Muzyka

niedziela, 1 grudnia 2013

Axis Powers Academy - Kto?

Po całodniowej balandze na działce i dzikich skokach z huśtawki do basenu w ubraniach, zebrałam się do przepisywania kolejnego rozdzialiku Axis Powers Academy.

Przez kolejne dni chodziłam tak jakbym co najmniej miała zderzenie czołowe z walcem i kosiarką. Od tamtego wieczoru nie odezwałam się do Torisa. Unikałam go za wszelką cenę. Nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Z resztą nic mnie z nim nigdy nie łączyło. Nie był wart tych nie przespanych nocy i płaczu w poduszkę. Na kółku teatralnym też nie byłam. Wypisałam się, wciskając Germanii, ze to nie jest dla mnie. Jednak dyrektor widział, że coś musi być na rzeczy. Nie wnikał. I dobrze.
– Na twoim miejscu to bym poszła i mu oddała – powiedziała do mnie Tsume, któregoś dnia, kiedy wracałyśmy z biblioteki do pokoi.
– Nie umiem bić ludzi – stwierdziłam chowając ręce do kieszeni.
– W takim razie musisz koniecznie obejrzeć anime Blood C. Tam rozbebeszają ludzi. Oglądniesz kilka razy i się nauczysz – Tsume poklepała mnie przyjacielsko po plecach.
– Nauczę się rozbebeszać ludzi? – szybko zamrugałam oczami a na myśl przyszła mi Białorusinka. – M-może lepiej nie. Zostawmy to Natalii.
– No dobrze – uśmiechnęła się moja Tolkienowska przyjaciółka. – Później z nią pogadamy.
– Z kim? – nagle obok nas pojawił się Francis i objął nas, na co zaliczył gonga w nos od Tsume (tak, ona jest zawsze, jak jej potrzebuje).
– Nie twoja sprawa, franco, ty – fuknęła dziewczyna, taa… ona to nie lubiła Francuzów.
– Ale i tak wszyscy w szkole trąbią o tym co zrobił Liciek – powiedział Francis dziwnie kiwając się na boki.
Moja minka wygięła się w podkówkę. Wolałam o tym nie wspominać, a tu taki Francis się napatoczył i już od początku.
– Jesteś chamski, żeby jej to przypominać – Pan Olo stanął w mojej obronie, w końcu ostatnio mianowała się moim Ojcem Chrzestnym.
– Ale ja chciałem to jej tylko przekazać – wyjaśnił Bonnefoy i wyciągnął zza pazuchy mojego białego tygryska. – Znalazłem go w szatni, a Tsume wspominała coś, że go zgubiłaś.
– Dzięki, Francis – uśmiechnęłam się, wreszcie do mnie wrócił, mój tygrysio.

Chwile później siedziałyśmy już w pokoju przy odrabianiu lekcji, a było co odrabiać, bo DżermVader zadał nam wypracowanie na 10 stron maczkiem, na temat Halloween, które zbliżało się wielkimi krokami. My, z Tsume nie miałyśmy z tym problemu bo pisanie miałyśmy we krwi, jednakże niektóre osoby nie miały tyle szczęścia (mówiąc niektóre, miałam na myśli oczywiście Natalię i Elisavetę, które przyszły do nas po radę). Później jeszcze trzeba było zrobić zadania z matmy, które były dla mnie trudniejsze niż czarna magia. No i na koniec jeszcze nauczyć się z historii, bo miała być kartkówka. Szczerze mówiąc przysnęło mi się w czasie wkuwania bo był to strasznie nudny temat – odkrycie Ameryki, a to mnie jakoś nie interesowało. Mnie interesowało to, jak odkryto Kanadę.
– Hej, Necomi – otworzyłam oczka, a nad sobą zobaczyłam Tsume i kogoś kto bardzo przypominał Alfreda, naszego klasowego bohatera. – Ktoś do ciebie.
– Do mnie? – zdziwiłam się siadając na łóżku.
– Matthew potrzebuje twojej pomocy – uśmiechnęła się Tsume i skinęła głową w stronę chłopaka.
– Kto? Zaraz, ty chyba na wieczorku filmowym rządziłeś odtwarzaczem, co? – mruknęłam i wstałam.
– No tak – okularnik z wielkim uśmiechem na pyszczku zaczął energicznie przytakiwać. – Jak mnie poznałaś?
– Bo masz taki charakterystyczny loczek i włosy w fajnym kolorze, który… też jest charakterystyczny – zarzuciłam teatralnie iwanowym szalikiem, dalej się uśmiechając.
– Naprawdę? Jestem CHARAKTERYSTYCZNY?!
– No tak. Tylko Alfred jest trochę do ciebie podobny.
– On do mnie? Nie ja do niego?
Przecząco pokręciłam głową, a Matthew cały w skowronkach uwiesił mi się na szyi. Spojrzałam pytająco na Tsume, ale ona tylko wzruszyła ramionami w akcie niewiedzy.
– A… a w jakiej sprawie przyszedłeś? – zapytałam, kiedy Kanadyjczyk (bo właśnie z Kanady pochodził) odkleił się ode mnie.
– Zapomniałbym – blondyn podrapał się po głowie i poprawił okulary. – Ale to musiałabyś iść ze mną, bo to jest coś, czego nie można tutaj wnieść.
Spojrzałam porozumiewawczo na Tsume. Dziewczyna przytaknęła.
– Ale Tsume idzie ze mną – zakomunikowałam oficjalnie.
– Nie ma problemu, ale to tajemnica – zgodził się Kanadyjczyk.
W trójkę ruszyliśmy do szkolnej części akademii i zeszliśmy na dół do piwnicy, gdzie uczniowie nie zapuszczają się w ogóle, bo jest to poziom o jeden niższy niż kotłownia czy stołówka. Szczerze mówiąc gdyby Matthew nas tego wieczoru tam nie zaprowadził, nie wiedziałabym o istnieniu tego pietra. Ciekawe ile jeszcze niespodzianek czeka na nas w tej szkole.
Szliśmy ciemnym korytarzem krok w krok za blondynem. Tak szczerze mówiąc ciekawa byłam gdzie on nas ciągnie i po co. Tam na marginesie to nie wiem czy wiecie, ale Matthew był też z nami w klasie?
– No to jesteśmy na miejscu – oznajmił blondyn kiedy doszliśmy do jakiś drzwi, na których widniała żółta tabliczka z napisem „pracownia”.
Kanadyjczyk otworzył drzwi, rozejrzał się wokół i weszliśmy do środka. Blondyn zapalił światło. Naszym oczom ukazała się ogromna pracownia malarska, pełna naprawdę cudnych obrazów. Byłam pod wrażeniem, z resztą Tsume także. W szczególności spodobał jej się obraz przedstawiający Norę Bilbo Bagginsa.
– Matt, to są twoje obrazy? – zapytałam nie mogąc nacieszyć oka.
– E… no tak – zarumienił się drapiąc się po głowie.
– Masz talent – stwierdziła Tsume.
– Heh, dzięki… ale nie o to mi chodzi. Bo chciałbym namalować…
– JĄ? – Pan Olo przerwał Kanadyjczykowi i wskazał na mnie paluchem.
– Właściwie to chciałem namalować was obie – Kanadyjczyk po raz kolejny strzelił buraka. – Was z Gilbertem. Taką mam koncepcję twórczą…
– Wspaniały pomysł! – uradowana Tsume uśmiechnęła się tajemniczo. – A może by do tego dorzucić Vasha?
– Hmmm… – zamyślił się blondyn. – Rzeczywiście to jest dobry pomysł.
– To ja go pójdę namówić – i w tym momencie Tsume zniknęła w ciemnym korytarzu. Byłam ciekawa czy serio wpadnie do Szwajcara o dziewiątej w nocy.
Zaraz, zaraz była już dziewiąta?
– Mogłabyś namówić Gilberta? – poprosił mnie.
– Jasne, mi raczej nie odmówi – uśmiechnęłam się i z nadzieją, ze Prusak jeszcze nie śpi, ruszyłam do jego pokoju. lecz dopiero gdy wpadłam na bezczelnego do środka, przypomniałam sobie, że Gilbert dzieli przecież pokój z Matthiasem i Lukasem. Na całe szczęście jego współlokatorów nie było w pokoju (na marginesie: ciekawe gdzie szfędają się o tej porze).
– Siostra? Co ty tu robisz o tak barbarzyńskiej porze? – zapytał albinos już lekko zaspany, bo widocznie powoli już zasypiał.
– Mam do ciebie prośbę – zaczęłam i usiadłam sobie wygodnie na łóżku Duńczyka.
– Dla mojej siostry wszystko – stwierdził Prusak.
– Będziesz modelem, popozujesz ze mną, Tsume i Vashem żeby Matthew…
– Kto?
– Matthew, Kanadyjczyk z mojej klasy. Brat bliźniak Alfreda – wyjaśniłam. – Ma taki charakterystyczny loczek.
– Charakterystyczny? Necomi, co ty gadasz? – jedna brew Gilberta uniosła się do góry. – Dałbym sobie uciąć moja zagilbistą rękę, że on jest półprzezroczysty.
Zapadła chwila ciszy.
– To jak? – przerwałam tę głuchą i długa ciszę.
– No… – zawahał się. – Niech będzie.

Kolejnego dnia, Matthew miał zacząć nas malować. Jednakże najpierw musieliśmy przeżyć cały dzień zajęć z pierwszej pomocy. No wiecie, musieli nas edukować pod tym względem. Później jeszcze jakiś idiota zgłosił na policję, że w naszej szkole jest bomba, przez co przyjechali Faceci w Czerni i wszystkich ewakuowali z budynku.
– Wiecie kto to zadzwonił z tą bombą? – zapytałam, kiedy pod wieczór wracaliśmy sporą grupką do pokoi.
– Goście z czwartej klasy mówili coś o tym, że to Vash bawił się bronią – odezwał się ktoś.
– A ja słyszałem, że to Iwan robił koktajle Mołotowa – odezwał się drug ktoś, ale najwyraźniej został uciszony przez Natalię.
– Nie mam zielonego pojęcia – Matthew wzruszył ramionami. – Ale w takim przypadku malowanie trzeba odłożyć na jutro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz