Muzyka

niedziela, 1 grudnia 2013

HetaOni cz. 2 Morte Dei mangiano solo mele…

Jasne promienie słońca wpadały przez okna, drażniąc śpiącego Włocha, który z wielkim guzem leżał w kącie pokoju na karimacie.

– Moja głowa – kiedy usiadł, od razu chwycił się za bolącą łepetynę. – Co do?…

Romano nagle wyprostował się i otworzył usta ze zdumienia. Nie był sam w pokoju. Jakaś nieznajoma, w zielono-białym kimonie i z białą maską, na której namalowane były przeróżne wzory; podeszła do chłopaka i bez słwa wręczyła mu jabłko. Ukłoniła się i cofnęła o kilka kroków. Włochy Rzymskie zamrugał szybko oczyma.

– Co to ma znaczyć? – pomyślał. – Czy to jakieś żarty?

Gejsza skinęła głową na owoc. Romano spojrzał na czerwone, soczyste jabłko. Miał je zjeść? Tak więc nie sprzeciwiając się, ani nic nie mówiąc zjadł owoc. W tym momencie coś ukuło go w serce. Jednak to szybko minęło, a on sam zerknął na nieznajomą. Gejsza ukłoniła się i powolnym, spokojnym głosem powiedziała:

– Vargas-san, teraz pójdzie pan ze mną.

Brunet nie wiedział skąd ona znała jego nazwisko, ale czuł, że skądś zna tę osobę. Był pewien, że już gdzieś ją spotkał, ale za Chiny Ludowe nie mógł sobie przypomnieć…

– Gdzie? – zapytał.

– Do Pana.

– Pana? O kim ona mówi? Co tu jest grane? – przeszło mu przez myśl.

– Vargas-san, proszę chodźmy – poleciła.

Cóż, nie mając raczej nic do stracenia, Włochy Południowe wstał z posłania i przytakując ruszył za kobietą. Wyszli na korytarz. To już nie była ta sama rudera co wczoraj, a przynajmniej nie była już w tak opłakanym stanie. Popiół z dywanu znikł, a ściany wyglądały jak po świeżym malowaniu. Albo Romano miał przewidzenia poprzedniego wieczora, które spowodowało przemęczenie o wypadek, albo w nocy ktoś posprzątał i pomalował ściany. To było dziwne.

– Kim jest ten cały „Pan”? – zapytał w pewnym momencie, lecz odpowiedzi nie otrzymał.

Gejsza prowadziła Włocha w stronę schodów prowadzących do piwnicy. Kiedy brunet zorientował się co jest grane, zatrzymał się.

– Vargas-san, proszę się nie zatrzymywać. Pan i tak długo czekał – odezwała się.

Włochy Rzymskie niepewnie zaczął podążać za kobietą. Przeszedł go dziwny dreszcz. Dziwnie się czuł, ale przynajmniej ani głowa ani ręka, choć noszona na temblaku, już tak go nie bolała. Szli obok siebie, długim korytarzem, wyłożonym kamieniami. Przypominało to jakieś lochy z czasów średniowiecza, a nie piwnicę.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła kobieta zatrzymując się przed wielkimi drewnianymi wrotami, na końcu korytarza. – Vargas-san, wejdź. Pan na ciebie czeka.

Włochy Południowe podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Wszedł do środka i rozejrzał się Wraz z zamknięciem drzwi, pomieszczenie rozświetliły pochodnie. Kamienne podłoże, ściany z ciemnego marmuru, a na wprost schodki prowadzące do złotego tronu ozdobionego szlachetnymi kryształami. A na tronie siedział on…

– Witaj Romano, czekałem na ciebie.

Postać zeskoczyła z tronu i pokazała się w świetle pochodni. Włochy Południowe cofnął się o krok i szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Przed nim stał około 21-letni chłopak o jasnej, praktycznie białej karnacji, czerwonych wampirzych oczach i włosach nieco ciemniejszych od państwa. Jednak najdziwniejsze było to, że nieznajomy wyglądał całkiem jak Romano, prócz kilku różnic i loczka, który w tym przypadku przypominał loczek Tajwanu, tyle że był nieco krótszy.

– Nie bój się mnie, Romano – powiedział czerwonooki wyciągając zza pazuchy czerwone jabłko. – Proszę, zjedz.

Romano spojrzał podejrzliwie na chłopaka i wziął od niego owoc.

– Kim jesteś? I skąd wiesz jak się nazywam? – zapytał.

– Oj, mój drogi Romano – nieznajomy pokręcił głową. – Wiem o tobie wszystko. Zjedz jabłko, a wszystko ci wyjaśnię.

Włoch głośno przełknął ślinę. Nie rozumiał co do tego ma ten owoc, ale skoro to była jedyna rzecz, prze którą miał poznac prawdę, nie miał nic do stracenia.

– Mój drogi Romano – zaczął czerwonooki oprowadzając Włochy Rzymskie po sali. – Myślałeś kiedyś nad swoim zżyciem? – zielonooki skinął głową. – Ludzie umierają lub giną zwyczajnie, o ile zwyczajnym można nazwać mord na pięcioletnim dziecku, na oczach jego rodziców. Cóż, wy, personifikacje, nie umieracie dopóki nie zniknie wasze państwo. Nie da się was zamordować. Właściwie to nikt nic z wami nie może zrobić. Niektórzy z was są emerytowanymi państwami, choć ich domu już nie ma.

– Do czego zmierzasz? – mruknął Romano, a wraz z ostatnim kęsem chwycił się za bolące serce, jednak ból minął tak szybko jak się pojawił.

– Otóż, mój kochany Romano, jest ktoś kto i wam może od tak odebrać życie, nie zważając na sprawy waszego państwa. Dla nas jesteście tak samo zwykłymi ludźmi jak reszta świata.

„NAS”? Czy ja dobrze usłyszałem? Powiedział „nas”?! pomyślał brunet a „Pan” zaprosił go do stołu, a samemu siadając na drugim końcu, podsunął Włochom Południowym miskę pełną jabłek.

– Proszę częstuj się.

Co prawda nie były to pomidory, ale Romano był strasznie głodny, więc zaczął pałaszować owoce.

– Kim jesteś? – zapytał przeżuwając kawałek jabłka.

– Oj, Romano, Romano – ciemnowłosy uśmiechnął się tajemniczo. – Nie zrozumiesz.

– Jednak wolałbym wiedzieć z kim mam do czynienia – Włoch sięgnął po kolejne jabłko.

Czerwonooki splótł dłonie i oparł o nie brodę. Na jego ustach ponownie pojawił się tajemniczy uśmieszek. Westchnął cicho i dokończył dopiero wtedy, gdy Romano opróżnił miskę z jabłek i właśnie kończył ostatni owoc:

– Romano, jestem najpotężniejszą istotą we wszechświecie. Mogę odebrać życie każdemu, kto żyje na Ziemi. Jestem Shinigami, Romano. Jestem Bogiem Śmierci.

Włochy Południowe nie usłyszał dobrze tych słów. Nieprzytomny, mimowolnie opadł na stół, upuszczając jabłko, które poturlało się pod stuł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz