Krople deszczu biły głośno o szyby samochodu. Koła pojazdu rozchlapywały błoto, które powstało w czasie nawałnicy. Całe niebo zakrywały ciemne chmury. Tylko raz po raz złota błyskawica przedzierała czarne sklepienie, aby rozświetlić twarz kierowcy. Drzewa uginały się pod wpływem wichury, a dzikie zwierzęta ukrywały się w głębi ponurego boru. W kałużach odbijało się mętne światło dawane przez przednie światła samochodu.
Na twarzy kierowcy widniała złość, a usta wygięły się w grymas. Nie mógł sobie wybaczyć, że pozwolił bratu opuścić dom, po tym jak się pokłócili. Martwił się o niego, o jego zdrowie. Feliciano nie był zbyt mądry, nie orientował się dobrze w terenie, a Romano znał tylko jedno miejsce gdzie Włochy Weneckie mógł się udać. Ten kartoflany cep – Niemcy. Romano nie rozumiał dlaczego Veneciano tak go uwielbiał. Ale w tej chwili był gotów nawet poprosić tego debila o pomoc, aby tylko Feliciano wrócił do domu, cały i zdrowy.
- Che palle – zaklął, kiedy po raz lejny dziki zwierz, w postaci jelenia, wyskoczył mu na drogę.
Samochód wpadł w poślizg. Romano stracił nad nim panowanie. W panice, Włoch zaczął kręcić kierownicą z nadzieją odzyskania władzy nad autem. Bez skutku. Punto zakręciło się jeszcze kilka razy na jezdni, po czym z wielką siłą dachowało i uderzyło w przydrożne drzewo. Romano poczuł straszny ból z tyłu głowy. Po twarzy spłynęła stróżka krwi.
- Kurwa mać! – jęknął Włochy Rzymskie łapiąc się za pokiereszowaną rękę. – Feliciano, to twoja wina!
Cisza. W odpowiedzi Romano usłyszał tylko jak piorun uderza w pobliskie drzewo, które z głośnym hukiem upada na ziemię. Aż wzdrygnął się ze strachu. Ale moment, musiał się jakoś wydostać z tego grata. Z całej siły kopnął w szybę, w drzwiach samochodu. Bez skutku. Uderzył jeszcze kilka razy, a kiedy szkło wreszcie pękło, Romano zaczął powoli wyczołgiwać się ze środka. Ból w ręce nasilał się. Brunat zaczął przeklinać pod nosem, usiłując powstrzymać łzy, które zmieszane z krwią, płynęły po jego policzkach.
- Kurna, co za… – Włochy Rzymskie usiadł na mokrej trawie i spojrzał na zranioną rękę.
Tkwił w niej spory kawałek plastiku, który jeszcze niedawno był częścią skrzynki na pomidory, którą państwo woziło w samochodzie. Romano drżącą z zimna dłonią, wyjął plastik, a czerwona plama na rękawie zaczęła się powiększać. Zielonooki spojrzał w stronę rozwalonego auta. Gdzieś tam w środku była apteczka. Gdzieś… Romano zdjął koszulę, rozdarł ją i owinął ranę materiałem. Następnie rozbił tylną szybę punta aby wyciągnąć bluzę z wielkim różowym króliczkiem z przodu, która należała do Feliciano. Sięgnął do kieszeni spodni po telefon z zamiarem skontaktowania się z Antoniem.
- Puttana! – krzyknął wkurzony rzucając rozładowany telefon na trawę.
Wyszedł na ulicę. Rozejrzał się. Pusto. Żaden samochód nie nadjeżdżał. Cóż mógł zrobić? Ruszył więc przed siebie. I tak nie wiedział, z której strony przyjechał. Było mu bez różnicy. Chciał dojść do jakiegoś gospodarstwa, domu czy miasta. Mimo wypadku, nadal jego celem było sprowadzenie brata do domu. Żałował, że w ogóle zaczął wypominać bratu, że jest ostatnią ciotą, która mimo swojego wieku, nie potrafi nawet zawiązać sznurówek. Dopiero kiedy Feliciano wyrzucił mu soje brudy i zatrzasnął za sobą drzwi, Romano zrozumiał jak bardzo skrzywdził osobę, która była dla niego wszystkim, kochanym młodszym braciszkiem.
Włochy Rzymskie szedł teraz w deszczu cały przemoczony. Nie zwracał uwagi czy idzie po kałużach, byle przed siebie. Przeklinał i prawił sobie wyrzuty sumienia, rozpatrując najczarniejsze scenariusze. Gdyby cos stało się Włochom Weneckim, nie wybaczyłby sobie tego do końca życia ( a w przypadku państwa, to bardzo długo).
Nagle Romano stanął jak wryty. Niecały kilometr przed sobą dostrzegł jakieś światła, pochodząc za pewne z budynku. Zaczął biec przed siebie, kilka razy potykając się o korzenie, które podsunął mu niemiecki bór.
Błyskawice trzaskały, pozostawiając na niebie jasne kształty. Deszcz nasilał się, a wiatr kładł korony drzew. Cała scena wyglądała niczym wyjęta z jakiegoś ponurego deszczowca.
Przeszedłszy przez zardzewiałą furtkę, Romano trafił na starą posiadłość z zarośniętym ogrodem i ścieżką prowadzącą do drzwi rudery. Tak, rudery, bo z pewnością już od dawna nikt tam nie mieszkał. A światło, które widział Włoch, musiało być błyskawicą odbitą w oknach domu. Włochy Południowe bardzo szybko znalazł się na drewnianym ganku chałupy. Wreszcie nic nie lało mu się na głowę. Usiadł na wpół rozwalonej ławeczce i oparł się o ścianę. Po policzkach spłynęła stróżka łez.
- Veneciano… – wyszeptał i nagle zerwał się na równe nogi.
Drzwi, które dotąd były zamknięte, uchyliły się skrzypiąc głośno. Romano niepewnie podszedł do nich i zajrzał w głąb domu.
- Jest tu kto? – zapytał a jego głos jeszcze chwilę odbijał się echem od ścian rudery.
Włochy Rzymskie wszedł do środka, a drzwi za nim zamknęły się same. Przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. Miał złe przeczucia.
Chata od środka wyglądała jak po przejściu pożaru. Firanki były nadpalone, meble doszczętnie zniszczone a dywan przykryty dużą ilością popiołu. Tak, zapewne już od dawna nikt tam nie mieszkał.
Nagle brunet usłyszał jakieś szelesty na drugim końcu ciemnego korytarza. W ciemności dostrzegł ruch. Przymrużył oczy, jednak to co przed chwilą tam było, już zniknęło.
- Jest tam kto? – zapytał ponownie a jego twarz rozświetliła błyskawica. – Halo!
Romano zrobił kilka kroków w głąb domu, i już miał ruszyć schodami na piętro, gdy niespodziewanie ktoś zaszedł go od tyłu i mocno zdzielił czymś twardym po głowie. Włochy Południowe zobaczył mroczki przed oczami, zatoczył się i upadł na schody. Ostatnie co zobaczył to biała maska z czarnymi oczyma i czerwonymi ustami wygiętymi w grymas. Potem ogarnęła go czarna pustka…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz