Muzyka

niedziela, 1 grudnia 2013

HetaOni cz. 3 Mio fratello è andato!

– Jak to nie ma zabawek do Happy Meal’a?

– Moi kochani, musicie rozmawiać z większą miłością! Anglio…

– Odpieprz się, ty chrzaniony żabojadzie!

– Kesesesese!

– Zamknijcie się wszyscy!!! – ryknął Niemcy wstając z krzesełka i trzasnął plikiem dokumentów o blat okrągłego stołu. Obrzucił wszystkie obecne państwa lodowatym spojrzeniem.

– Zamiast się kłócić, powinniśmy rozważać punkty działania – dodał Litwa, będący dzisiejszego dnia sekretarzem prowadzącego Luwiga. – Przez ostatni miesiąc zniknęły państwa. Nie wiadomo to ich porwał. Tak, porwał, bo gdyby wyjechali na wakacje, mielibyśmy z nimi jakikolwiek kontakt.

– Uzgodniliśmy z Tolysem (niemiecka wersja imienia Litwy), że za tymi zniknięciami musi stać jakaś większa organizacja – Niemcy usiadł z powrotem.

– Jak ustaliliśmy, na razie uprowadzono Austrię, Finlandię, Danię, Polskę…

W te słowa do sali konferencyjnej niczym huragan, wpadła zapłakana Liechtenstein.

– Lily, co się… – pierwsza obok niej pojawiła się panienka Węgry.

– Tydzień temu, wieczorem Vash wyszedł na patrol i do dzisiaj nie wrócił… buuu…

– Rzeczywiście, to nie jest do niego podobne. Musiał być kolejną ofiarą – stwierdził Toris i wytłumaczył dziewczynie do czego doszli na konferencji.

– A jeśli coś mu się stanie… buu… – chlipała blondynka.

– Co jak co, ale nasz Szwajcar jest silny gość – odezwał się Kuba (który ma swój debiut w moich ffickach). – On sięie da tak ławo.

*W tym czasie…*

Romano kiedy tylko odzyskał świadomość, zerwał się na równe nogi. Ile czasu on tu siedział> Podrapał się po głowie. Za Chiny Ludowe nie mógł sobie przypomnieć jak się tu znalazł i co robił przez ostatnie… dni? Ostatnie co był w stanie sobie przypomnieć to czasy, kiedy kończył naukę na Włoskim uniwersytecie w roku… 1863? Ale jednak był pewien, że są czasy najnowsze. Coś tutaj było nie tak. Zerknął na swoją lewą rękę. Była owinięta białym bandażem. Co on wyrabiał? Czyżby znowu upił się z Antoniem? Dlatego nic nie pamięta?

– Vargas-san, przyniosłam śniadanie – nagle drzwi od pokoju otworzyły się i do środka weszła gejsza w biało – czerwonym kimonie i masce. Położyła na stoliku miskę z jabłkami, ukłoniła się i wyszła.

– Co tu jest grane? Jestem u Kiku? – pomyślał zdziwiony, patrząc na owoce.

Wzruszył ramionami. W sumie był głodny jak wilk. Co prawda nie były to pomidory, ale i Kiku trudno było dostać jego przysmak. Siadł więc do stolika i zaczął wcinać owocki. Ale za każdym kęsem czuł się coraz bardziej osłabiony. Czyżby to przez brak Hiszpańskiego przysmaku? A może mu się tylko zdawało? W sumie nie wiedział ile czasu był nieobecny, więc musiał coś zjeść.

Po śniadaniu zrobił sobie sjestę. Leżał spokojnie na łóżku patrząc w sufit. Coś mu jednak nie pasowało. Od kiedy Kiku każe gejszą nosić maski, a co ważniejsze, od kiedy Honda nie przyjmuje gości w dojo?

PUK PUK

Nagle rozległo się pukanie do drzwi, po czym do środka weszła gejsza w zielonym kimonie. Romano usiadł na łóżku. Był pewien, że już ją spotkał.

– Vargas-san, pan kazał ci przekazać, że czeka na ciebie, u siebie w lochach – powiedziała.

*kilka dni wcześniej, granica Szwajcarii i Niemiec*

– Coś tutaj jest nie tak. Państwa giną jak na wojnie. Moi ludzie mówili coś o zachodniej niemieckiej granicy – Vash pakował do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy w postaci broni różnego kalibru.

– Braciszku, gdzie idziesz? – Liechtenstein wychyliła się zza drzwi swojej sypialni, kiedy Szwajcar (jakoś nie mogę przetrawić, gdy mam na niego mówić Szwajcaria – PRZECIEZ ON JEST FACETEM!) zmierzał ku wyjściu.

– Lily, idę na patrol. Śpij już. Niedługo wrócę – uśmiechnął się ten ostatni raz i zamknął za sobą drzwi.

Wsiadł na rower, założył swój Szwajcarski beret i ruszył z kopyta. Miał bardzo blisko do niemieckiej granicy, do miejsca, które wskazali mu jego ludzie. A on jako prawdziwy żołnierz musiał to sprawdzić.

Rower mknął w ciemnościach. Vash zachichotał cicho, kiedy dostrzegł błysk, myśląc, że to fotoradar. Jednakże chwilę później rozległ się huk i lunął deszcz. Rozpętała się straszliwa burza. Wiatr zaczął świszczeć. Szwajcar mimo to jechał dalej przed siebie, nie zważając na to, że przemókł już do suchej nitki.

Nagle jak coś łupnęło i trzasnęło, Vash aż podskoczył na siedzonku i stracił panowanie nad kierownicą. Wyjechał na środek ulicy, ale chwile później musiał szybko zjechać na pobocze, aby nie zderzyć się ze srebrnym punto na włoskich rejestracjach.

– Romano?

Samochód wpadł w poślizg, zawirował kilka razy, dachował i z wielką siłą uderzył w przydrożne drzewo, jakiś 150m od Vasha. Szwajcar jednak, gdy zjeżdżał na pobocze poślizgnął się na mokrej trawie i wpadł w rów uderzając głową o kamień, co spowodowało kilkuminutową utratę przytomności.

– O rany… – blondyn chwycił się za bolącą łepetynę i wstał z ziemi. W jednej sekundzie jakby oprzytomniał, przecież niedaleko rozbił się Romano!

Chwycił za rower i podjechał w stronę samochodu, który leżał odwrócony przy drzewie. Rzucił pojazd jednośladowy na trawę i zaczął oglądać punto ze wszystkich stron. Szyby wybite, samochód nadający się na złom, brakowało tylko Włocha.

– Gdzie on?… – rozejrzał się Vash, ale bardzo szybko udało mu się dostrzec sylwetkę, która majaczyła w ciemnościach. Tak, to na 100% był Włochy Południowe.

Vash ponownie wsiadł na rower i zaczął pedałować. Musiał przyznać, że Romano porusza się dość szybko, mimo tak poważnego wypadku. Był pod wrażeniem.

Włoch jednak doprowadził go do jakiejś starej, opuszczonej chaty, która zapewne od dawna nie była już zamieszkiwana. Szwajcar zostawił rower przed furtką i jak najciszej mógł, zaczął go śledzić. Udało mi się pozostać niezauważonym przez Vargasa, ale jednak miał uczucie, że i jego kr=toś obserwuje. A kiedy i on wszedł do środka, został ogłuszony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz