Odkąd pamiętam między mną a Francją wisiał wieczny konflikt. Wieczny, który narastał i narasta dalej. Kłóciliśmy się o wszystko, począwszy od najmniejszego drobiazgu kończąc na rozdzieleniu Ameryki i Kanady. Dlatego nie zdziwił mnie fakt tego, że i Seszele odwróciła się ode mnie i zamieszkała z Francisem. Doszło do tego, że zostałem sam. Zupełnie sam. Dopóki nie nadszedł ten dzień…
Wracałem wtedy z uczelni. Moi uczniowie byli dość twardym orzechem do zgryzienia. Mimo iż dobrze się uczyli, wiecznie były z nimi problemy. jeden był dilerem, to drugiego spisywała z tysiąc razy policja. Dziwiłem się, że dobrze się uczyli, ale cóż… nie była to moja sprawa.
Szedłem więc tak, spokojną dzielnicą Londynu. Było już grubo po 18, a ja nadal nie wypiłem herbaty. Czułem się nieswojo. Po za tym chciałem jak najszybciej wrócić do domu, robiło się już ciemno, a po zachodzie słońca lepiej nie wychodzić na Londyńskie ulice. Wieczorem kręciło się tu sporo podejrzanych typów. Czarne marynarki, ciemne okulary, chyba rozumiecie o czym mówię.
Zaszedłem jeszcze po zakupy. Takie zwykłe: chleb, bułki, masło, mleko, ser no i herbata. No i jeszcze kilka przecznic i wreszcie dom.
Jednak naszło mnie dziwne przeczucie. Podobne miałem gdy pierwszy raz spotkałem Alfreda. Szedłem dalej ze spuszczoną głowa, patrząc na chodnik.
– Co jest grane? – nagle usłyszałem śmiech i wyzwiska rzucane pod adresem kobiety.
Rozejrzałem się. Na drugiej stronie ulicy dostrzegłem skinów, którzy kopali i bili butelkami kobietę, która skulona na ziemi trzymała jakieś zawiniątko. Wołała o pomoc. Bez namysłu wyciągnąłem różdżkę i ruszyłem w ich stronę:
– Expecto patronum! – z końca mojej różdżki wystrzelił srebrny lew, który skutecznie przegonił napastników.
Od razu rzuciłem się w stronę kobiety. Blondynka miała takie puste zielona oczy… zakrwawioną twarz. Z trudem oddychała.
– Już wszystko dobrze, zaraz wezwę pogotowie – wyciągnąłem telefon usiłując wykręcić numer alarmowy, ale kobieta drżącą ręką chwyciła mnie za dłoń.
– Już mi nie pomogą…
– Co też pani mówi? Zaraz…
– Ty jesteś Arthur, prawda? – skinąłem głową, a ona podała mi to zawiniątko, które tak chowała przed tamtymi skinami. – Zaopiekuj się nią…
Dziecko? Dziewczynka? Ale…
Kiedy ponownie spojrzałem na kobietę, ona już nie żyła… Nigdy nie dowiedziałem się jak miała na imię, kim była i skąd mnie znała, ale spełniłem jej ostatnia wolę. Zaopiekowałem się tą małą. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak to bardzo odmieni moje życie…
Niecałe 10 lat później drogi Ameryki, Kanady, Francji i moje zeszły się ponownie. Całą piątą, tak piątką, zamieszkaliśmy w dość dużej posiadłości na obrzeżach Londynu. Nasi szefowie zafundowali nam „mieszkanie integracyjne”. Mieliśmy się dogadać i pogodzić. Ale ich miny, kiedy po raz pierwszy zobaczyli już wówczas jedenastoletnia Neco, były nie zapomniane. Spotkaliśmy się wtedy przed domem, w którym mieliśmy zamieszkać. Alfred i Matthew przyjechali jedną taksówką, Francis swoim autem. Ja stałem wtedy z Małą na schodach werandy.
– Angleterre, a któż to? – pierwszy odezwał się Francja, zerkając na dziewczynkę.
– Arthur, nie mówiłeś nam, że ktoś z tobą mieszka – dodał równie zaskoczony Alfred.
A teraz?… Przez ostatnie 17 lat czułem się jak samotny ojciec wychowujący córkę. Nie mówię, że było mi z źle z tą Małą, ale wiedziałem, że kiedy osiągnie wiek pełnoletni opuści mnie… bo jestem państwem. Moja rola wtedy się skończy, a życie ponownie wypełni pustka. Przyzwyczaiłem się do niej. Byłem przy każdym jej upadku i wzlocie. Za każdym razem gdy pytała o rodziców musiałem wywijać się wymówką, choć byłem pewny, ze jej matka nie żyje, a ojciec jak nie podzielił jej losu to nie wie o istnieniu Małej, bo przecież szukałby jej.
Nasze relacje zmieniały się wraz z zbiegiem lat:
– Panie Altuze, o któlej pan po mnie psyjdzie? – pytała pięcioletnia dziewczynka, kiedy w pierwszy dzień przedszkola przyprowadziłem ją tam i pomogłem zmienić buty na kapcie.
– Na pewno przed 17, przecież razem musimy wypić herbatę – uśmiechnąłem się i smoknąłem ją w czoło.
– Obiecuje pan?
– Ależ oczywiście.
Westchnąłem ciężko, siedząc na kanapie. Dolałem sobie herbaty.
– Wujku, kiedy ja nie chcę tego aparatu na zęby – fochała się, wówczas dwunastoletnia Neco, kiedy właśnie wychodziliśmy od dentysty.
– Ale musisz mieć proste zęby, bo inaczej przyniesiesz mi wstyd.
– Ale…
– Nie ma żadnego „ale”.
Tak… ten aparat na zęby… nosi go do dziś, ale już nie marudzi, bo taka moda.
Uśmiechnąłem się pod nosem i zerknąłem na stolik pełen papierów. Buła już godzina pierwsza w nocy, a ja jeszcze nie skończyłem tego wypełniać. Mój szef jest okrutny. Zawsze daje mi tyle do roboty. A do tego jeszcze niedługo mieliśmy świętować jej osiemnastkę. Świętować… Waśnie, niedługo minie równo 18 lat od dnia, kiedy nasze drogi połączył los, a teraz ma je rozłączyć.
– Arthur – nagle w drzwiach salonu pojawiła się Młoda z kocem narzuconym na plecy, w krótkich spodenkach od piżamy i błękitnej, zapinanej koszuli, którą podwinęła mi dobre 7 lat temu, twierdząc, że teraz to jej piżama. heh… nadal była na nią za duża. A rude włosy w artystycznym nieładzie.
– Tak? – zapytałem odrywając się od mojej tymczasowej pacy.
– Bo ja miałam zły sen – przetarła zielone oczy.
– Oooo… chodź tu – poklepałem miejsce obok na kanapie, gdzie siedziałem.
Neco przydreptała i usiadła obok. Objąłem ją ramieniem.
– To tylko sen, nie zwracaj uwagi.
– Śniło mi się, ze zostałam sama, że cię zabrakło – po jej policzku spłynęła łza.
– Przecież ja zawsze będę przy tobie – przytuliłem ją całując w czoło.
Chwile później zasnęła wtulona w moje ramię. Bardzo chciałem, aby jej słowa były prawdą, ale nie mogłem nic na to poradzić.
Zawsze gdy miała koszmary, przychodziła do mnie, a później zasypiała gdzieś obok. Zwykle chodziło o coś zwykłego typu potwory w snach. Ale dziś… pękło mi serce. Zdałem sobie sprawę, że nie chcę by odeszła i zrobię wszystko, by została. Nie ważne, co musiałbym poświęcić. Kocham ją. Ponad wszystko.
– Arthur, to już jutro – po domu latał uchachany Ameryka z całym kartonem bibelotów urodzinowych. – Jutro Neco kończy 18 lat!
– Uspokój się, idioto!
– Anglio, nie denerwuj się – odezwał się Kanada, podając nam naleśniki z syropem klonowym. – Przecież to tylko 18 urodziny.
Uderzyłem głową o blat stołu, już jej nie podnosząc. To było tak dobijające. Nie chciało mi się wierzyć, że tak zwyczajnie ma się to wszystko skończyć.
– Ameryko, nie powiedziałeś mu? – na te słowa Kanady gwałtownie podniosłem się.
– Osz jasna dupa! Zapomniałem! – Alfred chwycił się za głowę.
– O co chodzi?
– Mieliśmy ci to powiedzieć już wcześniej, ale nie mieliśmy pewności. Teraz to pewne na 100%.
– ALE CO???
– Neco trafiła do ciebie, bo miałeś ją wychować. Ty, Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, miałeś wychować Irlandię – stwierdził Matthew.
– Ale…
– Ona wie.
– Arthur – Alfred uśmiechnął się kładąc ręce na moich ramionach. – Kochasz ją, prawda? – lekko skinąłem głową. – Powiedz jej to.
Ruszyłem do sadu za domem. Mijając po drodze Francję, wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia.
– Powodzenia, Angleterre.
– Dzięki, Francis.
Neco siedziała na trawie bawiąc się z kotem. Na sobie miała mundurek z World Academy W.
– Neco! – rzuciłem się w jej stronę, skutecznie przewracając ją na trawę, aby nasze usta złączyły się w pocałunku. – I love you!
– Iggy – zarumieniła się, kiedy odsunąłem się trochę, dalej patrząc na nią z góry.
– Tak?
– Ja ciebie też – uśmiechnęła się przyciągając mnie do siebie za pomocą krawata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz