Muzyka

niedziela, 1 grudnia 2013

Axis Powers Academy - Kółko (czarno) magiczne

Nadeszła upragniona przez wszystkich sobota. Więc śpiewajmy: „hej hej hej hej, dzisiaj jest sobota, hej hej hej hej, zjedzmy sobie kota, hej hej hej hej, dzisiaj jest sobota, hej hej hej hej, chodźmy więc do lasu, hej hej hej hej narobić hałasu”.
Po nieudanej nocy filmowej, której bohaterem okazał się Feliks, spałam sobie spokojnie pod stertą kocy, które Tsume dostała poczta z Hogwartu (ona to ma kontakty). Zapewne zaraz pomyśleliście sobie, że moja współlokatorka obudziła mnie bezczelnie. A wcale nie! Obudziłam się dopiero w południe. Równo o 11:59. z resztą Tsume nie była lepsza. Ona spała sobie w najlepsze… obok łóżka. Heh, w końcu musiała odespać. A co odespać, zapytacie.

RETROSPEKCJA

Po tym jak Łukasiewicz przegonił Bukę raz a dobrze, a Germania zniknął w odmętach swojego pokoju, Dziadzio Rzym zorganizował nam imprezę.
– Włącz Gangam Style!
– Nie! Jestem Bogiem!
– Gangam Style!
– Jestem Bogiem! – ryknął Prusak a w stronę jego przeciwnika, którym był Wang Yao, poszybował kufel po piwie.
Chińczyk korzystając z umiejętności nabytych w shaolin, uchronił się przed nadlatującym w jego stronę przedmiotem, co w rezultacie doprowadziło do zaistnienia kawałków szkła na podłodze. No i kiedy Gilbert wraz z Wangiem skakali sobie do gardeł, dowodzenie nad odtwarzaczem przejął Lukas.
– Khem, khem – odchrząknął Norweg a wszyscy naraz spojrzeli w jego stronę z nadzieją, że nie puści jakiegoś Disco Polo albo Techno, albo One Direction. – Jako, że Wang i Gilbo nie potrafią się dogadać, ja przejmuję dowodzenie!
I w tym momencie, ku zaskoczeniu wszystkich , Norłej puścił całą serię j – popowych piosenek w wykonaniu Hatsune Miku.
– Dopiero wtedy impreza rozpoczęła się na całego. Feliks jako bohater wieczoru, wyskoczył na parkiet w jaskrawo różowej kiecce i zaczął kręcić tyłkiem. Elizaveta wyciągnęła Rodericha do tańca, a za nimi zaraz Ludwig, Feliciano i jeszcze kilku innych także zaczęło gibać się na parkiecie. Tsume natomiast wytargała na scenę Vasha (nie wiem jak udało jej się to zrobić… może to urok osobisty?) wcisnęła mu mikrofon, a sama dobrała się do drugiego i zaczęła coverować Tripe Baka. Vash natomiast raz po raz coś tam zamruczał, dopóki Holender z szóstej klasy nie zafundował mu jointa. Wtedy to dopiero zaczął szaleć.
A ja klasycznie siedziałam sobie na jednym z materaców, które zostały porzucone pod ścianą. Ja nie tańczę! A to na slubie było jedynym wyjątkiem. I sobie obiecałam i przysięgłam: JUŻ NIGDY NIE ZATAŃCZĘ! NIGDY!!!
– Necomi? Kurczak, czemu nie dance’ujesz? – wtem, obok mnie, niczym wyrzucony z czarnej dziury, pojawił się Gilbert, przykładając sobie lód do skroni (efekt Wanga).
– Bo nie – pokręciłam głową orientując się, że przecież jeszcze nie zwróciłam mu bluzy, która strasznie mi się spodobała.
– Czemu?
– Bo nie ma dżemu.
– Jak to nie ma? Przecież Ludwig dzisiaj kupił – stwierdził złośliwie Gilbert, a kiedy zrobiłam fohforever, objął mnie ramieniem i dodał: – Oj siostra, nie denerwuj się.
– Siostra?
– E, no bo, Zagilbisty Ja uznał, że ty też jesteś zagilbista, a że takie szychy muszą trzymać się razem, uznałem, żę będziesz moją młodszą zagilbistą schwester – wyjaśnił Prusak uśmiechając się szeroko.
– Czyli nie muszę oddawać ci tej bluzy?…
Moje pytanie zostało bezczelnie przerwane głośnym okrzykiem Tsume (Kawabanga!) , która wraz z Vashem, a raczej siedząc Vashowi na barana, biegali po całej sali w rytm Stargazer.

KONIEC RETROSPEKCJI

Tak szczerze mówiąc nie miałam najmniejszego zamiaru jej budzić. No bo po co? Przecież dzisiaj mielismy mieć zebranie kółka teatralnego, a ona skończyła prawie swój epicki scenariusz i mieliśmy przedyskutować na kółku to i owo, a także przydzielić role. Oj, Necomi, ty zła kobieta jesteś! Nie obudzić kumpeli, a samej wcisnąć się w krótkie spodenki i Gilbertowa bluzę (ta… chyba mu jej nie oddam) i wybyć w nieznane.
Zamknęłam więc cicho drzwi i równie cicho, na paluszkach, niczym na kocich łapkach (mimo iż to było glany) przemierzałam akademikowe korytarze. Trochę to dziwnie wyglądało, kiedy ja niczym James Bond szłam korytarzem, mimo iż widziało mnie dużo ludków. No po prostu nie chciałam wpaść na kogoś z kółka teatralnego, bo zaraz było by budzenie Tsume, konwersacja na temat jej scenariusza. Czy go znam? Coś tam obiło mi się o uszy, kiedy Pan Olo czytał mi pewne fragmenty. Tak więc wolałam dzisiaj zniknąć.
Szłam sobie teraz korytarzem łączącym szkołę z internatem. Spokojnie słuchając muzyki w wykonaniu NecoMi Vocaloid (Necomi, ty jesteś wszędzie!) kiedy nagle wyprzedził mnie Norłej. Lukas rozejrzał się, spojrzał na mnie i na pomalowana ścianę, która… która w niewyjaśniony sposób ukazała drzwi. Norweg pociągnął mnie za rękaw i wtargał na bezczelnego do środka. Tym środkiem okazała się być klasa, a raczej sala magiczna, w której siedzieli jeszcze Arthur i ten Rumun, w krótego imie nie wnikam – załóżmy, ze on nazywa się Rumek, ok? Ok.
– Bracie Lukas, po cos ja tu przytargał? – zapytał Brytyjczyk celując w moją stronę różdżką Harry’ego Pottera.
– Arthur, nie pajacuj. Widziała jak otwieram Pokój Życzeń – fuknął Norweg.
Pokój Życzeń? Te, taki jak w Hogwarcie? Super!
Norweg posadził mnie na fotelu, który pojawił się znikąd. Rany, czułam się jak na jakimś przesłuchaniu albo w domu mafiozo, którym w tym przypadku był Kirkland. Atmosfera była tak gęsta, że można było siekierę powiesić.
– No i co teraz? – fuknął Arthur.
– Przyjmijmy ją do naszego kółka – zaproponował spokojnie Lukas, a ten jego anielski spokój doprowadził Anglika do furii i w locie znalazły się małe rzeczy, które miał pod ręką.
– A ona w ogóle ma zadatki?
– Nom… – zamyślił się Lukas, po czym zwrócił się do mnie: – Kocie, interesowałaś się kiedyś magią?
Hehe, na mojej twarzy pojawił trollface.
– Jak mamy to rozumieć? – zapytał Rumek.
– Mówicie do najsławniejszej tarocistki w Brodzkim gimnazjum, radiestetki, ezoteryczki i wiccanki, czyli mnie, Necomi – poderwałam się z fotela i z palcem zwróconym ku górze (niczym Alfred, kiedy obwieszcza światu, że jest bohaterem) ogłosiłam tę radosną nowinę.
– Ty… – zachlipał Rumek padając mi do stóp. – Musisz być świętą.
– Zostań moją żoną – dodał Arthur, na co ja zrobiłam takie zdziwko, że głowa mała.
– Nie zwracaj uwagi – Norłej poklepał mnie przyjacielsko po plecach. – To w tłumaczeniu oznacza tyle co: dołącz do naszego kółka magicznego.
– Em, ok – wzruszyłam ramionami jednocześnie zgadzając się na przyjęcie mnie do tego jakże (jakby to powiedział mój nowy brat) zagilbistego kółka zainteresowań. Licho z tym, że jego spotkania odbywały się w tym samym czasie co zebrania kółka teatralnego. To kółko było o niebo lepsze.
Chwile później siedziałam na krzesełku, a Arthur wcisnął mi na głowę Tiarę Przydziału.
– Slytherin.
Zapadła chwila ciszy. Po czym Rumek bąknał cos w rodzaju:
– No to mamy wszystkie cztery domy.
Ta… odezwał się ten, który jest Puchonem. Arthur był Gryfonem. Norłej Krukonem. O ironio, Necomi, zostałaś Ślizgonem.
Ta… (kurde, kolejny akapit zaczyna się słówkiem „ta…”) zaraz po jako takim przydzieleniu mnie do Hogwarckiego domu, Arthur niczym Harry Potter zaczął zajęcia na temat zaklęcia patronusa.
– No, spróbuj jeszcze raz – Arthur dopingował Rumka, który już około setny raz usiłował wyczarować patronusa. Bez skutku.
Norłej wyczarował swojego już za pierwszym razem, a niebieski promień z jego szaro-niebieskiej różdżki przyjął postać trolla. Hehe, mi się udało dopiero za trzecim razem, białego tygryska wyczarować.
Naprawdę, na tych zajęciach bawiłam się super. I do tego cały dzień. A kiedy nasza magiczna balanga się skończyła, ja wraz z Lukasem, pod rękę, szliśmy sobie na stołówkę gdzie mieliśmy zamiar skonsumować kolacje. Ale rozmyśliłam się w ostatniej chwili, stwierdzając, że wolę na razie niw wpadać na kogoś z kółka teatralnego.
Wróciłam więc spokojnie do pokoju cała radosna, w skowronkach. Tsume nie było, więc miałam okazję klapnąć się na łóżku i pójść spać. I zapewne tak by się stało, gdyby do pokoju nie wpadł wkurzony Taurys. Był ostro wkurzony.
– NECOMI! – wycedził zatrzaskując za sobą drzwi.
– O, Taurys… – chciałam się przywitać jak na kulturalnego człowieka przystało, ale jego wyraz twarzy był na tyle przerażający, że aż mnie zamurowało.
– Czemu cię nie było na kółku teatralnym?!
– Taurys, nie histeryzuj, nie było mnie raz. RAZ.
– GDZIE ty byłaś?! – zapytał ironicznie. – Jak nie Gilbert – fuknął wskazując na bluzę, którą miałam na sobie. – To Lukas! Kto będzie kolejny?! Francis?!
– O co ci chodzi? – na mojej twarzy nadal widniał pokerface.
– Nie no… wczoraj kleiłaś się do Gilberta, dzisiaj do Lukasa. Ale nie, ona nic nie pamięta – warknął Litwin z obłędem w oczach.
– Co? Gilbert jest dla mnie… – nie dokończyłam bo Taurys wymierzył mi siarczysty policzek i w tym samym momencie do pokoju wszedł Gilbert.
Prusak widząc łzy w moich oczach i to, że trzymam się za czerwony policzek, podbiegł do mnie, przytulił i wycedził pod adresem Taurysa:
– Jak śmiałeś skrzywdzić moją schwester!
Laurinaitis jednakże nie odpowiedział, wybiegł z pokoju.
– Necomi… – Gilbert posadził mnie na łóżku. – Boli?
– Nie boli mnie policzek – otarłam łzy rękawem bluz. – Boli mnie to, ze zrobił to Taurys.
– Jak ja go dorwę, to nie dożyje dnia kolejnego – obiecał Prusak i opuścił pokój wymijając w drzwiach Tsume, która widząc mnie w takim stanie i po usłyszeniu całej historii, zaczęła mnie przepraszać, że w ogóle zaciągnęła mnie do tego kółka teatralnego.

Z PERSPEKTYWY OBSERWATORA

Gilbert cały zły, szedł korytarzem na piętrze w stronę pokoju Taurysa i Feliksa. Pod nosem mruczał jakieś niemieckie przekleństwa pod wiadomym adresem. Przecież nie będzie mu taki pierwszy Litwin krzywdził siostry, prawda? Zagilbisty on, nie mógł na to pozwolić!
– Laurinatitis! – Prusak z całej siły otworzył drzwi, tak, że o mało co nie wyleciały z zawiasów. Myślał, że zastanie tam wściekłego Taurysa, ale zamiast tego ujrzał zapłakanego Litwina, siedzącego na swoim łóżku i ściskającego pluszowego białego tygryska, należącego bodajże do Necomi.
– Czego chcesz? – wymruczał przez płacz.
– Bo nikt nie będzie krzywdził mojej siostry! – stwierdził zagilbistym tonem, jednakże chwilę później siedział obok Taurysa tłumacząc mu to i owo na temat Necomi.
– Ja… ja naprawdę tego nie chciałem – Toris pociągnął nosem.
– Powiedziała, że ten policzek nawet jej nie boli. Boli ją to, że to ty zrobiłeś – wyjaśnił Gilbert. – Sam musisz to naprawić. I masz ja przeprosić, bo inaczej poczujesz gniew Pana Zagilbistego – po czym wyszedł z pokoju zostawiając Torisa samemu sobie, na pastwę losu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz