Wracając do Necomi’owej rzeczywistości… Oto kolejny rozdzialik Axis Powers Academy, już mojego autorstwa.
-Vash, mógłbyś się uśmiechnąć?
Szwajcar burknął coś pod nosem, a Tsume za pomocą swoich łapek zajęła się modelowaniem jego uśmiechu.
– Dzięki, Panie Olo – Matthew zaczął ponownie mazać pędzlem po płótnie.
– Kiedy skończysz? – zapytał Gilbert trochę się już niecierpliwiąc, no bo w końcu stał już prawie trzy godziny w jednej pozycji.
– Gilbert, dopiero co zacząłem. Ale jeżeli chcecie możemy zrobić przerwę, albo przyjdziecie jutro, bo i tak w jeden dzień tego nie namaluję – chłopak wyłonił się zza płótna i zasłonił obraz ciemną folią.
– No to fajrant, panie kierownik – stwierdziła Tsume i opuściła pracownie wraz z Vashem i Gilbertem.
Ja zostałam jeszcze na moment, bo byłam ciekawa ile Williams już namalował.
– Ale to tylko takie pierwsze kreski i kropki – Kanadyjczyk podniósł folię i znowu strzelił buraka.
– Żartujesz chyba, to jest co najmniej porządny szkic z pierwszymi kolorkami – uśmiechnęłam się zachwycona. – Masz ogromny talent. Twój brat pewnie nie potrafi tak malować.
– N-no rzeczywiście.
– A to oznacza, że jesteś wyjątkowy.
– Hej, Tsume – do pokoju wróciłam trochę później, bo Matt poprosił mnie jeszcze o mała pomoc w literaturze.
– Elo Necomi – odpowiedziała leżąc na łóżku z nogami na ścianie. – Co tak długo?
– „Pomoc naukowa” – wzięłam to w cudzysłów i walnęłam się na moim łóżku.
– Z Matt’em?
– No, kiepsko mu idzie literatura. To pomyślałam, że mu pomogę.
Tsume uśmiechnęła się od ucha do ucha, ale nic już nie powiedziała.
– No, to do odpowiedzi… – zamyslił się Atlantyda, najbardziej wredny i wymagający nauczyciel (po za Dżermanią oczywiście) w tej szkole, uczący znienawidzonego przeze mnie przedmiotu, czyli fizyki. – Necomi.
Nie mając zbyt wielkiego wyboru i w ogóle, wstałam z ławki i ruszyłam do tablicy. Po drodze napotkałam oczka ludków z mojej klasy. „Trzymaj się” mówiły ślepka Tsume. Albowiem powszechnie było wiadome, że jestem ostatnia na szkolnej liście jeżeli chodzi o ten zuy przedmiot.
– O czym mówiliśmy na poprzedniej lekcji? – zapytał nauczyciel bawiąc się wąsem.
– O… o fizyce – tak, bo najlepiej głupa rżnąć.
– No, racja, ale konkretniej – stwierdził nauczyciel. – O czym?
całej klasy ukazał się zaciesz.
– Necomi, a czy ty cokolwiek wiesz> – pan Atlantyda wyglądał na lekko wkurzonego.
– Pana, ja nie czaje fizyki. Czarna magia już jest łatwiejsza – rozłożyłam ramiona w akcie całkowitej fizycznej niewiedzy.
– Ja ci teraz tej jedynki nie postawie, ale przyjdziesz tu po lekcji. Znam kogoś kto udzieli ci korepetycji – powiedział i nie czekając na moja odpowiedź, dodał: – A teraz siadaj.
– Podreptałam więc w stronę swojej ławki i usadziłam swoja część ciała, której nie wystawiam na widok publiczny, obok Pana Olo. W tym momencie miałam wrażenie, że nad głową Tsume pojawiła się złota korona a w ręku różdżka Wróżka Chrzetnego. A… a może mi się zdawało? Ech przez to, że mam ostatnio tyle na głowie, to jeszcze mam przewidzenia. Necmi, weź ty się w końcu wyśpij, a nie siedzisz do nie wiadomo, której w nocy.
– Necomi, wszystko w porządku? – zapytał Matt, kiedy mieliśmy okienko, i poszliśmy w piątkę do pracowni „popracować” nad obrazem Kanadyjczyka.
– Serio, wyglądasz jakbyś nie spała kilka dni i ogólnie kiepsko – stwierdził Vash, kiedy ziewnęłam po raz kolejny.
– A dziś masz jeszcze te korepetycje z fizyki – dodała Tsume.
– E tam – wzruszyłam ramionami. – Byle by nie były z Germanią.
– Ale kiedy ty zasypiasz na siedząco, siostra.
– Gilbert, nie przesadzaj – zerknęłam na zegarek.- Po za tym musze lecieć, bo zaraz się spóźnię.
Po czym opuściłam pracownie kierując się do sali od fizyki, gdzie zastałam już pana Atlantydę siedzącego przy swoim biurku. Usiadłam sobie w pierwszej ławce bo ten „mój nauczyciel” miał dopiero przyjść. Położyłam więc głowę na ławce i szczerze powiedziawszy, po dobrej minucie zmorzył mnie sen. Nie wiem czy Atlantyda to zauważył, bo bynajmniej mnie nie obudził, a chyba nawet wyszedł z sali. A miała taki dziwny sen. Dziwny przez duże D.
SEN
To była jakaś dziwna galaktyka. Wszędzie cicho i ciemno. Podejrzane. Tylko co ja tu robię? Zaraz, zaraz, ja to miejsce znam… a przynajmniej kojarzę, bo ostatnio oglądałam 10 godzinną wersję tego…
– Meow, meow, meow, meow – obok mnie zaczął fruwać szary kot z tułowiem ciastkiem/kanapka, wydobywając z siebie tęczę. To był Nyan Cat! Serio muszę być zmęczona, skoro śni mi się to kocisko.
– Meow, meow, meow, meow…
Rany, ostatnio wytrzymałam z nim 10 godzin, a teraz normalnie nie mogłam tego wytrzymać. Głowa mnie strasznie bolała. No w końcu od dobrego tygodnie spałam tylko po dwie, góra trzy godziny dziennie. I teraz w rezultacie śni mi się ten pojechany kot.
– Meow, meow, meow…
Kiedy on skończy? Zaraz chyba nerwicy dostanę. Tylko…
– Meow, meow, meow, Necomi.
Co? On powiedział moje imię?
– Przepraszam…
Co?
OBUDZIŁAM SIĘ, ale ktoś mnie przytulał i płakał, i bynajmniej nie był to Nyan Cat. Zaraz, zaraz, ja znam tę lazurową bluzę.
– Necomi, przepraszam – mówił chłopak. – Nawet nie wiesz jak mi przykro. Nie chciałem tego powiedzieć, ani cię uderzyć. Nawet nie wiesz jak tego żałuję. Ale kiedy zobaczyłem cię z Lukasem cos we mnie pękło. Myślałem… ale Gilbert mi wszystko wyjaśnił. Kazałem Francisowi oddać ci tygryska. Znalazłem go jakiś czas temu na korytarzy. Nie wiem dlaczego nie oddałem go od razu. Przepraszam…
– Taurys… – odezwałam się cicho, dając mu do zrozumienia, że już nie śpię, ale najwyraźniej o tym wiedział. Odsunał się ode mnie i spojrzał na mnie swoimi zapłakanymi niebieskimi oczami. Zaraz, ja też płakałam? Mam mokre policzki… ale to chyba przez sen, bo teraz na pewno nie. Spuścił wzrok. Nie miał odwagi patrzeć mi w oczy? Chwila moment, przecież on z fizyki jest najlepszy w całej szkole. To z nim miałam mieć te korepetycje.
– Taurys… – chciałam coś powiedzieć, ale zakręciło mi się w głowie i podparłam ręką głową o ławkę.
– O rany, rany – Litwin podniósł wzrok i przytknął mi dłoń do czoła. – Jesteś cała rozpalona. Wyglądasz jak chodzący anemik. To przeze mnie, prawda.
Tym razem to ja odwróciłam głowę, aby nie nawiązywać kontaktu wzrokowego.
– Zrobiłeś ze mnie kogoś kim nie jestem. Gdyby to był ktoś inny, może nawet nie zwróciłam uwagi. Ale fakt, że to powiedziałeś… uderzyłeś ty, zabolało najbardziej…
– Byłem zazdrosny, a z resztą… – westchnął i za pomocą dłoni i jednego gestu nawiązaliśmy kontakt wzrokowy. – Jestem totalnym palantem i nic mnie nie usprawiedliwia.
– To prawda, ale… – skinęłam głową i już chciałam cos dodać, ale moje zmęczenie spowodowało dość niemiłe konsenkencje w postaci zawrotów głowy, mroczków przed oczami aż w końcu w postaci omdlenia.
W takim momencie to już przegięcie. Nie zdążyłam mu powiedzieć wszystkiego. Co za chamstwo, żeby w tak ważnej chwili organizm odmówił współpracy. Wreszcie, od tygodnia miałam okazję z nim szczerze porozmawiać, a tu wpakował się na bezczelnego ten Nyan Cat.Kurde, jakbym mogła to bym tego kota za uszy powiesiła na strychu i tam zostawiła. ten kot to zuo.
– Meow, meow, meow, meow, meow, meow…
DOŚĆ!!!
MINĘŁO TROCHĘ CZASU
Kurde, ciemno. A nie, chwila mam zamknięte oczy. Otwieram jedno oko. Jeszcze trochę zamglone. Otwieram drugie oko. Zaraz, zaraz, to nie jest mój sufit. Gdzie ja jestem? Wszędzie biało. Osz kurna, czy to nie przypadkiem zakład psychiatryczny? Te szafki z lekami. Rażąca biel. Chwila moment, przecież to jest gabinet szkolnej pielęgniarki. Ale co ja tu robię?
– Necomi! – przede mną, jak grzyb po deszczu, wyrosła Tsume. – Wreszcie się obudziłaś!
– Wreszcie? Znaczy ile spałam? – usiadłam na łóżku.
– He, dobre dwa dni – stwierdził Pan Olo drapiąc się po głowie.
Moment, a tak właściwie, to co się stało? Głowa mnie boli. Już pamiętam. Wiem co tu robię. Miałam mieć korepetycję z fizyki, jak się później okazało, z Taurysem. Rozmawialiśmy i nagle urwał mi się film. Pamiętam, że mnie przepraszał i w ogóle, ale ja nie zdążyłam mu czegoś powiedzieć, bo mój organizm odmówił posłuszeństwa.
– Tsume, musze porozmawiać z Taurysem.
– Obawiam się, że to nie możliwe – uśmiech z twarzy mojej Tolkienowskiej przyjaciółki wygiął się w drugą stronę.
– WHAT? – na myśl przyszedł mi artykuł o litewskich samobójstwach.
– Rodzice przenieśli go do innego liceum – wyjaśniła Tsume, a ja z powrotem znalazłam się w pozycji leżącej. – Wszyscy obwiniali go o to, co się z tobą dzieję i…
– Nie kończ – odwróciłam się w stronę ściany. – Możesz mnie zostawić samą?
Tsume nic nie odpowiedziała. Usłyszałam tylko dźwięk zamykania drzwi. Chyba nie musze opisywać co stało się później, prawda… cóż…
Z PERSPEKTYWY OBSERWATORA
Tsume zamknęła za sobą drzwi gabinetu pielęgniarki. Necomi musiała teraz sobie wszystko w spokoju poukładać. Pan Olo wsunął na palec Jedyny Pierścień i zniknął wszystkim z oczu.
I Z POWROTEM NECOMI
Wróciłam do pokoju dopiero wieczorem. Rozejrzałam się. Tsume siedziała na swoim łóżku opierając się o ścianę. Cos pisała. Przy oknie stał Feliks. Od razu walnęłam się na łóżko, ale moja twarz zderzyła się z czymś twardym.
– Tsume, mogłabyś trzymać swoje rzeczy u siebie? – podałam jej własność w postaci zielonego segregatora, który w niewyjaśniony sposób znajdował się tam gdzie moja poduszka.
Feliks westchnął głośno, dając o sobie znać, ale mi się nie chciało nawet podnieść głowy. Muzę się wreszcie wyspać.
– Kółko teatralne się rozsypało – odezwała się w pewnym momencie Tsume.
– Trochę szkoda…
– Generalnie to… nie tak miało totalnie być…
No i udało mi się przepisać ten melodramat. Kolejne rozdzialiki będą już nieco weselsze, ale bez Taurysa. Spokojnie, on kiedyś wróci… Kiedyś…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz