– Oooo…
– Wiecie kto to Matthew?
– Nie…
– A to nie jest przypadkiem brat Alfreda?
– Co Alfred? Co ja?
– Masz brata?
– Nie przypominam sobie.
Taka właśnie konwersacja miała miejsce przed pewnym plakatem na temat wystawy malarskiej autorstwa Matthew’a Williamsa, który powolutku zaczął być widzialny.
Kilka dni temu Matt dał nam cynk, że skończył już malować nową serię obrazów i Tsume wraz z Vashem poszli załatwić wystawę u Germanii. A jako, że Germanii nie było wtedy w gabinecie, Dziadzio Rzym bardzo szybko dał się na to namówić. I w rezultacie kolejnego wieczora na sali gimnastycznej miała się odbyć ów wystawa.
– Matt, nie masz się co bać, będzie dobrze – Gilbert poklepał chłopaka po łebku.
– Mam nadzieję, że im się spodoba – blondyn poprawił okulary.
W składzie Matthew, Gilbert, Feliks, Vash, Iwan, Lukas, Tsume i ja, siedzieliśmy na stołówce konsumując śniadanko. Co prawda do pełnej liczny naszej paczki brakowało Rodericha i Elisavety, ale oni… mieli swoje sprawy i rzadko pojawiali się na porannym posiłku.
– No proszę, a kogo my tu mamy – kiedy stałam przy ladzie z deserami, słyszałam za sobą znajomy, ale nieprzyjemny głos.
– Seszele – wymieniłyśmy z czarnowłosą piorunujące spojrzenia.
Seszele dołączyła do naszej klasy w połowie września. W kółko narzeka, że nie ma kasy i jest fleją. Jakoś tak od początku, kiedy tylko się pojawiła, zaczęłyśmy drzeć koty. Nie lubiłyśmy się i tylko dwie osoby potrafiły nas doprowadzić do opanowania emocji, a mianowicie Arthur i Francis.
– Jemy ciasto, hę? – skrzyżowała ręce na piersi. – Jesteś kitem, może być tak zaczęła wsuwać kocią karmę.
– Odczep się – fuknęłam biorąc talerzyk z karpatką i kierując się z powrotem do stolika.
– To przez ciebie Liciek odszedł.
Talerzyk wypadł mi z rąk i z głośnym hukiem rozbił się o podłogę. Odwróciłam się w stronę Seszelki z wyrazem twarzy „I kill you”.
– Gdybyś go nie bajerowała, a później zdradzała na prawo i lewo, to by został – czarnowłosa zadzierała nosa.
– Dla twojej informacji wcale go nie bajerowałam – oczy wszystkich były zwrócone na nas od jakiegoś czasu, a słuch był wyostrzony. – A co więcej, na pewno NIE zdradzałam, bo razem nie byliśmy!
– Ano przecież – zaśmiała się Seszele. – Toris nie był na tyle głupi, żeby wiązać się z kimś takim jak ty.
Nie no, chyba zaraz wyjdę z siebie i stanę obok. Założę się, że jestem teraz tak czerwona jak spodnie Francisa. Dziwię się, że ani Arthur ani Francek nie pofatygowali się jeszcze aby zapobiec kłótni.
– Aż tak cię zatkało, powsinogo? – Seszele zrobiła przebiegłą minkę i spojrzała na iwanowy szalik i tinowy berecik. – Phi, myślisz, że jak upodobnisz się do Wani albo do Tina, to fajna jesteś?
Nie wytrzymałam i ruszyłam w jej stronę z zamiarem przejścia do rękoczynów. Zakazałam rękawy i zapewne gdyby Seszelka nie cofnęła się trochę, zarobiła by w zęby.
– Ach tak – mruknęła i zadzierając kiece również była gotowa do bitki. – No to pokaż na co ci stać.
I zaczęła się rozpierducha… no dobra, prawie rozpierducha, ale ta jędza kilka razy dostała w zęby.
– Koszka, uspokój się – nagle ktoś złapał mnie od ryłu za ramię, a zaraz ktoś drugi z drugiej strony:
– Stare Norweskie powiedzenie mówi, ze lepiej odejść z honorem, niż w walce go stracić.
– Lukas, nie potrzebuje twoich przysłów – warknęłam usiłując wyszarpać się z objęć jego i Iwana.
– Huehuehue – zaśmiała się Seszele. – Nic dziwnego, że nasz Laurinaitis wolał chłopców. A y mu tylko przeszkadzałaś.
Coś we mnie pękło. Wyrwałam się z objęć Lukasa i Iwana, i po chwili Seszelka zapewne straciłaby oczy.
– Cosfuzio.
Confuzio, zaklęcie, które oszałamia i odbiera władzę w kończynach, temu na kogo jest to zaklęcie rzucone. Ale Arthur nie potrafił tego czaru. Tsume?
– Wybacz Necomi, to dla twojego dobra – powiedziała blondynka chowając swoją białą różdżkę za pazuchę.
Może to i lepiej, że nie wybuchła ostrzejsza walka. Pierwszy raz straciłam nad sobą panowanie, a przecież jeszcze pół roku temu nawet nie odezwałabym się słowem.
Prawie cały dzień przeleżałam u pielęgniarki. No w końcu przecież zaklęcie Tsume musiało się wypalić, a że dobrze czaruje, to i klątwy porządne rzuca.
Ale zaraz po tym jak czar przestał działać, opuściłam akademię i najzwyczajniej w świecie poszłam na miasto. Język Włoski nie był dla mnie problemem, więc szwędanie się po stolicy państwa w kształcie buta i wizyty w sklepach, nie były dla mnie wielkim wyzwaniem. Tyle ze ja nie chodziłam po sklepach ani po mieście. Już dobrą godzinę siedziałam w ostatniej ławce w kościele na placu św. Patryka. Co prawda byłam i jestem wiccanką, ale tutaj było tak cicho i spokojnie, a ja za wszelką cenę chciałam teraz podumać w samotności. Nie wiem ile prawdy było w słowach Seszelki, ale doprowadziła mnie nimi do furii. Ta… co prawda byłam yaoistką, ale chyba tylko mangową.
– Kicia, co ty tu robisz? – usłyszałam nagle znajomy głos, którego właściciela Tsuma na pewno potraktowała by pogrzebaczem lub spaliła na stosie.
– Francis? – odwróciłam się w jego stronę, a chłopak usiadł obok mnie.
– Pan Olo cię szuka po całej akademii – stwierdził troskliwie.
– Przecież zostawiłam jej na telefonie wiadomość, że wychodzę i nie wiem, kiedy wrócę.
Bonnefoy wzruszył ramionami.
– Muszę cię przeprosić, za moją kuzynkę Seszele – powiedział.
– Ty nie masz za co przepraszać – spojrzałam na niego. – Powiedz mi tylko, ile prawdy było w jej słowach.
Francuz westchnął głęboko, przeczesał włosy dłonią po czym stwierdził:
– Nie znałem Torisa tak dobrze jak Feliks, ale jednego jestem pewien.
– Czego?
– Że on nie zaliczał się do tych, których ty określasz słowem „yaoi”.
Chyba właśnie kamień spadł mi z serca. Ale przecież i tak nic to nie zmieni. On wrócił na Litwe.
Podniosłam głowę a przed sobą zobaczyłam dwa niebieskie ślepka należące do Francisa. Podejrzewałam ci chciał zrobić, ale zanim cokolwiek zdążyłam powiedzieć, już oddawałam jego pocałunek.
Obudziłam się wcześnie rano. Co jak co, ale miałam straszne wyrzuty sumienia. Teraz to mi się wszystko konkretnie pokiełbasiło. Nie powiedziałam nic Tsume o Francisie, bo jej reakcja byłaby następująca: – Znaleźć, wypalić oczy, zatłuc chochlą od zupy, poćwiartować, zakopać gdzie głęboko w lesie i zapomnieć. -
Nie wiem sama co o tym myśleć, więc wolałam nikomu o tym nie wspominać, a tym bardziej Tsume. I zapewne mój plan wypaliłby gdyby Bonnefoy nie pojawił się w naszych drzwiach z pękiem róż:
– *Ceci est pour vous, ma chere – Francis wręczył mi kwiaty. – **Belles fleurs pour une belle femme.
Pan Olo najpierwo spojrzał na mnie, to na Francuza, to znowu na mnie. Nie wiem czy zrozumiała po francusku, ale ja jako tako, tak, kiedyś uczyłam się tego języka, to znam kilka zwrotów.
– Necomi – Tsume skrzyżowała ręce na piersi, a kiedy jej oczka napotkały oczka Francka, wokół niej zbierała się mroczna aura.
– Bo… – jęknęłam, ale najwyraźniej niebieskooki podjął się zadania wytłumaczenia wszystkiego, bo przerwał mi:
– Słuchaj, Panie Olo, bo ja chcę pomóc Kociakowi zapomnieć o tym czego nie chce pamiętać. Ona teraz potrzebuje wsparcia emocjonalnego.
Mina Tsume wyglądała taj, jakby miała mu zaraz skoczyć do gardła, ale zwróciła się do mnie:
– Neco, ufam ci bo jesteśmy przyjaciółkami i ufam, że wiesz co robisz – teraz zwróciła się do Francisa. – Ale jeśli ty franco, coś jej zrobisz, skrzywdzisz w jakikolwiek sposób, zapewniam cię, będziesz błagać o śmierć.
I tak wygląda błogosławieństwo w wykonaniu mojego Ojca Chrzestnego Pana Olo. Ale moment, przecież ja z Francisem nie zamierzałam się żenić. Mimo wszystkiego nie przestałam myśleć o Taurysie.
– Poczekaj Francis, tylko wezmę torbę – kiedy Tsume opuściła pokój, ja szybko chwyciłam za torbę, która pociągnęła za sobą kilka zeszytów i kartek, które rozsypały się po podłodze.
Schyliłam się aby je wszystkie pozbierać i z powrotem poukładać na biurku, ale jeden z zeszytów zechciał być na tyle miły, że wreszcie (tak wreszcie, bo i tak był w złym stanie) rozleciał się i wypadły z niego wszystkie kartki i zdjęcia, które tam trzymałam. Francis zaczął mi pomagać zbierać to wszystko.
To zdjęcie… Śpiący Taurys z moim białym tygryskiem. Gilbert zrobił to zdjęcie. W jednej chwili chciało mi się płakać i śmiać.
– ***Mimi, wszystko dobrze? – Francis objął mnie ramieniem i spojrzał na zdjęcie, wtedy zrobił się strasznie poważny, aż go nie poznawałam. – Wiem, że nigdy nie będę dla ciebie tym, kim byłby Toris. Dlatego nie będę się narzucać.
Francis? Nie będzie się narzucać? czy tylko ja tu widzę, że coś jest nie tak?
Lekcja wychowawcza, tak jak zawsze była tak nudna, że i ja powolutku zaczęłam zasypiać. Elka czytała pod ławką jakiegoś nowego yaoica. Natalia zerkała złowrogo na Seszelke, która wycinała coś z papieru. Feliciano wraz z Heraclesem i jego kompanem kapralem kotem, już sobie spali w najlepsze, w ławce przed samym nosem nauczycielki. Alfred zaglądał przez ramię Matt’a, usiłując zobaczyć co jego braciszek szkicuje. A Tsume z zacieszem rysowała jenota i białego tygryska. I muszę przyznać, że szło jej super.
– A to jesteśmy my, w wersji zwierzaków – oznajmiła, kończąc rysunek.
– Mi się podoba – uśmiechnęłam się lekko. – To jest jenot, prawda?
– Tak – Pan Olo zaczął energicznie przytakiwać. – Nareszcie ktoś nie mówi, że to jest szop.
– Tsume, a dlaczego tak krzyczysz? – zapytała nasza wychowawczyni Starożytna Grecja, patrząc na blondynkę w dość dziwny sposób.
– Bo… bo się cieszę.
– Z czego?
– Z jenota.
Matthew nieśmiało wszedł na podium i lekko zastukał palcem w mikrofon, żeby sprawdzić czy aby działa. No w końcu stres miał konkretny, bo na jego wystawę przyszła prawie cała szkoła.
– D… dziękuję, że tak licznie przybyliście na wystawę moich obrazów. Mam nadzieję, że choć trochę wam się spodobają. I chciałbym podziękować Panu Olo, Vashowi i Necomi za pomoc w realizacji pracy nad głównym obrazem, oraz Gilbertowi, który pomagał mi nie tylko przy obrazie głównym tej wystawy, ale także przy pracy nad dużą częścią całej wystawy. Dziekuje, to wszystko.
No i dziki tłum człowieków ruszył na zwiedzanie sali gimnastycznej, która w tej chwili przypominała jakąś galerię. Całe pomieszczenie wypełniło się chochotami, westchnieniami zachwytu i komentarzami pod adresem Kanadyjczyka, oczywiście pragnę nadepomnąć, że wszystkie były pozytywne, ku wielkiemu zaskoczeniu Matt’a. Też bym chciała tak malować, bo moje rysunki ograniczają się do mangi, a jego prace nie zawierały nic z Japonii, prócz wierzy Tokio Tower, ale to zrozumiałe, ze taki obiekt trzeba było namalować. Z resztą była tam też wieża Eiffla, Łuk Triumfalny, Rzymskie Koloseum, a nawet Warszawskie Łazinki. Była to seria gdzie Matthew namalował najciekawsze zabytki danego kraju, prócz Prus, bo one w końcu już nie istniały. Zamiast tego namalował naszego Prusaka (cóż, za paradoks) Gilberta w mundurze pruskim za czasów trzeciego rozbioru Polski. Wyglądał tak… mądro i historycznie. Normalnie nie jak Gilbert. Ciekawe czy ktoś w ogóle go poznał na tym obrazie.
Podczas gdy spora ilość ludków zbierała się wokół Kanadyjczyka z chęcią zrobienia mu lub z nim zdjęcia, lub z próbą zorganizowania wywiadu, Vash stał w tym czasie przed obrazem, na którym byliśmy w czwórkę i nad czymś intensywnie dumał. Cóż, nie będę mu przeszkadzać w myśleniu, prawda.
– O Tsume, co ci w tym obrazie się podoba? – zapytałam, kiedy napotkałam ją, chodząc pomiędzy obrazami.
– Zdaje mi się, że skądś to znam – dziewczyna podrapała się po głowie obserwując obraz z Norą Bilbo Bagginsa.
– Z Władcy Pierścienia?
– Nie, to pewnie nie to.
– Jesteś pewna?
– Tak.
– W takim razie z czego możesz to znać?
– Hm… – wzruszyła ramionami. – Z Władcy Pierścieni.
W tym momencie na mojej twarzy pojawił się klasyczny pokerface, cos w stylu Vasha czy Kiku.
I w końcu ku rozpaczy większości „koneserów sztuki” nadeszła bardzo późna godzina i wszyscy musieli wyruszyć na spotkanie z Morfeuszem. Co prawda wystawa miała jeszcze być wystawiona przez kolejne dwa – trzy dni, ale pierwsze wrażenie zawsze najważniejsze.
Francis na hardcora postanowił odprowadzić mnie do pokoju. Mówię na hardcora, bo Tsume i Feliks byli już zapewne w pokoju.
Pan Olo otworzył nam drzwi, dosłownie sekundę przed tym jak miałam chwycić klamkę. Obrzuciła Francisa spojrzeniem godnym Natalii.
– Odprowadziłeś ją, a teraz poszedł – fuknęła.
Bonnefoy nie chcąc się narazić mojemu Ojcu Chrzestnemu, Panu Olo, odwrócił się na pięcie i odszedł na tle zachodzącego słońca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz