Tsume zrobiła mi ogromną niespodziankę pisząc swój rozdział Axis Powers Academy. Co prawda musimy sie troche cofnąć w czasie (przed lichą zbrodnią Taurysa), ale licho z tym. Rozdział jest zaczepisty, zagilbisty i zafelisty. A oto i on:
Witajcie, ludzkie kanalie! Nazywam się Tsume i jestem współlokatorką Necomi. Bynajmniej nie jestem spokrewniona z Bagginsami; Pierścień kupiłam na bazakru, a jego specjalne „skille” wyszły później. Szafę natomiast nabyłam w Internecie od użytkownika, który miał podejrzanie pozytywne opinie.
Do Akademii dostałam się zupełnym przypadkiem. Jak zwykle zresztą. Wszystko, co mnie spotyka jest kwestią przypadku. A zresztą… Nie chce mi się już rozwodzić nad moją osobą.
Obudziłam się jak każdego dnia przy akompaniamencie „Kitty Cat Song” z szopą na głowie. Jedyna rzecz, która powstrzymała mnie przed rozwaleniem budzika, to fakt, iż był on w moim telefonie. Przeciągnęłam się wyrzucając w powietrze kawałek wędzonego łososia, który wylądował na twarzy Necomi, co skutecznie ją obudziło. No tak… Znowu lunatykowałam i niechcący zawitałam do szkolnej kuchni; nie ma to jak skandynawska rybka przy blasku księżyca.
Popędzając się nawzajem wybiegłyśmy z pokoju na pierwszą lekcję jaką była literatura. Z pustymi żołądkami! Mój organizm głośno domagał się czegoś do zjedzenia. Z braku laku zaczęłam żuć kartkę papieru (potrafię trawić celulozę), którą wyrwałam z notatnika od wszystkiego. Nie było to może najsmaczniejsze, ale pożywne.
- Tsume, ja cię normalnie zabiję. Nastawiaj sobie ten budzik na wcześniejszą godzinę. Nie chcę cały rok wpadać spóźniona na lekcję.
- Fzy fy fesz fnie fabic? – zapytałam żując papier.
W biegu minęłyśmy Francisa, przez co poczułam jak całą zła energia kumuluje się we mnie. Co jak co, ale gościa nie znosiłam. No cóż, tym razem mi się spieszyło, ale następnym razem nie przepuszczę dziadowi.
Pod salę przybyłyśmy w momencie, gdy nasza klasa akurat wchodziła do środka.
Na dzień dobry oberwałam talerzem pasty po głowie. Całe szczęście, że nie było w tym sosu. Uznałam więc to za dobry moment do zjedzenia śniadania.
Lekcja trwała w najlepsze, Necomi bazgrała coś w swoim zeszycie, Amerykanin Alfred zacieszał podejrzanie, Włoch Feliciano głośno chrapał (spotkało się to z nagannym spojrzeniem nauczyciela), a ja szybko mrugałam starając się nie pójść w jego ślady.
- Co główny bohater ma na myśli mówiąc, że „próbuje odnaleźć złote runo”…? Proszę, na to pytanie odpowie mi… Tsume. – powiedział Dżermania wskazując na mnie oskarżycielsko.
- Yyy… Eee… – zaczęłam patrząc na Necomi, która wzruszyła ramionami, a następnie w sufit szukając odpowiedzi. – Mmm… O-ogórki? – wypaliłam pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Usłyszałam ciche chichoty i poczułam, że palą mnie końcówki uszu.
- Najlepsze są takie w hamburgerach! – stwierdził Alfred.
- Ja to wolę konserwowe. – odparła Elizabeta.
- Znacie się na kozim pieprzu! Świeżych nic nie pobije.
Resztę lekcji spędzono na debatowaniu o ogórkach, co właściwie niespecjalnie mi przeszkadzało (śmiem twierdzić, że nawet pomogło). Mogłam przez ten czas trochę podrzemać…
Wszyscy z zaaferowaniem przypatrywali się jak pędzę zdyszana na ostatnią, tego dnia, lekcję. No cóż, jeśli na przerwie zaliczy się spotkanie z wielkoludem, a później spędza się kwadrans u pielęgniarki, aby dojść do siebie, to nie ma w tym nic dziwnego… O czym mówię?
W czasie pauzy miałam zamiar oddać nieco książek do szkolnej biblioteki. W przejściu jednak niechcący wpadłam na kogoś kto okazał się być 10-metrowym Szwedem (w tym co mówię, nie ma ani grama przesady!). Panicznie boję wysokich osób, których nie znam za dobrze; jest to moja jedyna słabość. Zazwyczaj przy takich spotkaniach staram się to kontrolować nie patrząc w górę, ani nic nie mówiąc.
To było dl mnie sporym zaskoczeniem, przez co zareagowałam podobnie jak jenot w sytuacji zagrożenia, czyli… zaczęłam udawać trupa. Jeśli chcę potrafię nawet zesztywnieć jak trup; przydatne, aczkolwiek nie mam pojęcia czemu Matka Natura była łaskawa mnie tym obdarzyć.
Miałam na wpół przymknięte oczy, więc dobrze widziałam, co się wokół mnie dzieje. Zdumienie, bieganina i wrzask, że „mamy tu zdechlaka”. Normalka.
Szybko przeniesiono mnie do gabinetu lekarskiego, gdzie dostałam coś obrzydliwego do wypicia; zrobiono mi też kilka badań typu sprawdzenie słuchu czy prześwietlenie czaszki. Dopiero wtedy mogłam iść na lekcje.
- NE-CO-MIII!~ – zawołałam wpadając do naszego pokoju, kiedy udało mi się wrócić ze spotkania kółka teatralnego. – Co…
To co ujrzałam zmroziło mi krew w żyłach. Moja współlokatorka leżac na łóżko przeglądała zielony segregator, w którym chomikowałam wszystkie projekty opowiadań i powieści. Przeklinałam w duchu swoją głupotę, która stwierdziła, że wcale nie musze go specjalnie ukrywać.
- Nawet fajne. – stwierdziła. – Podoba mi się.
- … i w tym momencie powiedziała, że to co piszę, jest dobre. – zakończyłam siedząc u pana Tumnusa na wieczornej herbatce. – Nie rozumiem tego; każdy kogo proszę o szczerą opinię, stwierdza, że jest dobrze i słodzi mi niemożliwie. Chciałabym też czasem usłyszeć słowa krytyki, kurde! – dodałam sącząc napój z filiżanki i kończąc rozwiązywać zadanie na jutrzejszą matematykę.
Faun przez chwilę myślał drapiąc się po głowie.
- Skoro uważają, że jest dobrze, to niczego nie zmieniaj. – odrzekł w końcu.
- Więc mówisz, że liczy się treść, a nie forma? – zapytałam z nadzieję w głosie.
- A skąd mam widzieć?! Nie znam się na ludzkiej literaturze!
Swoje rozterki pisarskie postanowiłam odłożyć na później. Teraz liczyło się co innego, a mianowicie problem pt. „Jak spiknąć Necomi z Litwinem-do-którego-wyraźnie-coś-ma?”. Chcąc czy nie chcą musiałam zawiązać przymierze, unię, współpracę (jak zwał tak zwał) z kilkoma osobami.
Początkowo sądziłam, iż moja znajomość z Elcią i Feliksem zupełnie wystarczy, lecz po paru nieudanych zamachach (naprężone sznurki pomagające się przewrócić, schody wysmarowane masłem itd…) stwierdziliśmy, że z tą sprawą należy posunąć się do radykalnych kroków.
Wszyscy w szkole wiedzieli, iż niejaki Arthur Kirkland lubi bawić się magią (czemu wcale się nie dziwię). Pełni najgorszych obaw postanowiłam poprosić go o pomoc.
- Więc… – zaczęłam nieśmiało udając, że bardzo interesuje mnie tablica, w klasie, w której się spotkaliśmy. – …byłabym bardzo zainteresowana nabyciem u ciebie eliksiru na niewielkie zauroczenie, pewnie wiesz o co mi chodzi…
- Żaden problem. – Anglik skrzyżował ręce na piersi. – Ale nic za darmo i…
- Pomogę ci sprzątnąć Francuzika! – wypaliłam. – I dorzucę kupon rabatowy na ciastko w stołówce.
Na gacie Merlina, co prawda, było to dla mnie jak upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu, ale…
- Zgoda. Musisz jeszcze dorzucić bezoar i jemiołę.
Z bezoarem nie było problemu. Gdy ma się znajomości można szybko go załatwić. Gorzej z jemiołą. Jako, iż w niektórych kwestiach można mnie nazwać skąpiradłem, postanowiłam zdobyc ją na własną rękę.
W szkolnym parku rosły dęby, na których gałęziach świetnie zadomowiły się te oto półpasożyty.
Uzbroiwszy się w sierp i dużo cierpliwości pewnej nocy wymknęłam się z pokoju i przy pomocy Pierścienia niepostrzeżenie przemknęłam przez Akademię.
Łazic po drzewach umiem. Może nie po mistrzowsku, ale umiem. Jak już wspomniałam bliżej mi do jenota niż kota. W każdym bądź razie… Chyba nieco przeceniłam swoje możliwości, bo w trakcie włażenia na jedno ze szkolnych drzew zawisłam na wysokości ok. 15 metrów. Gdybym nie była niewidzialna zapewne niektórzy mieliby ciekawy widok ze swoich okien.
Udało mi się jednak wtoczyć na grubszą gałąź i tam starałam się opracować plan beta. Cóż, moją sytuację można było określić niezbyt pięknym epitetem – czarna dupa.
Próbowałam wspinać się dalej, co doprowadziło do tego, że owszem, zebrałam jemiołę, ale za chorobę nie mogłam zejść.
Znaleziono mnie dopiero rano, gdy najprawdopodobniej Necomi zauważyła moje zniknięcie. Podstawiono drabinę, po której zeszłam na sztywnych nogach.
Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek tak ucieszę się z ziemi.
- Tsume, co ty żeś tam robiła na górze? – zapytała dziewczyna podpierając się pod boki, kiedy leżałam plackiem na trawniku.
- Lunatykowałam… dla odmiany. – bąknęłam. Była to najlepsza wymówka jaką udało mi się wymyśleć.
- W ubraniu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz