– …i właśnie dlatego w tym roku zamiast wysłać was do domu na ferie zimowe, postanowiono, że pojedziemy na dwutygodniowy wyjazd do Anglii – tymi słowami Dżermańsztyc zakończył swój wywód na temat tego, że za dwa tygodnie zamiast do domu, pojedziemy wypoczywać do Zjednoczonego Królestwa.
W sumie nie miałam nic przeciwko bo jeszcze nigdy nie byłam w Anglii, ale za to Arthur narzekał od samego początku: że nie dość, ze tam teraz tyle śniegu to zaraz się rozpada deszcz i będziemy pływać po ulicach. A co jak co, Arczi w sumie pochodzi z Londynu, więc wiedział co mówi. Lecz nikt i tak go nie słuchał. No bo po co?
– rany, ale ty się zmieniłaś przez te kilka miesięcy – stwierdził Taurys kiedy przygotowywaliśmy się do wyjścia n miasto, a ja stanęłam przed nim w Fińskim berecie, iwanowym szaliku, szwajcarskim płaszczu od munduru, dżinsach klasycznie w glanach i z torbą z Death Note na ramieniu.
– Gdybyś wiedział, że otruła Dżermanię eliksirem i później zaniosła go do Narnii…
– Ona ma na ciebie zły wpływ – Litwin wskazał oskarżycielsko w stronę Pana Olo, który leżał sobie leniwie na łóżku z nogami na ścianie i najwyraźniej nie miał zamiaru iść z nami.
– Daj spokój, Liciek – uśmiechnęła się szeroko i w trybie błyskawicznym wcisnęła się w kurtkę, kozaki i czapkę z kocimi uszami, zakomunikowała. – Idę z wami, będę robić za przyzwoitkę.
I w tym właśnie momencie do naszego pokoju wpadł uchachany Feliks z podobnym okrzykiem bojowym. Może bym zrozumiała gdybyśmy szli na jakąś randkę, do kina, ale my szliśmy kupić prezent Iwanowi na urodziny. Po za tym nie byliśmy parą.
No tak, dzisiaj były urodziny naszego kochanego Ruska. 31 grudnia, że też wybrał taką datę, prosto w Sylwestra. Właśnie… nie dość, że dziś urodziny Iwana to jeszcze ostatni dzień bieżącego roku. Ciekawa byłam czy Rzymowi udało się przekonać Dżermola na zakup ogromnej ilości fajerwerek. Od 17 do 22 mieliśmy świętować Iwanowe urodzinki, a później miało być odliczanie w napięciu i czuwanie do północy, a później róbta co chce ta.
– Musimy znaleźć coś co mu się przyda – stwierdziłam przeglądając pułki w sklepie „Wszystko dla Wszystkich” z nadzieją, że znajdę cuś ciekawego.
– Podstawka na butelki po wódce? – podsunął Feliks.
– Nie
– Podstawka na wódkę? – dodała Tsume.
– Nie.
– Podstawka na wódkę – stwierdził Toris.
– No, niech już będzie – przewróciłam oczami i po zakupieniu podstawki na butelki po wódce, wyszliśmy ze sklepu.
W drzwiach wyminęliśmy Vasilica, Lukasa i Arthura. Z Anglikiem wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy, czego na moje szczęście Tsume nie zauważyła.
– Alright – zawołał Arthur, kiedy jeszcze tego samego dnia mieliśmy spotkanie kółka magicznego, a raczej już jego końcówkę. – To będzie już tyle na dzisiaj. Pamiętajcie żeby przez ten tydzień jeszcze potrenować te zaklęcia. Bo za tydzień zaczynamy całkiem nowy dział.
Vasilica jako pierwszy wystrzelił z Pokoju Życzeń, za nim w kierunku drzwi udał się Norweg.
– Necomi, nie idziesz? – zapytał Lukas.
– Nie, jeszcze nie. Pomogę trochę ogarnąć Arthurowi – odrzekłam, a Norłej zniknął w drzwiach Pokoju Życzeń.
– Nie rozumiem dlaczego nie chcesz o tym powiedzieć reszcie – Arthur objął mnie w pasie i przysunął do siebie.
– Nie pamiętasz co było z Taurysem? Swatane na potęgę a wyszło jak wyszło.
– Ale to było co innego – uśmiechnął się blondyn.
– No tak, ale…
– Różnica jest jedna: my już jesteśmy razem – Anglik pocałował mnie czule.
A jak to się stało, że ja i Arthur? Ech… to naprawdę długa historia. Bardzo długa. Można powiedzieć, że jej początek był tego samego dnia, którego trafiłam do kółka magicznego. Dalej ten całus jako zapłata za eliksir, aby uśpić Dżermanię. Później któregoś dnia zostałam po spotkaniu kółka magicznego, aby mu pomóc ogarnąć w sali i tak się jakoś złożyło, że wylądowaliśmy w restauracji na kolacji, przy świecach… bardzo romantycznej z resztą.
– Necomi…
– Yhym.
– I love you.
Nie dość, że się człowiek nalata i nabiega po mieście to jeszcze mu obiadku nie dadzą bo kucharki zajętę przygotowaniami do Sylwestra. Tak też prosty lud zaopatrzony został w najważniejszy składnik żywienniczy w postaci Pocky we wszystkich smakach.
– Zagrajmy w pocky game! – krzyknął ktoś, a prosty lud poparł go głośno.
Chwile później cała stołówka wypełniła się okrzykami „YAOI” i „YURI”. Mimo iż byłam i jestem yaoistką, to wolałam się z tamtąd ulotnić. jednakowoż nie zrobiłam tego, a zrobiła to Tsume. Chyba wiecie o co chodzi w tej grze, prawda?
*INSTRUKCJA GRY: POCKU GAME*
Oto paluszki Pocky (znajdź sobie obrazek w goglach). w środku pudełeczka znajdują się paluszki oblane czekoladą. Wkładasz jednego do pyszczka i szukasz ludka, który by do pyszczka wsadził drugą końcówkę paluszka. Teraz wystarczy, że szybko zjecie tego paluszka. Tylko hardcorzy wytrzymuja do końca…
*KONIEC INSTRUKCJI*
Oczywiście wszyscy… a przynajmniej ja, domyśliłam się że to był pomysł Francisa. No bo kogo by innego.
– Neco – usłyszałam za sobą brytyjski akcent.
Odwróciłam się. Za mną stał Arthur z jednym paluszkiem w pyszczku, a jego zielone oczka błyszczały radośnie.
– Arczi, no… – pokręciłam lekko głową.
– Daj spokój, tutaj to tylko gra – uśmiechnął się Brytyjczyk, ale to wszystko przerwał głośny pisk Pana Olo, taki typowo babski pisk, a lud zwrócił wzrok w tamtą stronę.
Tsume stała… wyrywała się z objęć Francisa, który nie wzruszony tym faktem usiłował zagrać z nią w Pocky Game.
– Odpitol się franco ty! – i tutaj Tsume ukazała swój wspaniały talent puszczania długich wiązanek przekleństw pod adresem Bonnefoy’a.
– Przypomnij mi, że kolejnym razem jak spotkam tę Francę, to muszę od Matthiasa pożyczyć topór – mruczała Tsume kiedy szłyśmy do pokoju, aby przygotować się do świętowania.
– Dobrze, przypomnę – skinęłam głową, w sumie też miałam już dość tych jego amorów.
– Chyba się popłaczę – zachlipała moja Tolkienowska współlokatorka. – Jak mógł?! O fuj! NecoMi!
– No już dobrze, dobrze – poklepałam ją po głowie, kiedy uwiesiła mi się na szyi.
– Chyba nie domknęłaś drzwi – stwierdził Pan Olo wchodząc do naszego pokoju. – O shit! Dżermania!
Tak w naszym pokoju był szanowny dyrektor tej placówki – Germania. Rozumiem zdziwienie Tsume, ale czy ona na cały pokój musiała krzyknąć „Dżermania”? Dyrektorskie brwi uniosły się do góry, a my dopiero teraz zorientowałyśmy się, że jest tu jeszcze ktoś.
A była to pewna dziewuszka o jasnej karnacji, oczach koloru… no w sumie nieokreślonego i długich, prostych, brązowych włosach. A na sobie miała nasz szkolny mundurek, w kolorze niebieskim. Ze sobą miała dość dużą walizkę podróżną.
– Khem – odchrząknął Dżermanio. – Jako, że macie tutaj wolne łóżko, musicie przygarnąć… przyjąć do siebie nową uczennice – po czym ulotnił się bardzo szybko, pozostawiając nas w trójkę na pastwę losu.
Nastała chwila ciszy, którą odważyła się przerwać Tsume:
– Witaj w naszych skromnych progach. Jam jest Tsume, ale możesz mi także mówić Pan Olo.
– Ja nazywam się Necomi.
– Usagi – przedstawiła się.
– Króliczek!~
Wraz z Usagi spojrzałyśmy pytająco na Tsume.
– Usagi po japońsku oznacza króliczek!~ Yea! Neco to kotek a ty króliczek! – Pan Olo począł się kręcić na krześle obrotowym.
– No dobra, trzeba cię wypakować, bo zaraz idziemy na imprezę – klasnęłam w dłonie doprowadzając obie panny do porządku.
– Imprezę? – oczy Usagi mówiły „WTF”.
– To idealny moment żeby cię poznać z moimi podwładnymi – Tsume rozłożyła ręce, ale po stwierdzeniu tego co powiedziała, poprawiła się. – Znaczy, poznasz różnych ziomków i ziomówy.
– Iwan, nasz kumpel ma dzisiaj urodziny. Po za tym jeszcze będziemy świętować Sylwestra – stwierdziłam wyciągając z szafy dość spore pudełko obklejone kolorowym papierem w misie polarne. – Poznasz trochę ludzi, zaaklimatyzujesz się.
– Znajdziemy ci chłopaka – wtrąciła Tsume mistrzyni „zeswataj każdego kto się nawinie, byle nie Pana Olo”.
Szłyśmy w trójkę długim korytarzem. Wszyscy chyba byli już na sali gimnastycznej na urodzinach Iwana, bo było tak cicho i spokojnie – w naszej szkole wręcz cud!
– Hej, prosty ludzie! – wydarł się Pan Olo, kiedy przybyłyśmy do stajenki… e, do sali gimnastycznej a „prosty lud” spojrzał w naszą stronę. – To jest Usagi – wskazała na naszą nową współlokatorkę – Od dzisiaj mieszka ze mną i z naszą Neco. Macie być dla niej dobrzy, bo jak nie – zaczęła dziwnie kiwać się pod boki. – To nie opuścicie tej szkoły żywi.
Muzyka przybrała mroczna aurę a prosty lud w ciszy patrzył na nas.
– No co, bawimy się – stwierdziła Tsume i wszystko nagle wróciło do normalności.
Co chwila zatrzymywałyśmy się, bo człeki zagadywały do naszej nowej koleżanki, a my nie chciałyśmy jej zostawiać samej, żeby przypadkiem nie zabłądziła, bo jeszcze by trafiła w ręce Francisa i co wtedy?
– Najlepszego Iwan!
No i w końcu doszłyśmy do naszego jubilata i wręczyłyśmy mu prezent w postaci… podstawki na butelki wódki.
– Dzięki wielkie – Iwan uśmiechnął się po Iwanowemu i spojrzał na naszą Usagi. – Zdratwuj towarzyszko.
– Da… – pisnęła brunetka cała czerwona na twarzy. Hm… być może podzielała fobię Tsume co do wysokich ludzi?…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz