Muzyka

niedziela, 1 grudnia 2013

Axis Powers Academy - rozdzialik Tsume

Do klasy gastronomicznej weszłam z wysoko podniesioną głową i szerokim uśmiechem. Dla odmiany wróciłam z gabinetu pielęgniarki, tym razem z ręką w gipsie.
Miałam, że tak powiem, wypadek przy pracy. Tego dnia jak zwykle próbowałam sprawić, aby człowiek zwany Francisem wyzionął ducha (cóż, wywiązywałam się z obietnicy, którą złożyłam Arthurowi). Tym razem chciałam zepchnąć go ze schodów – sposób czysty i łatwy. Niestety coś nie wyszło, bo gdy Francuzik spadał, chwycił mnie za nogę i pociągnął ze sobą. U mnie skończyło się tylko na złamanej ręce, podczas gdy Francisowi poszły ze 3 żebra.
- To pierwszy raz, kiedy cokolwiek złamałam! – stwierdziłam z duma siadając obok Necomi.

Nakładałam sobie właśnie na talerz pieczone ziemniaki, gdy za oknem śmignął mi znajomy cień. Uznałam jednak, że mi się przewidziało i wzruszywszy ramionami ruszyłam w stronę najbliższego pustego stolika. Po chwili dołączyli do mnie Necomi i Gilbert.
Nagle do stołówki wpadła chmara sów, która przemknęła nad głowami zdziwionych ludków i usadowiła się przede mną nie zwracając uwagi na talerze i szklanki. Wszystkie zaczęły głośno pohukiwać chcąc jako pierwsze się do mnie dostać.
- Tsume, co ty… – zapytał Gilbert, ale go nie słuchałam.
Ptaki miały przywiązane do nóżek listy adresowane do mnie. Szybko usadziłam je sobie na ramionach i niczym pierzasta kula wybiegłam ze stołówki.

- Tsume, dziecko, złaź stamtąd! Szkoła już nie ma gipsu przez ciebie! – zawołał pan Sparta, gdy radośnie bujałam się na pobliskim drzewie (tym razem zajęcia wf-u odbywały się na dworze; ja z przyczyn oczywistych byłam zwolniona).
- Ale mi się nuuudzi! – jęknęłam schodząc na ziemię. – Zresztą musze się przygotować…
- A to niby na co?
- Na apokalipsę.
- Znowu?
Uniosłam głowę wysoko i założyłam ręce na piersi.
- Tym razem nie sądzę, aby ktokolwiek ją przeżył bez odpowiedniego przygotowania. – odparłam dumnie.

Siedziałam zamknięta w składziku na środki czyszczące, które uznałam za najbezpieczniejsze miejsce na przeczekanie „apokalipsy”, która miała nadejść. Na wszelki wypadek nikomu nie wspomniałam o treści listów. Teraz wystarczyło tylko czekać….
- Cholera! – ryknęłam. – Długo mam jeszcze tu siedzieć?
Odpowiedział mi tylko cichy jęk stalowego regału, na którym się usadowiłam. Dobra, to mi się nie podobało… Mebel powoli zaczął lecieć w stronę drzwi.

- No dobra, dobra! Już sobie idę! – warknęłam patrząc na składzik, z którego przed chwilą wypadłam wraz z kilkoma butelkami domestosa. – A nie proś mnie kiedykolwiek o przysługę, bo będę ci to pamiętać.
Pozostał mi plan Beta. „Chorą” ręką wsunęłam Pierścień na palec. Kij z tym, będę tak chodzić kilka dni.

Necomi wykończona do granic możliwości po dwóch godzinach wf-u wracała do naszego pokoju. Nadal niewidzialna podeszłam do niej i strzeliłam w ucho.
- Hej, Kocie! – mruknęłam.
- Tsume, do jasnej anielki, tu jesteś! Czemu cię nie było na lekcji?
- Długa historia, nie chciałabyś wiedzieć…

Przechadzałam się po korytarzu cała szczęśliwa. Przedstawiłam Dziadziowi Rzymowi całą sytuację, a on stwierdził, że właściwie mogę być zwolniona z lekcji. Cóż, może i miał trochę racji.
W tym momencie natknęłam się na Francuzika. Lazł sobie gdzieś, skubaniec jeden, zamiast na lekcji siedzieć. Co prawda, byłoby niehonorowo zaatakować go w takim stanie, ale… samo podstawienie nogi chyba się nie liczy…

Siedziałyśmy z Necomi w pokoju i grałyśmy w szachy. Tym razem zdecydowałam się zdjąć Pierścień.
- Skoczek na E4. – bąknęłam, gdy usłyszałyśmy głos Dzardżamela dobywający z się z głośników na korytarzu.
- Tsume proszona jest do gabinetu dyrektora. Masz gości.
Moje oczy przypominały w tym momencie monety pięciozłotowe. Szybko poderwałam się na nogi i nim wsunęłam Pierścień na palec szepnęłam.
- Necomi, cokolwiek by się nie działo, nie wiesz, gdzie jestem.
Stanęłam w kącie pokoju i starałam się jak najciszej oddychać. Necomi westchnęła i zaczęła zbierać szachy. Jakieś 15 minut później ktoś głośno zastukał w drzwi.
- Proszę… – powiedziała moja współlokatorka znudzonym tonem. Cóż, zapewne te kilka miesięcy mieszkania ze mną zupełnie znieczuliły ją na tego typu sprawy.
Do środka wszedł Germania. Towarzyszyło mu sześć osób ubranych w długie, różnokolorowe szaty podróżne.
- Jest Tsume? – zapytał jeden z dyrektorów.
- Wyszła… Z tego co wiem. – powiedziała Necomi odrywając się od lektury nowelki, która była na jutro. – Mówiła, że idzie po…
- Chwileczkę! – odezwała się szczupła blondynka w granatowej szacie, do tej pory w kapturze zakrywającym jej całą twarz. – Jest tutaj.
Zaklęłam szpetnie w myślach, gdy dziewczyna podeszła, chwyciła mnie za dłoń i ściągnęła Pierścień. W tym momencie niemalże od razu ugięłam się pod ciężarem sześciu ciał ściskających mnie naraz.
- Panie Olo, znowu jesteśmy wszyscy razem!
- Czemu odeszłaś bez pożegnania?
- Nawet nie wiesz jak martwiliśmy się o ciebie!
- Zmizerniałaś, na pewno dobrze się odżywiasz?
Krzyki sprowadziły chyba całą akademię. Zauważyłam, że w drzwiach naszego pokoju, co chwila pojawiają się to nowsze głowy. Czując duszność, całkiem wyraźnie zasygnalizowałam to przybyszom.
Opadłam ciężko na łóżko głośno oddychając. Katem oka zauważyłam pytający wzrok Germanii i Necomi.
- Pozwolicie, że wszystkich przedstawię. Osóbka, która mnie zdemaskowała to Yani, stojący obok niej dryblas to Ben, blondas z nieogarniętym wzrokiem nazywa się Kubałkę, a na gościa z afro wołamy Geralt. Ta szczupła z długimi włosami to Sandra, a jej towarzyszka to Adria. Wszyscy są moimi przyjaciółmi z poprzedniej szkoły.

Przez chwilę panowała cisza. Necomi, Germania oraz Feliks, który pojawił się przed chwilą, patrzyli na mnie dziwnie. Wyszczerzyłam zęby w przepraszającym uśmiechu.
Geralt tymczasem wyciągnął moją walizkę i wybebeszył wszystkie ubrania z szafy.
- No, Panie Olo, zbieramy się stąd! – stwierdził Ben chwytając mnie za stopy i wywlekając z pokoju.
- CHWILA! MOMENT! – wrzasnęłam szorując plecami po ziemi. – Ja nigdzie nie idę. Teraz tu jest moja szkoła.
Puścił mnie, dzięki czemu mogłam wstać i poprawić gips, który zaczął mi trochę zjeżdżać.
- Jak to nie wracasz? – Adria uwiesiła mi się na ramionach. – To my się tak namęczyliśmy, aby zdobyć specjalne wezwanie dla ciebie, a ty…
- I tak bym się wam nie przydała. Z tego, co się orientujecie zapewne nie pamiętam… – przerwałam widząc, że przysłuchuje się nam Necomi. – No, po prostu nie mogę wrócić do Czochy… Um, dzięki, że się fatygowaliście, ale… niepotrzebnie. – spojrzałam na nich porozumiewawczo, ale w tym momencie wtrąciła się Sandra.
- Panie Olo, musisz wrócić! – Bez ciebie to już nie to samo! – wykrzyknęła. – Nikt zresztą nie wini cię za… – przerwała napotykając mój groźny wzrok. – Za to.. co… się stało…
Moje usta zwęziły się w cienką linię. Spojrzałam na Necomi patrzącej na mnie z żądaniem wyjaśnień. W tym momencie do głowy wpadł mi pewien pomysł; z radości uderzyłam pięścią w gips, który rozpadł się na pół.

Była piąta nad ranem. Całkiem przytomna, jak na tą porę, szłam przez szkolne boisko, na którym czekało na mnie już kółko czarnomagiczne w składzie Necomi, Arthur, Lukas i Vasilica (oficjalne imię Rumunii?). Na zdrowym ramieniu niosłam sześć błyszczących mioteł.
- Zapewne zastanawiacie się, czemu was tutaj zebrałam. – zaczęłam podpierając się pod boki.
- Mamy pomóc wygrać zakład… – powiedział Lukas ziewając przeciągle. – Wiemy już wszystko, Necomi nam powiedziała.
-Więc zapewne wiecie, że będziecie musieli poprawić swoje umiejętności jeśli chodzi o latanie na miotle, bo…
- Mamy zmierzyć się z twoimi znajomkami na meczu quidditch’a. Wiemy! – Vasilica przewrócił oczami. – Nie chcę być niegrzeczny, ale z jakiej paki oni tu są?
Westchnęłam ciężko. Cóż, nie było sensu dłużej tego ukrywać.
- Może wiecie, a może nie… Moją szkołą była Akademia Magii i Czarodziejstwa w Gniewie, a przez ostatnie dwa lata w Zamku Czocha. Byłam na ostatnim roku, tuż przed egzaminami końcowymi, gdy ktoś rzucił na mnie drętwotę i zaklęcie zapomnienia. Gdy się ocknęłam, kilka dni później, pamiętałam jedynie jak się nazywam i kilka prostych zaklęć. Ze szkoły natomiast skradziono coś, co powierzono mi pilnować. Próbowano mi przywrócić pamięć, ale doprowadziło to do tego, że sprzed wypadku pamiętam jedynie kilka wydarzeń. Zdecydowałam się więc porzucić edukacje magiczną i żyć w normalnym świecie. To tyle, jeśli musicie wiedzieć. – zakończyłam efektownym obrotem.
- I mówisz o tym… z takim spokojem? – zapytała Necomi podchodząc i przytulając mnie.
- Ta, chyba po prostu to zaakceptowałam. A zresztą, nie jest też tak źle. – bąknęłam obojętnym tonem. – Dobra, ogarnijmy się! Ja nie mogę grać, wiecie, ręka. Gramy bez szukających, za dużo roboty byłoby ze ściąganiem znicza, ale potrzebujemy jeszcze dwóch ludzi… – urwałam zastanawiając się nad drużyną przeciwną. – Yani, moja siostra, też nie gra. Czyli potrzebują jednej…
- Chwileczkę! – przerwał mi Arthur ruchem dłoni. – Która z tej trójki to twoja siostra?
- Ta sama, która odkryła, gdzie się ukrywam. Tak, wiem, niepodobne jesteśmy… Ale jest między nami coś w rodzaju połączenia umysłów… Dobra, to co robimy z tą brakującą dwójką?!

Na przygotowanie drużyny miałam pięć dni, czyli ogółem mało. Przez ten czasu udało mi się znaleźć dwóch nowych graczy (Matthias i Gilbert), złamana ręka coraz bardziej mnie bolała, moi ziomkowie prawie cały czas nawiedzali mnie na lekcjach, dziwiąc się, że odbywają się one bez użycia magii, a Necomi chyba wybaczyła mi fakt, iż zataiłam przed nią historię swojej przeszłości (cóż, jeśli w ramach przeprosin przynosi się do pokoju ciasteczka…).
W dniu meczu nasza drużyna stawiła się odrobinę połamana i niewyspana. Ja sama przez całą noc przewracałam się z boku na bok próbując znaleźć odpowiednią pozycję do snu, lecz udało mi się zdrzemnąć dopiero nad ranem. Do tej pory nie dowiedzieliśmy się, kto ma zając wolne miejsce w drużynie przeciwnej.
- Słuchajcie! – powiedziałam, gdy drużyna przebierała się w stroje sportowe. – Vasilica, Matthias i Gilbert, uważajcie na Bena; ten człowiek to żywy taran, Arthur to samo. Nie lekceważcie także Kubałki; jest gotów posądzić was o faul nawet jeśli nic mu nie zrobiliście. Necomi, Lukas, nie nalegam, ale byłoby dobrze, gdybyście zwalili ich z mioteł jak najwcześniej. Z tego co wiem, gramy dwie połowy po 15 minut.
Usłyszałam jak na trybunach zaczynają zbierać się kibice. Zapewne większość była po naszej stronie, chociaż…

Usiadłam ciężko na ławce, gdzie zazwyczaj siedzieli rezerwowi. Chwilę później dołączyła do mnie Yani zajadająca słone paluszki.
- Chcesz? – zapytała z pełnymi ustami podsuwając mi paczkę. – Miło jest znowu razem obejrzeć mecz. Pamiętasz jak grałyśmy w Kafelkach?
- Nie pamiętam. – odparłam niemrawo podgryzając przekąskę. – Dlaczego nie grasz? – zapytałam obserwując jak kapitanowie drużyn (w przypadku mojej Arthur, w przypadku przeciwnej Ben) podchodząc, aby uścisnąć sobie dłonie, a właściwie połamać palce. Sędziował Dżardżamel.
- Po twoim odejściu stwierdziłam, że to bez sensu. Nie lubię, gdy podczas gry nie mam komu czytać w myślach.
Kafel poszedł w górę. Od razu przejął go Ben, ale Gilbert uderzywszy go końcem miotły zmusił go do wypuszczenia piłki. A jednak rekrutowanie tęgich koksów do drużyny było dobrym pomysłem.
Kafla przejął Vasilica i uchyliwszy się przed tłuczkiem wykonał dziwne salto w powietrzu.
- NECOMI! Nie w naszych! – ryknęłam, gdy zorientowałam się, że moja współlokatorka była sprawcą tej akcji.
Arthur robił dziwne pętle i zawijasy na swojej pozycji obrońcy w przeciwieństwie do Geralta zachowującego stoicki spokój.
- Twoja drużyna ma nieco… ciekawy styl. – stwierdziła Yani.
- Podobno my też tak zaczynaliśmy… Adria mi mówiła. – uśmiechnęłam się pod nosem widząc jak Ben i Matthias tłuką się o kafla. W tym momencie ujrzałam trzeciego ścigającego drużyny moich szkolnych przyjaciół. – Naprawdę wzięliście Pikachu na zawodnika?

Mecz zakończył się remisem 0:0. Nikt jakoś nie potrafił się ogarnąć, aby strzelić gola; jednakże mi jakoś to nie przeszkadzało.
Było to nawet zabawne patrzeć jak pałkarze obu drużyn utworzyli kółko wzajemnej adoracji i odbijają między sobą tłuczki albo jak ścigający zsiadają ze swoich mioteł, aby dokończyć swoje porachunki poprzez mugolską bójkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz