– Dajcie wy mi wszyscy spokój! – po gwałtownym otworzeniu drzwi, walnęłam się głośno na łóżko.
Miałam wszystkiego dość, nie dość, że Francis miesiąc temu zostawił mnie dla Seszelki i kilku innych, to jeszcze „ktoś” postanowił zrobić mi niespodziankę w postaci randek w ciemno. W rezultacie spotkałam się na kawie z 3/4 szkoły, i napiłam się tyle kofeiny, że nie zasnę przez najbliższy rok. tylko Matthew, Gilbert, Lukas, Pan Szwedek, Roderich i Vash nie dali się na to zaciągnąć. Oczywiście podejrzewałam Tsume, ale w końcu podejrzewałam ją za każdym razem kiedy coś się wydarzy. To…
– … lekka przesada – zakończyłam mój jakże długi wywód, kiedy siedziałam sobie wieczorem przy biurku a Szwajcar leniuchował na moim łóżku. Pragnę nade pomnąć, że Tsume i Feliksa nie było wtedy w pokoju.
– Może i masz rację – stwierdził Vash bardzo sennie, w końcu się dzisiaj napracował w szkolnej bibliotece.
– Ale w końcu to do niej podobne – wstałam z krzesełka i podeszłam do okna.
– Nawet jeśli to ona, to chce dobrze. Nie tylko ona nie może patrzeć na twoją depresję – Szwajcar wzruszył ramionami. – Ale to raczej nie jej sprawka, bo ma inna sprawę na głowie.
– Jaką?
– No niestety nie mogę powiedzieć, bo złamię Wieczystą Przysięgę, wole jeszcze trochę pożyć – blondyn zeskoczył z łóżka i podszedł do mnie. – Ale powiedz mi, co byś zrobiła gdyby Toris wrócił?
Przygotowania do Balu Bożonarodzeniowego szły pełną parą. Roderich miał zagrać na pianinie poloneza, my mieliśmy zatańczyć. Tylko przy próbach tańca, Tsume siedziała na ławeczce i szczerzyła zęby jak głupi do sera. Nie chcę też mówić, że Dziadzio Rzym jest jakiś zły i niszczy Polską kulturę, ale dziadyga przerobił układ poloneza tak, że w połowie tańca mamy zamienić się partnerami z pary obok. A jako, że ja z Iwanem byliśmy na szarym końcu i było nas nie do pary, ja miałam tańczyć z Rosjaninem do końca balu.
– Dobra moje dziatki, jeszcze raz i kolejnym razem spotkamy się już na balu – Dziadzio Rzym klasnął w dłonie.
Mieliśmy właśnie próbę generalną a zaciesz goszczący na twarzy Tsume był podejrzanie podejrzany. Czyżby coś kombinowała? Nie… przecież Vash mówił, że ma pewną sprawę na głowie. Nie będę się tym tak przejmować. A może…
– Tsume, ruszaj się, no! – wołała Elisaveta kiedy w składzie ja, ona, Roderich i Feliks, czekaliśmy przed kwiaciarnią w centrum Rzymu.
A po co wyszliśmy o tej porze na miasto? Musieliśmy rzecz jasna kupić kreacje na bal, no i te prezenty mikołajkowe, które mieliśmy sobie robić. Ja wylosowałam Pana Szwedka i szczerze mówić nie miałam zielonego pojęcia co można by mu kupić, dopóki nie znalazłam w galerii Finlandzko – Szwedzkiego słownika i albumu z krajobrazami w jednym.
– Panie Olo, co tak długo? – mruknął Feliks, kiedy Tsume wyszła ze sklepu z ogromnym pudłem. – Co do?…
– Prezent – stwierdziła blondynka i nakleiła na pudełko kokardkę. – Dla Dżermanii.
– A co jest w środku? – zapytał Austriak.
– Ludożerna roślinka. Kupie ci taka samą, chcesz?
– Nnnnie – Roderich przecząco pokręcił głową. – Może lepiej nie.
Prezenty mieliśmy dziś wieczorem zostawić pod choinką w sali gimnastycznej, a w nocy ktoś robiąc za świętego Mikołaja miał poroznosić prezenty po całej akademii. Byłam ciekawa kto wylosował mnie i Tsume. Tego wieczoru też było na tyle dobrze, że Feliks wreszcie wyprowadził się z naszego pokoju. Co dziwne z podejrzanie amerykańskim zacieszem na ustach. To było trochę niepokojące. A z resztą… u niego to było całkiem normalne. Nie wiem… w ogóle wszyscy, których znałam trochę lepiej, zacieszali podejrzanie. Ale najbardziej to Pan Olo właśnie.
– Co za jełop wymyślił, że mammy przyjść w maskach? – stwierdziłam, kiedy po raz kolejny papierowa maska wylądowała w koszu.
– Ne denerwuj się tak – Tsume położyła mi przed nosem (kupioną przez nią, nawet nie wiem kiedy) maskę z… kocimi uszkami. – Masz Kocie i już się tak nie denerwuj, bo złość piękności szkodzi.
– Dzięki, ale…
– Nie ma żadnego „ale” – zakomunikowała i walnęła się na swoje łóżko. – A teraz wybacz, ale muszę się wyspać bo jutro wielki dzień.
Wielki dzień> No rozumiem, ze jutro będzie bal bożonarodzeniowy i prezenty, ale żeby nazywać go wielkim dniem? No bez przesady… Jednakże bez żadnego słowa i ja poszłam spać.
*rano*
– Necomi! Wstawaj! – ktoś bezczelnie krzyczał mi nad uchem, kiedy ja jeszcze spałam.
– Daj mi spać! – nakryłam się kołdrą, ale w chwile później i kołdra i ja znalazłyśmy się na podłodze. – TSUME! – krzyknęłam wkurzona, ale przed nosem zobaczyłam dość spore pudełko z kokardką.
– Otwórz Kocie – rozkazał Pan Olo.
– No dobrze – no bo po co się spierać? Też była ciekawa co dostałam. Pociągnęłam więc za wstążkę, a moim oczom ukazała się pokaźna kolekcja różnych mang. – Od Kiku – Przeczytałam napis na załączonej karteczce. -A ty co do…
Spojrzałam na Tsume, która w chwili obecnej siedziała na łóżku, przed sobą trzymając otwarte pudełko. Przeczytała po cichu karteczkę, zajrzała do pudełeczka i zrobiła się cała czerwona. Wymamrotała pod nosem cos w rodzaju:
– Zabije te Francę!
I wystrzeliła z pokoju niczym Perszing. Wróciła równie szybko z… nożem ufajdanym czymś czerwonym… Na Latającego Potwora Spaghetti, czy ona…
– A to, nie to dżem – stwierdziła spokojnie wyciągając znikąd bułkę z truskawkowym dżemem. – Tak się wkurzyłam, że musiałam zjeść cos słodkiego.
– A co dostałaś?
– Seknowną belizne w jenoty – naładowała sobie do ust z dżemem i myślała, że tego nie rozszyfruje? Oj Tsume, ja znam takie sztuczki. Tylko bałam się faktu, skąd Francis znał jej rozmiary żeby kupię jej bieliznę…
– Marry Christmas! – Alfred latał po całym akademiku zacieszając po amerykańsku i rozsypując wokół siebie sztuczny śnieg. Francis podążał za nim z pieśnią na ustach i jemiołą w rękach.
Szliśmy sobie właśnie z Tsume na śniadanko, gdy nagle przed nami, jak grzyb po deszczu, wyrósł Berwald. Pan Olo z racji swojej fobio do wysokich ludzi, niczym jenot, zaczął udawać zdechlaka. A ja spojrzałam na Pana Szwedka siłując nie nawiązywać kontaktu wzrokowego.
– Tak Berwaldzie?
– Dziękuje za prezent – stwierdził blondyn ulotnił się tak szybko jak się pojawił.
Tsume wstała z podłogi i otrzepała bluzę z kurzu. Co jak co, ale mogliby od czasu zamieść tę podłogę.
Śniadanko… pełno kolorowych ciast, słodycze, cukierki, pierniki i inne świąteczne łakocie. Normalnie Germania się postarał.
Przy naszym stoliku siedzieli już Gilbert, Matthew, Roderich z Elisavetą, Vash, Iwan i… Lukas do którego e… przykleił się Duńczyk i za Chiny Ludowe nie chciał się odkleić, a reszta towarzystwa jakoś nie zwracała na to uwagi. Brakowało tylko Feliksa, ale w sumie musiał ogarnąć swój nowy pokój.
– Necomi-chan – usłyszałam za sobą głos Japończyka i odwróciłam się w jego stronę.
– Hai?
– Spodobał ci się prezent? – zapytał nieśmiało, co do niego było podobne, bo słynął z nieśmiałości.
– Nie wiem skąd wytrzasnąłeś te mangi, ale lepiej już trafić nie mogłeś – uśmiechnęłam się. – Są idealne. Dzięki Kiku.
Posiłek zwany śniadaniem zleciał bardzo szybko przy miłej konwersacji, w której Tsume bynajmniej nie uczestniczyła, bo z kimś zawzięcie sms-owała.
– A ty Iwan, co dostałeś? – zapytał Gilbert, kiedy już wszyscy pochwalili się swoimi prezentami.
– Y… ja?
– No tak – wszyscy naraz przytaknęli.
– E.. ja dostałem… – jąkał się Rosjanin, ale w końcu zebrał się na odwagę i wyciągnął zza pazuchy (choć jak n to tam zmieścił pozostaje dla mnie tajemnicą) cosplay Hello Kitty, od Chińczyka Wanga. – To.
Późnym popołudniem wszystkie ludki zaczęły generalne przygotowania do balu, który szczerze mówiąc miał odbyć się za niecałe 2 godziny. Ta… sukienka w czerwona szkocka kratę, glany, to jest cos co NecoMi lubi najbardziej. No i ta maska, która zafundowała mi Tsume. Idealnie. Nawet jej się podobało.
– No dobra, ja muszę jeszcze GDZIEŚ iść COŚ załatwić, spotkamy się na balu – stwierdził Pan Olo zamykając za sobą drzwi.
Gdybym tak długo się nie szykowała, zapewne rzuciłabym się na łóżko i trochę zdrzemnęła, ale jako ze szykowałam się bite półtorej godziny, nie było szans na spanie. Klapnęłam więc na krzesełku przy biurku i czekałam jak na jakieś zbawienie.
– Koszka, gotowa? – nie wiem jak długo tam tak siedziałam i gapiłam się w tablice korkową, ale w końcu w pokoju pojawił się Iwan.
Nie no, ale się wysztyngował. Wyglądał co prawda dziwnie w garniaku i szaliku, ale sam fakt, że Iwan jest ubrany w cos innego niż mundurek lub mundur Rosyjski, był zaskakujący. No i miał jako taką maskę.
– No ba, jasne że gotowa – uśmiechnęłam się i razem wyszliśmy z pokoju.
Chwilę później znaleźliśmy się na sali gimnastycznej, gdzie połowa szkoły usadowiła się na widowni, a druga połowa powoli ustawiała się przed wejściem, bo mieli tańczyć. A Roderich siedział już przy fortepianie. Ustawiliśmy się z Iwanem na końcu polonezowego ogonka. Słyszeliśmy jak Germania wita wszystkich i zapowiada jaka to impreza ich czeka dzisiejszego wieczoru.
– Ale zanim to, najpierw klasy 1-3 zatańczą lekko zmodyfikowanego poloneza.
Austriak zaczął grać, a za nami ustawiła się jeszcze jedna para. Pewnie ktoś się spóźnił, a nie będzie się gdzieś w środek pchać. Muszę przyznać, Rodericg grał idealnie, ale przez to, że właśnie grał, Elisaveta tańczyła z Feliksem. Tsume… Osz holender! Ona też tańczyła, w parze za mną i Iwanem. Ale kim był ten z kim tańczyła? Kurde, przez ta maskę, a zakrywała całą twarz, a włosy najwyraźniej miał spięte z tyłu, nie mogłam skojarzyć kto to może być. Nawet kiedy w tańcu była wymiana partnerów a ja miałam do końca tańczyć z tym kimś, jakoś nie mogłam skojarzyć. Dopiero kiedy muzyka ucichła i taniec się skończył, spojrzałam pytająco na chłopaka. Moi znajomi zacieszali podejrzanie, no może prócz Arthura i Lukasa, bo pierwszy zniknął mi z zasięgu wzroku a drugi przybrał dobrze znana taktykę: „pokerface”.
Zdjęli maski, ja też. Tylko ten typ jakoś z tym zwlekał, ale kiedy i jego maska zniknęła, zamurowało mnie, totalnie zatkało i chyba na moment wyszłam z siebie, aby stanąć obok. Tak, teraz już rozumiałam, co na głowie miała Tsume przez ostatni czas. Zmiana układu w polonezie, główny motyw przewodni „maskarada”. Istnie szatański plan, ale chciała dobrze…
– N… Necomi? – chłopak potrząsnął mną lekko, b przez dobre 10 minut nie dawałam oznak życia.
*RETROSPEKCJA*
– Ale to raczej nie jej sprawka, bo ma inna sprawę na głowie.
– Jaką?
– No niestety nie mogę powiedzieć, bo złamię Wieczystą Przysięgę, a wolę trochę jeszcze pożyć – blondyn zeskoczył z łóżka i podszedł do mnie. – Ale powiedz mi, co byś zrobiła gdyby Toris wrócił?
– Dlaczego mnie o to pytasz? – zapytałam ale Vash tylko wzruszył ramionami. – Zależy w jakich okolicznościach. Po za tym on… byłby dla mnie jak brat, bo w moim życiu już ktoś się pojawił.
*KONIEC RETROZPEKCJI*
– Necomi, wszystko w porządku?
Na sali zapanowała tak głucha i cicha cisza, że chyba już ciszej być nie mogło. nawet Dżermandżilla był ciekaw mojej reakcji.
– Taurys – wydukałam w końcu. – Wybaczyłam ci to co zrobiłeś. Wybaczyłam, że mnie zostawiłeś. Ale jeśli teraz odejdziesz, nie wybaczę ci tego do końca życia.
– Modliłem się o taką odpowiedź – Litwin przytulił mnie mocno i szepnął do ucha. – Chcę być dla ciebie ważny. Chocby jako brat.
Przez sale przeszło „awww”, a zaciesz Tsume osiągnął najwyższy poziom i wyższy byłby tylko wtedy gdybyśmy z Taurysem mieszkali w ładnym domku na przedmieściach, obdarzeni sporą gromadką małych Litwinów. Ale nic prócz przyjaźni raczej być nie mogło. Mimo to… Panie Olo, naprawę zasługujesz na miano mojego Ojca Chrzestnego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz