnął się przebiegle i zaczął zacierać ręce.
– Ale zanim to wszystko, od dzisiaj wasze pokoje będzie sprawdzał „Generał Czystości”. – oświadczył Arthur a zza drzwi głównych holu wyszedł Dania z dość niewyraźną miną.
Na sobie miał strój pokojówki Kraju Kwitnącej Wiśni, co najmniej dziesięciocentymetrowe czarne szpilki na nogach i swoją beretkę na rozczochranych włosach. W jednej dłoni trzymał topór a w drugiej kartkę i długopis. Jego wygląd wywołał wśród kolonistów mimowolny zaciesz.
– Co się tak na mnie gapicie?! – warknął. – Nie widzieliście nigdy państwa Duńskiego w stroju japońskiej sprzątaczki?!
– Spokojnie Dudusiu. – nagle obok Dani pojawił się Norwegia i zaczął go głaskać po głowie, co jeszcze bardziej wkurzyło rzeczonego „Dudusia”.
– Khem, khem. – odchrząknął Anglia. – Tak więc… Generał Czystości od dzisiaj codziennie będzie sprawdzał wasze pokoje, które muszą być utrzymane w czystości. Będziecie mieć przyznawane punkty, za które pod koniec koloni otrzymacie nagrody. Dajemy wam teraz dziesięć minut na jako takie ogarnięcie tego burdelu…
W te słowa koloniści rozpierzchli się po ośrodku św. Fafrocha. W czasie najbliższych dziesięciu minut dało się słyszeć:
– Gdzie jest zmiotka?
– Skąd mnie to wiedzieć? Pewnie Heniek wziął. Jak on coś dotknie to znika.
– Hej!~
– Małpo, coś ty narobił?! Jak my teraz sprzątniemy ten dżem ze sufitu?
– Ale to przypadkiem…
Pokoiki naszych kolonistów mieściły wszędzie po pięć osób. Tak też nie powinno was zdziwić zaskoczenie Dani, kiedy w jednym z dwóch pokoików Armii Czerwonej, odkrył brak jednej dziewczynki. Obleciał więc pozostałą czwórkę spojrzeniem w rodzaju seryjnego zabójcy.
– Gdzie… – już chciał zapytać, kiedy drzwi otworzyły się a w nich stanęła Jagoda z wielce zaaferowaną miną, która zaraz potem wygięła się w podkówkę i dziewczyna wybuchła płaczem:
– Buuuu…
– Co się stało? – Izka jako jedna potrafiła rozmawiać z rudowłosą więc wysunęła się z szeregu.
– Bo…. chlip… właśnie się dowiedziałam… chlip… że Chad ma nową dziewczynę! Bu…
Na twarzach Gośki, Hanki i Debory ukazała się mina „godne pożałowania”. Dania natomiast po wpisaniu punktów zwrócił się troskliwie do Jagody:
– Kim jest „Chad”?
Jadźka otarła łzy, zrobiła poważną minę i zaczęła nawijać historię biograficznej znanej nam już osobistości. Dania w słuchał się w jej opowieść i oboje, pod rękę wyszli z pokoju, podczas gdy Jagoda opowiadała mu to wszystko co dzień temu Izce.

– Baczność! – rozkazał Prusy a obie grupy trzecie posłusznie wyprostowały się stojąc w pojedynczym szeregu w strojach sportowych.
Zlustrował wszystkich czerwonymi tęczówkami, pociągnął łyk piwa i odłożył butelkę na pobliską ławeczkę, która ledwo co się trzymała. Alfred i Iwan postanowili nie być obecnymi przy apokalipsie jaką przygotował Prusak, więc Ameryka zaproponował wypad do McDonalda (z czego tylko on skorzystał) a Rosja wybył w miasto po zgrzewkę czystej wódki.
– Co będziemy dzisiaj robić? – zapytał ktoś z szeregu.
– Zobaczycie trochę później. – na twarzy Gilberta ukazał się tajemniczy uśmieszek. – A na razie… TY! – wskazał niekulturalnie w stronę Zdzicha. – Poprowadzisz rozgrzewkę.
– Ale…
– Nie ma żadnego „ale”. WYKONAĆ!
Jako że Prusakowi nie dało się sprzeciwić, Zdzisław posłusznie wykonał polecenie wojenne. Zarządzono bieg wokół całego podwórka, skłony, przysiady, pompki i inne rzeczy, które są zabronione przez Prawo Polskie Feliksa z powodu zbyt wycieńczających: brzuszki, kręcenie hula – hopem i skakanie na skakance.
– No dobra. – stwierdził stary Zakon Krzyżacki widząc, że grupa pokłada się na trawie bez sił na dalszy trening żołnierski. – Zagramy dzisiaj w ciekawą, interesującą, pełną wrażeń grę…
– Piłka nożna? – wyrwało się komuś.
– Nie! – ryknął Prusy a Duma niepewnie zachwiała się na jego głowie, a kiedy trochę się uspokoił powiedział: – Ta gra nosi nazwę Ręczna Wybuchowa („Albo mi się wydaję, albo Prusak uwziął się na wybuchające rzeczy” pomyślał czytelnik).
Gra Ręczna Wybuchowa jest grą drużynową, gdzie każda drużyna musi posiadać jak najwięcej osób, więc każdy musi radzić sobie sam. Są dwie bramki – zazwyczaj puste – gdzie gracze muszą dobiec z „piłką”. Przedmiotem służącym za piłkę była bomba zegarowa, która przy zetknięciu z ziemią wybuchała, a jej zasięg był tak wielki jak ta zbudowana przez Koreańczyków… no dobra nie aż taki. Jednakże jakimś szczęśliwym trafem nikt nie upuścił „piłki” na ziemię, tylko trafił nią w Bogu winnego Chiny, który postanowiwszy po śniadaniu wyjść sobie na dwór potrenować jak niegdyś adepci shaolin.

– Na dzisiejszych zajęciach pokażę wam jak skutecznie bronić się przed śmierciożercami. – Anglia po przydzieleniu „młodych czarodziei” do czterech domów Hogwartu i po rozdaniu plakietek, stanął przy tablicy i jednym machnięciem różdżki wyczarował na zielonkawej tafli podobiznę Francji.
Kilka siedmiolatków pisnęło z wrażenia, a Zosia, Krukonka, podniosła rękę.
– Tak?
– Dlaczego „to” wygląda jak pan Francis?
– Eeee. To takie niedopatrzenie, dla przykładu.
Przez kolejne piętnaście minut cennego czasu Zjednoczone Królestwo objaśniało swym jakże ponętnym uczniom zasady jakie trzeba przestrzegać gdy spotka się takiego jegomościa. „Ah, profesor Dumbledore byłby ze mnie dumny. Dumny z tego, że edukuję młode pokolenie” pomyślało państwo patrząc na portret ów zacnego dyrektora, który został powieszony na ścianie sali.
– Hej, angielska porażko! – doszło go wołanie Francji, który ponownie pojawił się w drzwiach klasy od zajęć magicznych.
Anglia obrzucił go iwanowym spojrzeniem a przez myśl mu przemknęło: „Zadźgać. Oderwać łeb. Poćwiartować. Zakopać. Odkopać. Dobić. Zakopać i zapomnieć!”
– Czego tu znowu chcesz, ty franco? – mruknął dopiero teraz dostrzegając Cichacza owiniętego wokół szyi państwa „miłości”.
– Nudziło mi się. – stwierdził Francuz głaszcząc Cichego Zabójcę po łebku. – Pomyślałem, że cię odwiedzę, Artusiu.
– Nie widzisz, że jestem zajęty? Nauczam! – fuknął Anglia wskazując na „klasę”, której spora część postanowiła uciąć sobie drzemkę.
– Ta… właśnie widzę..
– Zabieraj się z tond! Przeszkadzasz mi! – ryknął Arthur i uraczył Francję swoim talentem do puszczania wspaniałych wiązanek przekleństw pod jego adresem.
– Ranisz mnie… – zachlipał teatralnie Francis po czym jego tchurzofretka zeskoczyła na podłogę i ruszyła w stronę Arthura.
„Młodzi czarodzieje” widząc, że szykuje się jakaś akcja, wyprostowali się w swoich jako takich ławkach, obudzili się i wyczekiwali walki. Mimo iż były to siedmioletnie dzieci miały w sobie prawdziwego ducha walki. Kibicowały zawzięcie, wołając raz „Weasley”* a raz „ Snape”, choć to drugie było rzadkością.
Zwierzątko wystartowało. Ruszyło dzikim pędem w stronę państwa Angielskiego. Skoczyło. Jednakże Kirkland był na to przygotowany i odrzucił je odpowiednim zaklęciem. Futrzak jednak pozbierał się szybko i szczerząc kły powtórzył atak. Arthur ponownie użył zaklęcia obronnego. Było tak jeszcze kilka razy, dopóki Anglia nie stwierdził, że trzeba to zakończyć.
– Crucio! – wysyczał a zwierzak z wielkim piskiem padł na ziemię zwijając się z bólu.
– Ciszek, jesteś cały?! – Francja w mgnieniu oka pojawił się obok swojego futrzanego przyjaciela, a zaraz potem spojrzał oskarżycielsko na Anglię. – Coś ty mu zrobił?! To tylko mała tchurzofretka!
– Ale…
– Nie masz serca! Brak w tobie miłości! – powiedział Francja biorąc Cichacza na ręce i znikając w drzwiach, wykrzykiwał po drodze jeszcze francuskie przekleństwa pod wiadomym dla wszystkich adresem.
– Proszę pana. – siedmioletni Piotrek pojawił się nagle obok Arthura i pociągnął go za pelerynkę, aby ten na niego spojrzał.
– Tak?
– Jest pan ostatnia świnia.

Polska wszedł nagle do pokoju Torisa. Zastał Litwina siedzącego na łóżku ze słuchawkami w uszach, co go bardzo zdziwiło bo Toris nie był osobą, która lubiła nowoczesność techniczną. W rękach Litwa trzymał jakiś obrazek. Na nosie dalej gościły ciemne okulary przeciwsłoneczne.
– Hej, Licia. – schylił się nad Litwinem i pociągnął za kabelek słuchawek przez co Toris przestał słyszeć muzykę, wzdrygnął się i szybko schował obrazek za siebie.
Feliks złapał za jedną słuchawek i przytknął sobie do ucha sprawdzić, czego słuchał Toris. Rozbrzmiała tam melodia „Mówią, że to nie jest miłość”, przez co Polak od razu odrzucił słuchawkę i ponownie spojrzał na Torisa, którego usta ciągle były wygięte w przeciwną stronę niż powinny. Zsunął mu okulary z nosa. Ujrzał dwie niebieskie tęczówki zalane łzami, zaczerwienione.
– Płaczesz? – zapytał Łukasiewicz, lecz odpowiedzi nie otrzymał bo Toris zerwał się z łóżka, wybiegł z pokoju i zniknął w toalecie.
– Licia, ale my mamy teraz zajęcia z grupami! – wołał Feliks. – A ja się nie przygotowałem, bo myślałem, że ty coś przygotujesz…
Tak też Feliks został zmuszony do samodzielnego poprowadzenia zajęć z grupami drugimi należącymi do Feliciano i Ludwiga. Stwierdził, że puszczenie im autohipnozy będzie dobre, a sam poszedł za Torisem do toalety wybłagać go, żeby wyszedł. Niestety bez skutku.
Grupy drugie posłusznie położyły się na dywanie a Niemcy zgodnie z instrukcją włączył im z płyty Feliksa autohipnozę, dla relaksu ponoć.
– Twoje oczy stają się ciężkie. – mówił stanowczy ale spokojny głos z komputera. – Powoli rozluźniasz wszystkie mięśnie. Teraz znajdujesz się na pięknej zielonej łące. Wyobraź sobie, że na tej łące jest drzewo. Drzewo to jest wielkie, piękne. Ma zielone liście. Wspinasz się na nie…

Jako, że na obiad ponownie podano coś czego jedzeniem nazwać nie można było, Alfred skołował opiekunom… no i kolonistą także, po zestawie Happy Meal z pobliskiego McDonalda..
– Vee!~ A ja mam kota w butach. – zachwycał się Feliciano rozpakowując zabawkę dodawaną do każdego takiego zestawiku, ale po chwili spojrzał na zabaweczkę, którą wyciągnął Ludwig.
Oczy Niemiec zwróciły się na Włochy Północne, zabaweczkę, Włochy, zabaweczkę, aż w końcu podsunął figurkę zielonego ogra do Feliciano.
– Vee!~ Grazie, Doitsu!~

Tak jak było powiedziane, wieczorem odbyć się miała dyskoteka. Tak też wszystkie toalety były oblegane przez płeć piękną z grup drugich i trzecich. Prócz tej jednej, Jagody, która manewrowała pomiędzy koleżankami i przynosiła im potrzebne kosmetyki.
– A ty się nie malujesz? – zapytała w pewnym momencie Izka.
– Nie, Chad pokocha mnie i bez tego makijażu. – odrzekła Jadźka co wprowadziło do najbliższego otoczenia dziwną atmosferę.
– ?
– I żuci tą swoją nową lafiryndę. Będzie tylko mój, mój, mój! – teraz ruda zaśmiała się jak psychopata, a Iwan stanął w drzwiach z wiadomością o rozpoczęciu dyskoteki.
Widząc jednakże Jagodę w takiej sytuacji, przeraził się trochę, westchnął głęboko i dziękował w duchu, że nie ma tutaj jego kochanej siostrzyczki Białorusi. W głowie obiło mu się jej nawoływanie „pobierzmysiępobierzmysię
pobierzmysię!”.
– Towarzyszki, zabawa się rozpoczęła. – oznajmił i zniknął szybko, kiedy napotkał wzrok Jagody dorównujący wzrokowi Natalii, kiedy ta widzi Iwana.
Tabun złożony z kolonistów i opiekunów wpadł z głośnym okrzykiem do wielkiej sali imprezowej, nad której sufitem wisiała sklejana (zapewne już wiele razy) kula dyskotekowa. Krzesełka zostały poustawiane pod ścianami, a na przeciw drzwi wejściowych stała mała scena z całym sprzętem muzycznym (czyli laptop, mikrofon i głośniki) i projektorem.
– Hejoł! – zawołał radośnie Ameryka, który wygrał z Austrią o to kto ma być DJ-em. – Rozkręćmy tę imprezę. Oczywiście przyjmuję zamówienia na piosenki. Jedna piosenka, jeden hamburger.
Na pierwszy ogień poszły dobrze nam wszystkim znane hity typu Mietek Żul, Zabili Kenny’ego, EMO, Ksiądz Proboszcz Już Się Zbliża i Posłuchałem Szatana w wykonaniu księdza Natanka.
Gilbert stał niczym strażnik przy drzwiach wejściowych nie wpuszczając nikogo obcego i za nic w świecie nie dał się wciągnąć w tańce plonsańce. Feliciano porwał Ludwiga do tańca. Francis wraz ze swoim zwierzątkiem unikał Anglii, który najwyraźniej chciał go przeprosić za to co wydarzyło się na zajęciach. Kiku tańczył breakdance’a, a Chiny (cały w bandażach przez poranne wydarzenia) dopingował go. Iwan został zaproszony przez Gośkę do tańca, a kiedy chciał odmówić dziewczyna zagroziła mu czymś, najprawdopodobniej związanym z pierwszą zbiórką koloni i z tajemnicą obudzenia go, bo Rosja wtedy zgodził się bez wahania i wyszedł na parkiet aby odtańczyć z podopieczną ‚Wyginam śmiało ciało”. Romano i Antonio wybyli w miasto na „romantyczną kolację”. Austria wielce obrażony siedział na jednym z krzesełek , a obok w koncie pochlipywał Toris mając nadzieję, że Feliks nie będzie nic od niego chciał. Rzeczywiście Polska, śmigał po scenie tańcując w swojej wściekle różowej kiecce. A Kanada miał nadzieję, że ktoś go wreszcie zauważy. Ah, jak Litwa chciałby się z nim teraz zamienić…

*Weasley, tyle co wiem, właśnie to nazwisko wzięło się od łasicopodobnych. Snape, a co mieli Arcia nazywać McGonnagel?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz