Muzyka

niedziela, 1 grudnia 2013

Axis Powers Academy - Alucard, mrok i pierożki

Wszyscy usiłowali pomóc w naprawie naszego przewspaniałego autokaru. W czasie ów czynu zwanego naprawą, doszliśmy do wniosku popartego bitymi dowodami, iż wóz został klejony taśmą, superglusuem i smarkami Shreka. Wogóle nie wiedziałam jak takie coś ruszyło z miejsca, no ale cóż… Niestety nasze wysiłki poszły na marne a w dodatku zaczynało się zciemniać. Robiło się coraz chłodniej i nieprzyjemniej.

- Zimno mi – stwierdziłam, że kolejnym razem na jakąkolwiek wycieczkę będę zabierać mój mięciutki kocyk z białym tygryskiem.

- S-serio? – Antonio, który stał obok mnie trząsł się cały i szczękał zębami. No tak przecież Hiszpania znana była z tego, że była „gorącym” krajen, a właśnie z tamtąd pochodził nasz pomidorek.

- Cholera jasna! – zaklęła Usagi rzucając zamrożone jabłko na ziemie. – Teraz będę głodować!

- A co ty? Jesz tylko to świństwo? – zapytał Alfred zarzerając hamburgera, którego kupił na ostatnim przystanku w McDonaldzie.

Usagi spojrzała na niego miną godną samego Berwalda i wycedziła przez zęby :

- Shinigami jedzą tylko jabłka.

Podczas gdy bracia Włosi wraz z Tośkiem już zamienili się w kostki lodu, Gilbert marudził uwiesiwszy się Ludwigowej szyi, Francis usiłował zbaleźć ciepło miłości, Iwan bawił się w śniegu a my w składzie kółka magicznego usilowaliśmy wzniecić tu mały pożar, Tsume i Alucard jakby nigdy nic pochłonięci byli najzwyklejszą w świecie medytacją.

- Za co? – użalał się Vash kopiąc butem w jeden z kamieni. – Za co mnie to spotkało?

- Nie mam zielonego pojęcia – odrzekł kamień, który okazał się być starym niedźwiedziem, który mocno śpi, i po chwili zwierze zniknęło w ciemnyn lesie.

Kiedy już zapadła głucha noc, Germania wreszcie wylazł zpod autokaru, otrzepał kurtkę z białego puchu aby po chwili poinformować nas, że dzisiejszą noc spędzimy tutaj gdzie obecnie się znajdujemy.

- ALE ZA CO? – Szwajcar wpadł w istny szał kopiąc pobliskie torby uczniów, które w niezydendyfikowany sposób znalazły się poza autokarem. – Za-co!?

- Przez to, że Szwajcaria nie dała kasy na nowy autokar – fuknęła Seszelka widząc jak Vash robi się cały czerwony topiąc śnieg wokół siebie.

- Ja cie zaraz… – blondyn ruszył w jej strone zakasując rękawy.

I zapewne dzisiejszego wieczora mielibyśmy super spektakl na dobranoc, gdyby Matthias nie zatrzymał Vasha używając do tego sporej wjelkości toporka. A Tsume i Alucard jakby nigdy nic, dalej byli pochłonięci medytacją…

Mijał czas… wciąż się dłużył, a temperatura ciągle spadała. Nic dziwnego, że nasz kochany Szwajcar siedział teraz pod drzewem w kaftanie bezpieczeństwa (Dżermania nosi przy sobie kilka sztuk takiego typu gadżetów).

- Hej, Necomi, nie zasypiaj – Arthur szturchnął mnie lekko, kiedy oparta o jego ramię powoli zsuwałam się na ziemię.

- Arthur, dlaczegi nie naprawimy autobusu magią? – zapytałam przecierając zaspane oczka.

- Jest na nią odporny – odpowiedział krótko a sam ziewnął.

Przez chwilę wszyscy siedzieli w ciszy wpatrując się w płomień ogniska. Czerwone iskierki tańczyły wesoło na drewienku, które co jakiś czas podkładano do paleniska. Światło rozświetlało twarze a w oczach odbijało swój blask. Gdyby nie było tak zimno, byłoby nawet przyjemnie. A Alucard i Tsume… nadal medytowali. Podziwiałam ich za ten stoicki spokój. Byli niemożliwi.

- Mamy okazję poznać się bliżej – nagle odezwał się Dżermanisztyc smarząc pianki na ognisku.

Wzrok wszystkich odrazu przeniusł się na niego z wyrzutem. Jak on mógł nam to wogóle zaproponować. My i on mieliśmy zwyczajnie rozmawiać? Rzecz niemożliwa, ale cóż… w końcu to on był Dj-em Zemniacznkiem. Tak… tą informację posiadłam przez przypadek, kiedy to Tsume przez przypadem pozostawiła bez opieki swój zielony segregator a w nim kilka notatek odnoszących się do ów Dj-a.

- Dzadziu, może lepiej nie – stwierdził Ludwig widząc piekielną  rządzę w oczach Francuzka, które w dość bezczelny sposób zatrzymały się na części ciała Pana Olo, której bynajmniej nie wystawia na widok publiczny.

Jednakże zanim Germania zdąrzył powiedzieć cokolwiek, przed Francisem pojawił się Alucard z super spluwą w dłoni, której końcówka lufy znajdowała się zbyt blisko twarzy Bonnefoy’a.

- Jedźmy dalej – powiedział wampir strażnik rodziny Hellsing. – Wsiadać do autokaru.

Wszyscy spełnili jego rozkaz w milczeniu, choć wątpili, aby ten gruchot tak nagle z niczego ruszył w dalszą podróż. Choć nie wszyscy znali Alucarda tak dobrze jak Tsume i ja… choć on na pewno znała go OWIELE lepiej.

Usiedliśmy na swoich miejscach. Wampir usadowił się na siedzonku kierowcy, ułożył dłonie na kierowcy. Trzecią ręką, którą dopiero nam pokazał, wcisnął kluczyk w stacyjkę. Po chwili cały wóz pogrążył się w czarnej brei. Feliks i kilka dziewczyn darło się w niebogłosy, Iwan wraz z siostrami zaczął zakładać mundur szykując się do ewentualnej trzeciej wojny światowej, Frnacis błagał o litość przysięgając, że już nie będzie szukał bezgranicznej miłości, a reszta prostego ludu zachowywała się poprostu w dość podobny sposób. Tylko Tsume jakby nigdy nic siedziała w swoim fotelu popijając kawusie.

- A ty dlaczego taka spokojna?! – wycedziła Usagi trzymając się kurczowo siedzenia autobusu.

- Bo zaraz ruszymy w dlalszą drogę – Pan Olo odpowiedział spokojnie, oblewając francę gorącą latte.

Bonnefoy z wielkin piskiem (tak, typowo babskim) wyskoczył ze swojego siedzenia i ruszył w stronę drzwi, jednakże nie było mu dane opuścić wozu, gdyż Alucard zastawił my drogę.

- Siadaj na miejsce – rozkazał wampir a Francuzik powrócił na swoje siedzenie.

W końcu autobus ruszył z kopyta (tak, ten miał kopyta). Nasz wóz toczył się wesoło (co prawda w nieco mrocznej atmosferze) po niemieckich drogach, mijając co rusz to jakieś zabytkowe zabytki, które bynajmniej powinny znajdować się w całkiem innych miejscach świata.

Nad ranem wreszcze dojechaliśmy na miejsce, gdzie przed naszym ośrodkiem wypoczynkowy czekał na nas wielki poczet powitalny w składzie…

- O shit! – zaklął Arthur, który w dziwnych okolicznościach znalazł się na przodzie autokaru.

- O co ci chodzi, towarzyszu Kirkland? – zapytał Iwan wcinając pierożki.

Wszyscy spojrzeli pytająco w stronę Brytyjczyka, a on tylko spuścił głowę o wskazał bezczelnie w strone grupy powitalnej.

- To ośrodek… moich rodziców – wydukał zrezygnowanie.

- Nie mówisz poważnie, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz