Im więcej ciebie, tym mniej światła noszę ja w sobie. Bez ciebie cztery jest pięć, orła cień gryzie mnie w nogę. Dzisiaj niebo płacze deszczem, tyle słońca w całym city. Chcę oglądać twoje uda, jutro będę niewyżyty.
Bo do tańca trzeba walca, a do mambo trzeba Rambo, do fokstrota trzeba kota, a do jazzu trzeba gazu.
Kochać to nie znaczy zawsze i nie znaczy też to samo. Zwykle w ogóle nic nie znaczy, ale potem jest tak samo. Bo są ludzie i są serca, jak powiedział mi morderca. Są też zgłoski i są słowa, jak powiedział mi niemowa.
Bo do tańca trzeba walca, a do mambo trzeba Rambo, do fokstrota trzeba kota, a do jazzu trzeba gazu.
Nie ruszaj mnie, bo powiem mamie, ona ma siłę, pomyśl, jak wielką. Konika na biegunach zabiła mi butelką. Prawie wzięłaś mnie do nieba, prawie w dotyk mnie zaklęłaś. Wszystko może się wydarzyć tylko więcej za mną nie łaź.
Zróbmy więc prywatkę aż do białych myszek. Cała jestem zakręcona, bo dostałam skrętu kiszek. Wszyscy razem w jednym rytmie, niech sąsiedzi walą w drzwi. Jestem twoim ideałem, moim jest Bruce Lee
http://m.youtube.com/watch?v=Zdn9zd7bYrg&desktop_uri=%2Fwatch%3Fv%3DZdn9zd7bYrg
Ta jakże wspaniała piosenka Ogórkow Zdzisława, roznosiła się po korytarzu naszego akademiku. 6:00 Rano. Właśnie skończyła się impreza urodzinowa Usagi. Jak mogę ją określić? Była zajebista, choć do teraz nie mogę pojąć jakim cudem w naszym pokoju zmieściło się tyle prostego ludu jak na koncercie Mrocznych Braci Grom.
*RETROSPEKCJA*
- Witam, witam wszystkich – witała Usagi swoich gości w progu drzwi pokoju, który udekorowywała sama Tsume, kiedy ja jakoś próbowałam się wypakować.
- Najlepszego, Usagi! – Ivan przytulił naszą shinigami, co spowodowało u niej duszności.
- D-dziękuje I-ivan, ale puść mnie… dusisz… – brunetka wydobyła z siebie pewne dźwięki a Rusek wypuścił ją z objęć.
- Dobra wszyscy są? – zawołał Gilbert przedzierając się przez spory tłum prostego ludu, w stronę jako takiej sceny, która została ustawiona pod ścianą przy szafie Tsume. Mielibyśmy więcej miejsca, gdyby Usagi nie zaczęła się wyzywać z Germanią na lekcji literatury o to, kto jest podmiotem lirycznym w wierszu Mickiewicza. Oczywiście żadne z nich nie miało racji, ale co tam.
Kiedy Gilbert wraz z Arthurem rozkręcili imprezę za pomocą elektrycznych dźwięków gitar, Feliciano pochwycił za mikrofon i zaczął śpiewać po włosku, co rozumiało tylko kilka osób w tym ja. Ivan polewał wszystkim trunki wysokoalkoholowe a Francis jak to Francis musiał uciekać przed rozjuszoną Tsume, w której posiadaniu tym razem był róg jednorożca i Ekscalibur zaporzyczony od króla Artura.
- Dajesz Gilbusiu! – Matthew siedział na scenie trzymając w rękach białego niedźwiadka i dopingował swojego lubego, Gilbertem zwanego.
Oni byli chyba jedyną parą w całej naszej akademii, która nie miała żadnych problemów sercowych i kłótni. A pomyśleć, że gdybyśmy nie zgodzili się na to aby wziąć udział w malarskim projekcie Kanadyjczyka, to nadal blondyn podkochiwał by się w Prusaku. Uśmiechnęłam się pod nosem i wzrociłam do Feliksa, który siedział obok:
- A gdzie jest Taurys?
Polak jednak tylko przybrał tajemniczą minkę i rzekł:
- Wiedział, że o to zapytasz. Kazał ci przekazać, że nie będzie go na imprezie. Ma coś ważnego do zrobienia, niedługo się przekonasz.
- Kawabanga! – nagle Antonio wraz z pewną Belginką na rękach skoczył w tłum, który natychmiast rozstąpił się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem.
Następnie kilka osób zatańczyło dziekie pogo, depcząc naszego biednego Francisa, który uciekając przed Panem Olo wpadł pod czyjeś glany.
Po tym jak Bonnefoy pod eskortą składającą się z Ludwiga, wyruszył do pielęgniarki a Tsume świętowała tańcząc jak indianin wokół ogniska, które rozpalił przez przypadek pewien Holender zapalając skręta, Usagi postanowiła rozpakować wreszcie swoje prezenty. Dostała jabłka, nowe pisaki, jabłka, białą flagę, jabłka, słownik niemieckiego (Ludwig?), jabłka, królicze uszka i… wspominałam o jabłkach?
Impreza trwała do białego rana…
*KONIEC RETROSPEKCJI*
- Nadal nie rozumiem jak wy wszyscy możecie być tak wykończeni?! – darł się na nas Germania podczas lekcji literatury, która miała miejsce dwie godziny po zakończeniu imprezy.
Jednakże odpowiedziała mu głucha cisza, gdyż wszystkie osobniki w naszej klasie zmorzył sen. Tylo ja jeszcze trzymałam się jako tako żywa, ale to przez to że wyszkoliłam w sobie możność nie spania dwa dni i jeszcze normalnie funkcjonować. Ta, oglądanie anime w nocy na coś się przydaje.
Nagle ktoś zapukał do drzwi i do klasy wszedł podejrzanie normalny kurier i wręczył dyrektorowi jakiś list, który ten niezbyt chętnie przyjął. Wszyscy obudzili się i wlepili swe paczałki w dyrektora, który trzęsącymi rękoma otwierał ów list. Kiedy czytał jego mina stawała się coraz bardziej niewyraźna. Nie pomógł nawet Rutinoscorbin.
- Co się stało, panie dyrektorze? – zapytałam, a Germania tylko pobladł i chyba chciał coś powiedzieć, lecz zaniechał swojego działania.
- Dżermanio ewidentnie coś ukrywa – stwierdziła Tsume podczas posiedzenia rządu w naszym pokoju po skończonych lekcjach.
- Masz na myśli trójgłowego psa? Przecież wszyscy o nim wiedzą – stwierdziła Usagi wcinając jabłko.
- Może w tym liście były twoje wyniki testu z Czocha? – podsunęłam myśl, ale bardzo szybko wycofałam moje słowa widząc paraliżujący wzrok Pana Olo.
- To musi być coś innego – zamyśliła się nasza tolkienowska współlokatorka aby po chwili wyciągnąć z pod łóżka kuferek.
- Co ty tam masz? – zapytała Usagi, a naszym oczą ukazały się trzy Insygnie Śmierci, jednakże nam była potrzebna tylko pelerynka niewidka. A przynajmniej tak twierdziła blondynka.
Tsume narzuciła na naszą trójkę ów pelerynkę i powędrowałyśmy w stronę pokoju dyrektora. Wdarcie się do twierdzy wroga nie było niczym trudnym, tym bardziej, że drzwi były otwarte i nikt nas nie widział.
- Fritz, nie martw się tym tak – Rzym poklepał przyjaciela po plecach a na jego twarzy malowało się współczucie.
- Romulus, ale jak ty jej to przetłumaczysz? Że… – mówił Germania ze wzrokiem wbitym w podłogę.
- Nie ma się czego bać, wszystko będzie dobrze, Sasza zrozumie – Starożytny Rzym usiadł obok Dżermańsztyca i pocałował go.
W tym także momencie poszła mi jucha z nosa, Usagi szybko mrugała oczkami a Tsume stała jak sparaliżowana. Kuźwa, krew. Ja… ja mdle….
- NecoMi, hej NecoMi!
Otworzyłam powoli jedno oko. Drugie oko. Stała nademną grupka składająca się z Usagi, Tsume i dwuch dyrektorów.
No pięknie, straciłam przytomność zdradzając przy okazji naszą obecność. Ale cóż… to nie moja wina, że Germania i Rzym okazali się yaoi, ne?
Posadzili mnie na łóżku i Germania, jak to zawsze z Germanią bywa zaczął nas opieprzać.
- Co wy tu do cholery robicie? Jak tu weszłyście? – German zrobił się cały czerwony na twarzy.
- Yaoi, yaoi, yaoi – śpiewała Usagi wytykając do dyrektowa język.
- Chcę wyjaśnień!
- Martwiłyśmy się – stwierdziłam jeszcze lekko oszołomiona.
- NecoMi dobrze gada, polać jej – rzachnęła się Tsume, ale bardzo szybko ogarnęła się i zapytała dyrcia. – Kim jest Sasza?
Dżardżamel spiekł buraka i nie odpowiedział, co uczynił za niego Dziadzio:
- To była narzeczona Fritza.
Powtórzmy schemat, który doprowadził mnie do omdlenia, lecz tym razem po pobudce zobaczyłam nad sobą ślepka mojego Litwina.
- Nie mogli cię obudzić, więc wezwali mnie – uśmiechnął się.
Tym razem oparłam się o ścianę i w czwrórkę wysłuchiwaliśmy miłosnej opowieści Germanii, podczas której Tsume wzruszyła się tak bardzo, jak ja podczas oglądania Titanica w zeszłą sobotę.
Kolejnego poranka przed naszą akademią stał ogromny komitet powitalny składający się z prostego ludu i wiązanek pogrzebowych dla Germanii, który wyglądałtak jakby zaraz miał zaliczyć zgona. Nie wiem czego obawiał się nasz dyrektor. Przecież wyraźnie opowiadał, że skończył już z tą całą Saszą, więc nie widzę problemu. Chyba że… o cholera!
Przed nami stanęła wysoka kobita, słowianka. O długich blond włosach i obłędem w oczach. To na pewno była kobita o kształtach okazalszych niż nasza Ukrainka Katiusha. Ubrana była w długą jasnopomarańczową sukienkę a w ręku trzynała słonecznik i tabliczkę mlecznej czekolady.
- Fritz Germania – blondynka uśmiechnęła się wieszając się dyrektorowi na szyi. – Jak dobrze cię widzieć.
Mieliśmy właśnie zaszczyt poznać Królestwo Kijowskie we własnej osobie. Matkę Mateczki Słowiańszczyzny, babcie Ivana, Katiushy i Natalii. Sasze Avrloskyaye.
- Fritz, pobierzmy się! – powiedziała a w jej ręku zalśnił nóż.
Tak, chyba już wiemy po kim Natalia odziedziczyła… charakter?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz