Okrążyła nas spora grupka prostego ludu. Wszyscy chcieli dowiedzieć się co się stało, nawet był tam Germania. Taurys coś tam mówił, ale ja nadal niiezbyt dobrze kontaktowałam, więc milczałam. Ta przygoda skończyła się tym, że wylądowałam w osobnym pokoju zwanym izoltką z powodu nie tylko, że przemęczenia ale i przeziębienia. No pięknie, całe ferie zimowe poszły się kiwać. Ale w końcu… to nawet nie miałam ochoty łazić po Londynie w celu zwiedzania. Od zawsze miałam uprzedzenia do Anglii, które narobiła mi kuzynka wierząca w One Direction. Jedynymi osobami, które odwiedzały mnie przez kilka ostatnich dni, to nasza wspaniała paczka w składzie Tsume, Usagi, Vash, Iwan, Gilbert, Matthew, Matthias, Lukas, Feliks, Vasilica, Elisaveta i Roderich. Francis również usiłował odwiedzić mnie kilka razy ale tylko pod nadzorem mojego Ojca Chrzestnego Pana Olo i jej wielkiego sztucera, którym w bardzo łatwy sposób mogłaby odstrzelić Franckowi łeb.
- Zbiórka! Baczność! Kolejno odlicz! – rozkazał Dżardżamel, kiedy bardzo wcześnie rano w ostatni dzień ferii zimowych zarządzono zbiurkę przed autokarem.
Prosty lud posłusznie wykonał jego polecenie w milczeniu… co oznacza, że nawet Dziadzio Rzym nie dał rady nas uspokoić. Normalnie dzicz.
- Spokój! – ryknął DżermLegolas i rzucił w kogoś starym butem, który zmaterializował się w jego dłoni.
Francis, bo to właśnie on oberwał zacnym obuwiem dyrektora, zawył z bólu i z krawiącym nosem wpadł w ogromną zaspę śniegu.
- Trafiony zatipiony! – zatriumfowała Tsume tańcząc dzikie pogo.
Pragnę nadepomnąć, że odtańczyła to na naszym (nie) kochanyn Francuziku, który obecnie wyglądał jakby go stado gazel przydeptało.
- Dobra, zbierać się ludzie – fuknął niezbyt zachwycony Alucard, którego tej nocy dręczyły dziwne wrzaski dochoadzące z pokoju Natalii i Katyushy (nie wnikam), a z powodu swej służby nie mógł posłużyć się swoją epicką bronią.
Po jako takiemu aprawdzeniu obecności, mogliśmy wreszcie wejść do autobusu i zająć miejsca. Tak jak ostatnio, Dziadzio Rzym znalazł się gdzieś na końcu czerwonego pojazdu wraz z sporą grupą prostego ludu. Na samym przodzie usiadł nasz jakże zacny dyrektor z Tsume, którą jak stwierdził „chce mieć pod ręką”. Ja usiadłam za kierowcą, w razie gdyby moja choroba lokomocyjna ponownie dała by o sobie znać. Dosiadł się do mnie Taurys, który od tamtego feralnego wydarzenia w moje urodziny, nie odezwał się ani słowem. Ale jego zielone tęczówki mówiły, że leży mu coś na sercu. Usagi natomiast, pogrążona w intensywnej rozmowie z nijakim Heraclesem usiadła na Dżermanią i Tsume.
- Zapiąć pasy – rozkazał wampir opiekun rodziny Hellsing i autokar ruszył z piskien opon.
Oparłam czoło o zimną szybę autobusu. Nawet nie trzęsło. Cóż, czego się spodziewać po demonicznym szkopnym wozie wycieczkowym i idealnie gładkich autostradach. Minęła dobra godzina a Laurinaitis nie odezwał się do mnie ani słowem. Wyciągnęłam więc z torby paczkę Mikado i chciwszy pod pregekstem poczęstunku zagadać, zaczęłam ciamkać pierwszego paluszka.
- Taurys, chces…
- Nie powinnaś jeść słodkiego podczas drogi. Zemdli cię – wtrącił chłopak z troską wymalowaną na twarzy.
Ta mina od razu zmusiła mnie do schowania mojego ulubionego przysmaku z powrotem do torby.
- Taurys… – chciałam jakoś rozpocząć rozmowę.
- Taip? – spojrzał na mnie.
- J… jak to się stało, że wtedy w Londynie mnie znalazłeś? – wydukałam nerwowo.
Milczał. Spuścił głowę wbijając wzrok w nieokreślony punkt.
- Taurys…
- Rano, w twoje urodziny wyszedłem na miasto, żeby być z dala od przyjęcia – po chwili milczenia zaczął mówić. – Błądziłem tak przez cały dzień, dopóki nie zobaczyłem dziwnego błysku, który skierował mój wzrok na tamtą uliczkę.
- Dlaczego chciałeś być daleko od przyjęcia? Przecież… – w tej chwili zauważyłam, że rękaw jego zielonego polaru był lekko podwinięty, a to co ujrzałam, przeraziło mnie. – Taurys, co to jest?
Chłopak natychmiast opuścił rękaw bluzy i odwrócił wzrok. Nie mogłam uwierzyć w to widzę, Taurys… samokaleczenie… nic innego nie było w stanie mi wejść do głowy.
- Nie zrozumiesz – szepnął a jedna samotna łza spłynęła po jego policzku.
- Taurys, do jasnej cholery! – prawie, że krzyknęłam, nie wierząc w to co widzę i słyszę. – Spójrz na mnie!
Litwin lekko podniósł głowę i spojrzał na mnie z takim jakby wyrzutem, jakbym to ja cieła go tą żyletką. Między nami zapadła głucha i długa cisza, przez którą patrzyliśmy na siebie bez mrugnięcia okiem.
- Taurys! – wtuliłam się w jego zielony polar, który nadal pachniał cytrusami. – Jeżeli to przezemnie, ja…
W tym momencie zamilkłam mając na przeciwko zielone tęczówki szatyna i jego usta na moich.
To nie było to samo, co kiedyś z Francisem… nie to samo co z Arthurem. To był Taurys, Taurys Lahrinaitis.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz