Hej,
Oto poprawiony rozdział „Czarny Czwartek”. W tej kwestii musze podziękować mojej nauczycielce od języka polskiego. Dziękuję bardzo, za poprawienie tego opowiadania i pozdrawiam serdecznie. Mogę się pochwalić, że dzięki temu opowiadaniu udało mi się zdobyć drugie miejsce w pewnym konkursie.
A oto i przed państwem poprawiona wersja „Czarnego Czwartku”:
Zwą mnie Toris, Toris Laurinaitis, Litwa. Zdrobniale „Licia”. Mój kraj przeszedł bardzo wiele w swojej historii. Krwawe wojny. Wspaniali bohaterowie. Straszliwi zaborcy (wiecie kogo mam na myśli). Przyjaciele…
Tak… moim jedynym i zarazem najlepszym przyjacielem jest Feniks Europy, Feliks Łukasiewicz, Korona, Polska. Rzeczpospolita Polska. Niski blondyn o szmaragdowych oczach i ostrym temperamencie, którego pozazdrości każdy. Miłośnik kucyków, różowego koloru i paluszków.
Niegdyś razem z Feliksem walczyliśmy ramię w ramię. Czy Grunwald czy też nie Grunwald. Zawsze razem. Dopełnialiśmy się, jak Asterix i Obelix czy Flip i Flap. Ja mogłem liczyć na jego pomoc, a on na moją pomocną dłoń.
Podczas II wojny światowej Feliks walczył dzielnie. Choć wiele razy był o krok od śmierci, uśmiech zawsze gościł na jego twarzy. Nie znikał. Nawet kiedy Iwan, kończąc wojnę ,wprowadził do jego domu komunizm. Powiedział mi wtedy: „Licia, generalnie to wygraliśmy wojnę z Niemcami. Iwan teraz nie jest żadną przeszkodą jakby ku niepodległości. Kiedyś to totalnie obalimy”. Wtedy też ostatni raz miał na sobie swój mundur z pelerynką, który teraz kurzy się na strychu, przynosząc raz po raz wspomnienia straszliwej wojny i obozów koncentracyjnych…
Komunizm… ciężkie czasy niewoli u Rosji. Szczególnie wtedy gdy Iwan podwyższył ceny jedzenia. To był rok 1970. Ludzie zaczęli się buntować…
– Towariszu Lietuva – powiedział do mnie któregoś dnia. – Wysyłam cię do polskiej stoczni. Czuję, że coś się święci. Masz mnie informować na bieżąco.
– Tak jest – zasalutowałem i opuściłem jego gabinet.
W duchu cieszył mnie fakt opuszczenia jego domu. Przez głowę przemknęła mi myśl o możliwości spotkania się z Feliksem.
Polska była szarym państwem. Nie było w niej radości. Taka ponura. Pracujący ludzie ścigający się z rosnącymi cenami towarów, za którymi trzeba było stać i całe dnie w kolejkach. Podsłuchy w domach. Milicja. Strach obywateli. Jedyny plus tego wszystkiego to brak bezrobocia.
Szedłem wolno ulicą, która miała zaprowadzić mnie do stoczni, gdzie Iwan polecił mi podjąć pracę. Kazał mi donosić. Nie czułem się z tym dobrze i teraz jak o tym myślę, nachodzą mnie wyrzuty sumienia. Byłem jak zdrajca. Żałuję.
Spojrzałem na budynek stoczni. Wielki, niezadbany. Pracownicy wchodzący i wychodzący zza muru, który oddzielał ich pracę od reszty świata. Już chciałem wejść do środka, gdy…
Nagle stanąłem jak wryty. Aktówka wypadła mi z rąk. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Nie pomyślałbym, że go tu spotkam. Przede mną, w bramie, stał on, Feliks Łukasiewicz. Dobrze mi znany feniks. Przyjaciel i osoba, którą… którą przyszło mi zdradzić na rzecz Związku Radzieckiego. Co za wstyd.
– Licia?
Nawet nie drgnąłem dostrzegając za jego plecami trzech polskich pracowników, którzy przyglądali mi się z uwagą.
– Hej, Licia. – powtórzył Feliks, machając dłonią przed moją twarzą. – Żyjesz?
– F – feliks… co ty tu robisz? – wydukałem .
– Pracuję – uśmiechnął się szeroko nie podejrzewając jaki jest mój cel tak dziwnej i niespodziewanej wizyty. – A ty, Licia, generalnie co tu robisz?
– Będę pracować…
– Naprawdę? Co za totalnie wspaniała niespodzianka – Feliks chwycił za moją teczkę i przedstawił mnie swoim trzem przyjaciołom, z którymi pracował na jednym stanowisku.
– Waldek Wroński.
– Marcin Hurzowski – ściskali mi dłoń, a ja czułem się coraz gorzej.
– Janek Wiśniewski – uśmiechnął się brunet i poklepał mnie przyjacielsko po plecach. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zapamiętam go na bardzo długo.
Pracę w stoczni zacząłem już kolejnego dnia z samego rana. Nie przeszkadzało mi to, że miałem pracować nawet na nadgodziny. Jedno, czego nie chciałem, to spotykać Feliksa. Jakbym mógł patrzeć mu prosto w oczy i jednocześnie donosić na niego u Iwana?
– Hej Licia, a może pójdziesz dzisiaj z nami generalnie na piwko? – zapytał któregoś dnia.
– Nie, dziękuję, Polsko. Ale dzisiaj zostaję na nadgodziny i…
– Nadgodziny, nadgodziny – przedrzeźniał mnie Feliks. – Tylko pracujesz. Wyskocz, totalnie zabaw się z nami. Prooooszę!
Spojrzał na mnie minką zbitego psiaka. Nie jestem dobry w wymigiwaniu się, a do tego nigdy nie potrafiłem mu odmówić, kiedy robił tę swoją minkę.
– No dobrze. Ale tylko ten jeden raz – zgodziłem się, choć nie wiedziałem jak bardzo będę tego żałować.
Siedzieliśmy w piątkę na plażowym pagórku obserwując fale bijące o brzeg. Wiał wtedy taki miły, zimny wiaterek. Feliks i jego przyjaciele dobrze się bawili. Rozmawiali o różnych sprawach, o których nie powinienem wiedzieć.
– Na mój gust trzeba coś zrobić. Nie może tak być, że wszystko drożeje – mruknął Waldek, kładąc się na trawie.
– Dlatego też jutro jakby robimy strajk – oznajmił Feliks, budząc mnie tymi słowami z rozmyślań.
„Strajk? Jaki strajk? O czym on mówi?” To były pierwszy myśli, które przyszły mi do głowy, ale zaraz potem przypomniałem sobie słowa Iwana. Miał rację, coś miało się wydarzyć. Coś, co zostanie zapisane na kartach polskiej historii. Coś, co trudno będzie zapomnieć.
Kolejnego dnia próbowałem skupić się na pracy. Nie uszedł mnie fakt spóźnienia Feliksa, które postanowiłem mu wypomnieć.
– Ale, Licia. To totalnie nic takiego. Dziesięć minut spóźniania – odrzekł nonszalancko Polska a ja zauważyłem wtedy, że pod jego szyją zalśniła broszka z godłem kraju. Zielone, wojskowe spodnie?
Teraz dopiero skojarzyłem fakty. Broszka, wojskowe spodnie. Przecież on ma ubrany pod strojem roboczym swój mundur z pelerynką. No, no przygotował się do walki. Gotów oddać życie za ojczyznę. Co ja mówię? To on jest ojczyzną Polaków.
– Feliks, nie rób tego. Narazisz się Związkowi.
– Totalnie mnie to nie obchodzi. Będę walczyć o swoje – odpowiedział stojąc przede mną w mundurze. – Iwan myśli, że jak wyśle tu ciebie to coś wskura? Oj, kuzynek bardzo się pomylił.
– Jak to? To ty wiedziałeś?
– Licia, to wojna, którą musze zwyciężyć sam. Jeżeli uda mi się obalić komunę w moim domu. Wszystkie inne kraje też staną się niepodległe bo będą widziały, że z Iwanem da się walczyć i wygrać. – wyjaśnił. – Ty też będziesz wolny. I wtedy znowu będzie tak jak dawniej. Rozumiesz? – przytaknąłem. – Dobrze. A teraz daj mi wolną rękę. Możesz poinformować Iwana. Mi to nie zrobi różnicy. Licia, generalnie to wygraliśmy wojnę z Niemcami. Iwan teraz nie jest żadną przeszkodą jakby ku niepodległości. Kiedyś to totalnie obalimy.
– Nie zrobię tego. – wydukałem przez zęby. – Nie na kabluję.
Feliks uśmiechnął się szeroko po czym zniknął w drzwiach. Nie poszedłem za nim. Nie miałem odwagi. Stałem tak jeszcze dobre kilka minut. Z dworu było słychać wrzaski, syreny milicyjne, strzały.
„Zaczęło się.” Pomyślałem.
– Polska zawsze będzie Polską. Wolnym krajem! Nie ważne, jaka będzie wojna. Polska i tak podniesie się jak feniks z popiołów!
Słyszałem Feliksa. Dowodził nimi. Był ich przewodnikiem. Dowódcą. Oni wszyscy byli gotowi oddać za niego życie. A co ja mógłbym powiedzieć? Nic. Jestem kimś na którym Polska zawsze mógł polegać, a teraz? Teraz jestem osobą, która zdradziła go. Zawsze byłem słaby…
– Iwan, nic nie mogłem zrobić. – mruknąłem przez telefon i odłożyłem słuchawkę.
Nagle wszystko ucichło. Głośny strzał. Krzyk Feliksa i moja natychmiastowa reakcja. Wybiegłem z hangaru. Na samym przodzie strajku dostrzegłem blondwłosego żołnierza, który trzymał postrzelonego przyjaciela.
– Janek, trzymaj się! – dochodził mnie przeraźliwy płacz Łukasiewicza.
Wszystko zaczęło się od nowa. Wojna, po prostu wojna. Milicja używała broni przeciwko stoczniowcą. Stoczniowcy dzielnie stoją. Rzucają celnie wszystkim co nawinie im się pod rękę. Zranieni, zabici. Masakra.
Pozostała dwójka przyjaciół Feliksa podniosła ciało Janka na drzwiach.
– Zobacz, coście narobili! – krzyknął Feliks w stronę milicjantów.
Nie nadążałem za wydarzeniami. Wszystko działo się tak szybko. Zaraz później Feliks zaczął śpiewać.
Chłopcy z Grabówka,
Chłopcy z Chyloni,
Dzisiaj milicja użyła broni,
Dzielnieśmy stali,
Celnie rzucali,
Janek Wiśniewski padł.
Cała sytuacja zamieniła się w scenę z jakiegoś filmu katastroficznego.
Na drzwiach ponieśli,
Go Świętojańską,
Naprzeciw glinom,
Naprzeciw tankom.
Chłopcy stoczniowcy,
Pomścijcie druha.
Janek Wiśniewski padł.
Milicja strzelała, rzucała granaty dymne, biła pałkami. Czy to normalne? Feliks, czy to normalne?
Lecą petardy,
Ścielą się gazy,
Na robotników
Sypią się razy.
Padają dzieci, starcy, kobiety.
Janek Wiśnieski padł.
Jeden zraniony,
Drugi zabity,
Krew się polała,
Grudniowym świtem,
To władza strzela,
Do robotników.
Janek Wiśniewski padł.
Widziałem go, jak dzielnie stawiał opór. Nie zwracał uwagi na strzały. Na nic. Po raz kolejny zobaczyłem, że wbrew wszystkim pozorom Feliks, jest naprawdę waleczny. Broniący swego. Walczący o wolność narodu.
Stoczniowcy Gdyni,
Stoczniowcy Gdańska,
Idźcie do domu,
Skończona walka,
Świat się dowiedział,
Nic nie powiedział.
Janek Wiśniewski padł.
Ach, gdybym jeszcze wiedział co działo sie później. Nie wiem… coś mnie ogłuszyło i obudziłem się w pociągu jadącym do Moskwy. W głowie szumiały mi jeszcze słowa:
Nie płaczcie matki,
To nie na darmo,
Nad stocznią sztandar,
Z czerwoną kokardą,
Za chleb i wolność,
I nową Polskę.
Janek Wiśniewski padł.
– Spisałeś się – pochwalił Iwan, kiedy stanąłem w drzwiach jego gabinetu.
– Nie spisałem – mruknąłem, a ten spojrzał na mnie zaskoczony. – Zdradziłem przyjaciela.
– Zasłużyłeś się krajowi.
– Związkowi. I co mi to da?
– Och, mój drogi towarzyszu, coś humorek nie dopisuje. A Feliksem się nie przejmuj. Po co miałbyś mu pomagać? Zawsze tobą pomiatał, wykorzystywał i nie szanował. Walczyłbyś dla niego gdybyś wiedział, że nic byś z tego nie miał?
– Tak. Walczyłbym dla niego. Tak jak Janek.
– Co? Kto?
– Bo to nie za darmo. Feliks obali komunizm. Nad stocznią już wisi sztandar z czerwoną kokardą. Walka za chleb i wolnoć. Za nową Polskę!
Zatrzasnąłem za sobą drzwi. Nie widział mnie do czasu obalenia komunizmu. Tak samo jak Feliks, który był święcie przekonany, że przez kolejne dwadzieścia lat służyłem w domu Rosji.
Dzisiaj, po czterdziestu trzech latach od tamtego wydarzenia stoję przed drzwiami domu Polski. Pukam. Otwiera. Staje w drzwiach ubrany w swój zielony mundur, na którego rękawie jest zaschnięta plama krwi. Tak, z tamtego dnia.
– Fel…
– Dziękuje, że jesteś, Licia. – rzucił mi się na szyję.
– A ja cię przepraszam… – odwzajemniłem uścisk. – Za tamten dzień…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz