„Moja głowa” to była moja pierwsza myśl, gdy obudziłam się wczesnym rankien w moje siedemnaste urodzinki. Tak… 25 stycznia to dzień roku, który lubię najbardziej, choć tego dzionka tak naiwaniała mnie głowa. Wszystkk z tych nerwów. Zdrada Arthura… powoli zdawałam sobie sprawę, że jest dla mnie obojętny a związek z nim był tylko po to aby zatuszować ból po odejściu Taurysa.
- Neco, schwester, strasznie wyglądasz – stwierdził Gilbert zmieniając mi okład w postaci mojegk mokrego ręcznika w białe tygryski.
Wyglądał na zmartwionego ale i zarazem nie wyspanego, co oznaczało, że musi przy mnie siedzieć jakiś czas.
Chciałam usiąść, ale brak energii przygwoździł mnie do łóżka. Byłam strasznie słaba. Tak jakby przejechał mnje czołg a później jeszcze zawrócił i przejechał jeszcze raz.
- Tsume opowiedziała mi i Torisowi, co Arthur ci zrobił, bez namysłu wyrzuciliśmy go z pokoju – powiedział Gilbert.
- Dlaczego wczoraj mnie zostawiliście? – zmieniłan temat nie chcąc nic słyszeć o tym angielskim cwelu.
Czerwone tęczówki Prusaka powędrowały na mojego pluszowego tygryska, którego przez jakiś czas był pod „opieką” Litwina.
- Musieliśmy o czymś porozmawiać, to były bardzo intymne tematy więc… chyba rozumiesz…
- Tak… – przytaknęłam.
Wtem do pokoju wpadła grupka składająca się z prostego ludu z wielkim szyldem „Najlepszego w dniu urodzin” i tortem w dłoniach. Nie zapomnieli o mnie. Lekko się uśmiechnęłam. Brakowało jednak Taurysa i Feliksa co bardzo mnie zasmucuiło, bo przecież oni byli jednymi z moich najlepszych przyjaciół.
- Niech nam żyje sto lat, niech nam żyje sto lat – śpiewał mały hurek i zostałam obsypana małymi upominkami, które z powodu mojej małej niedyspozycji wylądowały w torbie podróżnej. A Usagi dalej wcinała jabłko.
W pokoju urządzono jako takie małe przyjęcie urodzinowe. Nie zabrakło pocky, ciastek i tortu z białym tygryskiem z cukru. Iwan i Usagi wyśpiewywali coś po rosyjsku. Vash w kiecce (moje oczy płonęły i chyba będę miała uraz do końca życia) rozdawał prostemu ludowi szwajcarskie czekoladki. Matthias i Lukas migdalili się w kącie pokoju, co nie obyło się bez krzyków typu „YAOI!!!”. Matthew (kto?) i Gilbert byli na każde moje zawołanie. Tsume przyprowadziła ze sobą Alucarda, więc Francis trzymał się z daleka. Alfred zarzerał hamburgery, a Natalia zerkała posępliwie na swojego brata i Usagi. Vasilica snuł opowieści w wampirach, których słuchałan z wielką ciekawością, dopóki nie zasnęłam…
*SEN*
Znalazłam się w jakimś dziwnym i nieznajomym miejscu. Były to obrzeża miasta, chyba Wilna, bo ewidentnie słyszałam litewski język. Coś rozkazało iść przed siebie w głąb pobliskiegi lasu. Coraz bardziej przyspieszałam tępa, nie wiedząc gdzie zmierzam. W końcu ukazał mi się biały tygrys, z anielą koroną na głowie.
- Miszel – wyszeptałam.
Jak on dawno mi się nie śnił. Prawie o nim zapomniałam. Ale on o mnie nie. Jestem wam chyba winna jakieś wyjaśnienia, otóż jestem wiccanką i wierzę w zwierzęcych opiekunów duchowych, według kalendarza hebrajskiego (o e dobrze pamiętam) 25 stycznia jeat dnien białego tygrysa. Dlatego ja je tak bardzo lubie…
- Miszel, co tu robisz? – zapytałam podchodząc do duchowego przewodnika.
Miszel, bo tak nazwałam niegdyś mojego opiekuna, spojrzał na mnie wielkimi, czerwonymi ślepiami i ryknął.
- Miszel…
- Pokazuję się gdy trzeba,
Neco twoja droga wprost do nieba.
Gdy swe drogi pomylicie,
Już nigdy się nie zobaczycie.
On cię kochał od początku,
Nie zapomnij o tym wątku.
I ty kochasz go, Neco,
Jak kotek kocha swoje mleko.
Idź go szukać póki czas,
Bo Litwin może opuścić nas…
*KONIEC SNU*
Miszel rozpłynął się a jak oparzona wyskoczyłam z łóżka, co zrobiło na wszystkich obecnych niebywałe wrażenie. No bo przecież jeszcze przed chwilą nawet nie mogłam się podnieść.
Wsunęłam szybko na nogi glany, wzięłam pierwszą lepszą cieplejszą bluzę z kocimi uszkami i jak z procy wystrzeliłam z pokoju na korytarz na penetrację pokoi w poszukiwaniu Taurysa.
Pozwólcie, że wam to wytłumaczę. Otóż, mój Miszel śni mi się tylko wtedy gdy chce mi przekazać coś bardzo ważnego. Dotąd wszystko co mi mówił sprawdzało się słowo w słowo. Mimo iż zwykle mówił zagadkami, rozumiałam co miał na myśli.
Wybiegłam z ośrodka. W oddali majaczyła jakaś sylwetka. Pobiegłan w tamtą stronę. Śnieg skrzypiał mi pod nogami.
- Feliks? Gdzie jest Taurys? – rzuciłam, kiedy tylko dowiedziałam się kim jest ów postać.
- Totalnie nie wiem – Felek wzruszył ramionami. – Mówił, że wychodzi i nie wie kiedy wróci…
Na drodze coś błysnęło. Takie światełko znikąd. Tak, tak właśnie Miszel dawał mi do zrozumienia, że jest przy mnie. A więc miałam iść w tamtą stronę. Ruszyłam tam bez jakiegokolwiek słowa, pozostawiając Łukasiewicza samemu sobie.
- No Miszel, prowadź – mruknęłam co jakiś czas widząc jasne błyski światła.
Trafiłam na obrzeża Londynu i w tyn właśnie momencie straciłam całkowicie orientacje w terenie a Miszel zniknął. Czułam się nie konfortowo, tyn bardziej, że goraczka dalej dwała o sobie znać. Rozejrzałam się nerwowo. Zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem. To było straszne. Ruszyłam przed siebie z nadzieją, że mój Miszel odezwie się jeszcze. Ale przepadł jak kamień w wodę.
Po jakiejś godzince błąkania się po Londynie trafiłam w ciemną uliczkę, która od samego początku wydawała mi się niezbyt przyjemna. Do tego od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że ktoś za mną idzie. Ku mojemu nieszczęściu, rzeczywiście tak było. Był to około dwumetrowy, łysy osiłek z miną straszniejszą niż pokerface Berwalda. Ciarki przeszły mi po plechach.
- No hej, mała – uśmiechnął się nonszalancko łapiąc mnie za nadgarstki.
Kurde, gdzie moja różdżka? Musiała zostać na stole…
- Wiesz… zobaczyłem cię i pomyślałem, że nadajesz się do mojego klubu – zaśmiał się wrednie.
No pięknie NecoMi, ależ się wkopała. Dałaś się złapać jakiemuś alfonsowi, który potrzebuje pań lekkich obyczajów do pracy u siebie. Łzy zaczęły mi napływać do oczu, gdy okazało się, że moje glany noc nie dają. Pierwszy ra byłabym szczęśliwa widząc DżermanVadera.
Robiło mi się słabo. Wczorajsze nerwy, dzisiejsze nerwy. Nie wytrzymam!!!
- No a teraz pójdziesz ze mną – stwierdził, ale ktoś oguszył go z tyłu, uderzając w głowę sporej weilkości cegiełką. Mężczyzna bezwładnie osunął się na ziemię puszczając mnie wolno. Wszystko było takie zamazane. Zrobiło mi się głucho, po czym poszłam w jego ślady. Ostatnie co zobaczyłam to czyjeś glany z zielonymi przecierkami.
Zapach cytrusów… zawsze go lubiłam. Szczególnie gdy był intensywny. Ten również. Nie kontaktowałam za dobrze, ale byłam w stanie stwierdzić iż wtulałam się właśnie w czyjś zielonkawy polar, pachnący właśnie cytrusami. Byliśmy w taksówce, która po jakimś kwadransie zatrzymała się przed naszym ośrodkiem. Mój „wybawca” zapłacił kierowcy i wziąwszy mnie na ręce, ruszył w stronę budynku. Oplotłam ręce wokół jego szyi wtulając się w mięciutki polar. Lekko uchyliłam oczy.
- Taurys – szepnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz