Wszyscy patrzyli szeroko otwartymi oczyma w stronę Anglika, który w tym momencie usiłował nie doprowadzić do swojego zgona poprzez niemożność załapania powietrza.
- Arthur, nie odchodź – Alfred potrząsał energicznie chłopakiem, którego głowa latała bezwładnie na prawo czy lewo.
Wokół niego zebrała się spora grupka osób, nie tylko pchodzących z naszego autokaru.
- Ja się tym zajmę – oznajmił pewnie Francis, ale równo z jego słowami Kirkland zerwał się na rowne nogi i odskoczył od niego na bezpieczną odległość.
- Nie zbliżaj się do mnie, franco ty! – wykrzyknął Pan Wielkie Brwi strzepując z kurtki śnieg.
- Cel osiągnięty – Bonnefoy uśmiechnął się wścibsko posyłając w stronę Tsume dwuznaczne spojrzenie.
- A idź ty zbytniku! – zawołał Pan Olo i zaczął gonić Francka po całym ogrodzie przynależącym do naszego jakże przewspaniałego ośrodka wypoczynkowego. – Jak cię dorwę to nogi z dupy powyrywam!
- Huehuehuehue – psychiczny śmiech Alfreda roznosił się po korytarzach „Złotej Brewki” (tak… zupełnie nie wiem dlaczego właśnie tak wzał się nasz ośrodek…).
Po porannej zbiórce, która klasycznie nke wyszła rozdzielono pokoje, nawet nie zwracając uwagj na ich wewnętrzny skład. Skończyło się na tym, że wylądowałam w pokoju z Gilbertem, Taurysem i Arthurem. Usagi wspominała coś o pokoiku z Sadiqu, Heraclesem i Iwanen. A Tsume… heh… Tsume wylądowała w jednym pomieszczeniu z nijakim Feliksem, Vashem i Francisem, czego skutkiem były trzy ataki terrorystyczne, dwa usiłowania zabójstwa i kilka innych przypadków, których nie da się wyjaśnić w zwykły sposób.
Wieczorem podczas gdy Pan Olo uganiał się za Bonnefoy’em z widłami, my wraz z Gilbertem i Taurysem postanowiliśmy zwiedzić ośrodek. Arthue został sam w pokoju, siedząc w kącie i użalając się nad sobą jak jakiś emo.
Czerwone oczy Prusaka błądziły po ośrodkowych ścianach ośrodka. Podobnie było z zielonymi tęczówkami Litwina. Coś tutaj ewidentnie było nie tak. Coś wisiało w powietrzu. I nie były to bynajmniej różane perfumy Felcia.
- Co z wami jest? – zapytałam nagle budząc chłopaków z rozmyślań.
- Kesesesese – jako pierwszy odezwał się Gilbo przewracając swoimi wampirzymi oczkami i głaszcząc po łebku małego, żółtego kurczaka zwanego przez niego Dumą Prus lub po prostu Gilbiedem. – Nic wielkiego…
- To znaczy? – jednak albinos milczał. – Taurys, a może ty mi wytłumaczysz?
Lecz i on powiódł wzrokiem po pomarańczowej ścianie. Nie było to dość miłe, przynajmniej dla mnie. W tym momencie poczułam się jak w mojej starej szkole. Taka zlekceważona, odrzucona… porzucona… i to w tym momencie, kiedy kolejnego dnia miały nadejść moje 17 urodziny. Cóż…
- Necomi… – odezwał się wreszcie ten, który nazwał się moim bratem.
- Tak, Gilbercie?
- Zostawisz nas samych?
W tym momencie stanęłam jak wryta. Oni rzucili jeszcze w moją stronę byle jakie „dzięki” i zniknęli za zakrętem. Ewidentnie coś tutaj było nie tak, ale ja o niczym nie wiedziałam. Obróciłam się na pięcie i skierowałam się do pokoju, do którego byłam przydzielona. Jednakże ten dzień nie był dla mnie litościwy. Kiedy tylko otworzyłam drzwi, serce mi stanęło. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę… Arthur i Seszele… w dwuznacznej sytuacji. A ten uśmiech na twarzy Kirklanda sprawił największy ból.
Zatrzasnęłam drzwi i zaczęłam biec korytarzem. Byle przed siebie. Arthur zrobił mi największe świństwo jakie mógł. Łzy same płynęły mi do oczu. Wpadłam nagle na kogoś.
- Necomi? – Tsume odrzuciła widły, z którymi goniła za Francisem i zajęła się mną. – Co się stało?
Nie, ona przecież nie wie, że mnie i Arthura coś łączy… a raczej łączyło… Cóż, chyba nadszedł najwyższy czas aby wreszcie się dowiedziała.
- Arthur zdradził mnie ze Seszelką – wydukałam i wybuchłam płaczem.
- Rozumiem… podejrzewałam, że jesteście razem, ale sądziłam, że zainteresowanie magią was jeszcze bardziej zbliży. Więc się nie wtrącałm.
- Ale to boli… bardzo… – kątem oka zauważyłam, że zza ściany wychyla się Taurys.
- Neco, jako twój papa chrzestny przyrzekam, że będę cię wspierać i… Neco? – osunęłam się na podłogę i skulona usiedłam pod ścianą. Tsume zaraz usiadła obok mnie. – Nie płacz…
- Wypisuję się z kółka magicznego – stwierdziłam głośno ciągnąc nosem. – Nie mogę na niego patrzeć.
- Stary nie łam się, będzie dobrze – Pan Olo uśmiechnął się poklepując mnie po ramieniu. – Po za tym, oto prezent – dodała wyciągając zza pazuchy mały pakunek. Najlepszego w dniu urodzin.
- Dzięki, ale ja dopiero jutro mam urodziny…
- Jest już kilka minut po północy – Tsume wskazała na zegarek. – Wszystkiego najlepszego.
- Dziękuję, Panie Olo.
Do pokoju wróciłam dopiero około drugiej w nocy. Tsume sprezentowała mi wspaniały krzyż żelazny (pruski) i pyszne Mikado (rodzaj pocky). Tak, ona wie co Necomi lubi najbardziej. Tylko Usagi przepadła jak kamień w wodę. Słyszałam on pewnej osobiatości, zwanej Feliciano, iż nasz kochany Króliczek, dzisiaj… yyyy… wczoraj wieczorem była ostatni raz widziana z Iwanem (do którego robiła maślane oczka). Heh… szczerze? Pasują do siebie. Tylko ja nie mogę znaleźć tego odpowiedniego. Choć… Tsume nie ma nikogo i jakoś żyje sobie spokojnie. A ja? Zawsze miałam pecha do chłopaków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz