Muzyka

niedziela, 1 grudnia 2013

Axis Powers Academy - Kolejna twórczość Tsume

W naszej akademii niezwykłą popularnością cieszył się niejaki DJ Ziemniaczanek. Muzyka, którą tworzył była czymś z pogranicza hip-hopu i rapu. Jako osobie wychowanej głównie na muzyce czarodziei oraz mocniejszym brzmieniu nie bardzo ona odpowiadała, a na wiadomości o jego osiągnięciach reagowałam obojętnym pomrukiem.
Necomi oraz Usagi o każdej dnia i nocy wyśpiewywać jego utwory. Nie przeszkadzało mi to do momentu, gdy pewnego razu, w czasie ucinania sobie poobiedniej drzemki do naszego pokoju wparadowała moc ludu i rozpoczęła szaloną imprezkę przy akompaniamencie największych hitów DJ-a Ziemniaczanka. W złości cisnęłam w nich poduszką i poszłam spać w Narnii.

Tydzień przed naszym wyjazdem do Anglii, gdy planowałam kolejny zamach na Francisa (był to niezwykle efektywny sposób uśmiercania nawiązujący do czasów średniowiecza), Usagi oświadczyła, że w mieście odbywa się koncert Ziemniaczanka i że ja „także muszę się na nim pojawić”.
- Galopujące gargulce! – zaklęłam brzydko. – A myślałam, że ten wieczór spędzę na podwieczorku herbacianym u Pana Tumnusa.
Nie pozostało mi jednak nic innego jak iść na ten cholerny koncert. Pięćdziesiąt eurosków poszło, a mi jakoś nie udało się odsprzedać nikomu mojego biletu.
W dniu koncertu dziewczyny wystroiły mnie w o wiele za dużą bluzę, dresy i czapkę z daszkiem. Moja mina mówiła wyraźnie, że jestem gotowa udusić każdego, kto się do mnie odezwie.
W drodze na koncert towarzyszyli nam Lili, Vash, Elcia, Roderich, Tino oraz Pan Szwedek (na wypadek ataku z jego strony trzymałam się trochę na uboczu). On sam oraz Austryjak wyglądali na równie zachwyconych, co ja.
– Łączmy się wszyscy, gruszka-pietruszka!~ – wyśpiewywały głośno dziewczyny brnąc zaśnieżonymi ulicami Rzymu. Równie zażenowana czułam się tak, gdy dowiedziałam się tak, gdy dowiedziałam się, że pewien mugolski artysta, Justin Bieber, ma dawać koncert w moim rodzinnym mieście.
Widowisko miało się odbywać w jakiejś hali sportowej. Na miejscu tłoczyło się pełno ludzików z własnoręcznie zrobionymi przez siebie plakatami. Zaczęłam czytać regulamin wydrukowany na bilecie.
- O nie! – jęknęłam potępieńczo. – Zakazują falowania! – Moja ostatnia nadzieja na dobrą zabawę na koncercie umarła. – Przy tej muzyce nawet dobrego pogo nie da się zrobić.
Po chwili dołączyli do nas Ludwig z Feliciano oraz Gilbertem, który miał minę w stylu „ale jak ja właściwie się tutaj znalazłem”.
W końcu udało nam się dostać do środka (ku niezadowoleniu Rodericha, który nie chciał być obmacywany przez ochroniarzy i skonfiskowaniu Vashowi „cytrynki” chowanej za pazuchą). Niektórzy z nas próbowali przepchnąć się do przodu z wiadomym skutkiem.
Jakieś pięć minut później na scenie pojawił się DJ Ziemniaczanek; postawny osobnik o długich, jasnych włosach w ciemnych okularach i czapeczce. Ubrany był w bluzę z kapturem i neonowe adidaski. Publiczność na jego widok oszalała.
Czując, że nic tu po mnie, wyszłam „pozwiedzać” zaplecze. W pewnym monecie zorientowałam się, że ktoś za mną idzie.
- Roderich, a ty co tu robisz? – zapytałam zdziwiona.
- Szukam toalety, a ty?
- Um… Ę… – Jakoś nie miałam ochoty na to, aby ktoś mi towarzyszył.
- A wy co tu robicie?! – Z hali głównej wyszedł Gilbert.
- Jeśli musisz wiedzieć, idę za potrzebą, drogi kuzynie. – odparł Roderich.
- Te, ja też musze do kibla. – stwierdził albinos. – A ty, Tsume?
- Ja… Ja… Ym… Przejść się! – wydukałam.
Trzeba było coś wymyśleć. Cóż, chyba w międzyczasie na zapleczu znajdzie się jakiś kibelek dla VIP-ów.
Ochroniarze widząc nas jedynie łypnęli zza przeciwsłonecznych okularów, ale nic nie powiedzieli. Pomachałam im uśmiechając się nieśmiało; co jak co, ale z takimi tęgimi koksami nie ma żartów.
- Dobra, to było trochę dziwne. – stwierdził Gilbert.
Co chwila mijaliśmy jakiś techników biegających z kablami lub facetów w garniakach. W pewnym momencie stanęliśmy przed drzwiami, na których wisiała tabliczka „DJ Ziemniaczanek”.
- O, tu na pewno będzie kibel. – zawołał Gilbert wpadając do środka.
- Chwila… – jęknęłam, ale było już za późno.
Pierwsi do pokoiku wpadli chłopaki. Zaraz po nich wsunęłam się ja.
- Ej, chodźmy stąd… – powiedziałam szeptem.
- Spoko, luzik! – stwierdził brat Ludwiga. – Ziemniaczanek chyba się nie obrazi jak skorzystamy z jego toalety.
- Czy tylko ja mam wrażenie, że nie powinniśmy tu być? – zapytał Roderich rozglądając się.
- TAK! Świetnie powiedziane! – Machnęłam gwałtownie ręką. – Wynosimy się!
Odwróciłam się na pięcie i już chciałam wychodzić, gdy nagle na kogoś wpadłam. – O shit! Dżerm…
Umilkłam, ale było już za późno. Przed nami stał Germania we własnej osobie. W ręku trzymał okulary oraz czapeczkę z daszkiem i w ogóle wyglądał na bardzo zdziwionego.
- Tsume, co… – zaczął, ale widząc Rodericha w pośpiechu zaczął zakładać swoje „artefakty”.
- Dziadzio?! – wykrzyknął Austryjak. – Czy dziadzio jest…?
Rozległ się odgłos spłukiwanej wody i z łazienki wyszedł Gilbert.
- Ej, wiedzieliście, że DJ Ziemniaczanek ma złotego klopa? Na moją Dumę, dziadziu, jesteś Ziemniaczankiem? – zdumiał się.
Wycofałam się pod ścianę z nadzieją, że się w nią wtopię; Germania westchnął ciężko.
- Tak, jestem nim. Ale nikt poza Tsume nie powinien o tym wiedzieć…
- Zaraz, chwila! – przerwał mu Gilbert. – To ONA o tym wiedziała?! Dlaczego nie ja, Ludwig; ktokolwiek z naszej rodziny?!
- Jest autorką tekstów moich piosenek. A teraz wynoście się, wszyscy… I nie ważcie się o tym nikomu wspominać!

Następnego dnia po lekcjach wywlekłam swoją walizkę. Chyba trzeba było się stąd zbierać.
Miałam umowę z Dżardżamelem. Moim zadaniem było spełnić jego marzenie z dzieciństwa, a w zamian miałam nie tak szybko opuścić szkołę, gdybym coś przeskrobała (a takie przypadki już się niestety zdarzały).
Dobra, pomyślałam siadając na łóżku, gdzie mogłabym iść?
Do Czocha nie wrócę, to przecież bez sensu… A może dać nogę do Narnii; co prawda wiza niedługo mi się kończy, ale co mi szkodzi wyrobić nową. Tak, to jest bardzo dobry plan.
Wypadałoby się jakoś pożegnać; w szczególności z tym Francuzikiem. Teraz pozostało mi tylko wybrać, co jest odpowiedniejsze na pożegnanie – kindżał czy widły od gnoju..
Nagle usłyszałam, że ktoś puka do drzwi. Do pokoju, jak na życzenie, wlazł Francis.
- Mam ci przekazać, że umowa jest nadal aktualna i nie musisz się pakować. – powiedział.
- A co to ma znaczyć? – zdumiałam się.
- Nie wiem, Germania kazał ci to przekazać.
Kindżał utknął w ścianie tuż obok jego ucha.
- Kurczę pieczone, nie trafiłam. – uśmiechnęłam się biorąc do ręki widły.

Necomi oraz Arthur siedzieli sobie razem na ławeczce. Ich sielankę przerwał zduszony okrzyk Francisa, gdy przedzierając się przez zaspy zmiatał przed Panem Olo wymachującej widłami zaiwanionymi od kółka jeździeckiego.
- Tsume jak zawsze pełna energii. – stwierdziła dziewczyna.
- Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale… Boże, chroń królową i jego przy okazji też. – dodał Anglik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz